piątek, 27 lutego 2015

1 marca – narodowy dzień pamięci



Pierwszy dzień marca, dawniej dzień jak co dzień. Z roku na rok coraz wyraźniej przebija się do świadomości Polaków. Najczęściej ponury, zimny i deszczowy, wietrzny i pochmurny. Dla mnie niezależnie od pogody jest to dzień szczególny. Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. W Warszawie już kolejny raz organizowany jest Bieg Tropem Wilczym. A ja jak zwykle zadumana pójdę tropem Mietka, kapitana. Mieczysława Sokołowskiego. To starszy brat mego dziadka Zygmunta Sokołowskiego, czyli mój stryjeczny dziadek. Jego historia, przez to że rodzinna i bliska, jest dla mnie najbardziej dramatyczna i poruszająca.

Mietek w Lwowskim Korpusie Kadetów

Mietek już jako młody chłopak jeszcze w czasach, gdy rodzina ojczystego dziadka żyła w Nieżynie na Ukrainie działał w harcerstwie pomagając innym Polakom i utrwalając polskość. Gdy Polska odzyskała niepodległość rodzina Sokołowskich wracała do Polski na raty. Mój pradziadek wraz z najmłodszymi dziećmi dopiero w 1924 roku.
Wtedy Mieczysław rozpoczął naukę w I Korpusie Kadetów we Lwowie, gdzie też zdał maturę 1929r.







Swój los związał z wojskiem polskim, najpierw uzyskując odpowiednie wykształcenie, kończąc Szkołę Artylerii w Toruniu a następnie rozpoczynając służbę w 1 Dywizjonie Artylerii Konnej im. Bema w Warszawie. Stacjonował przy ul. 29 Listopada, tam mieścił się sąsiadujący z Łazienkami Królewskimi
  1 DAK. Uwielbiał konie i był świetnym jeźdźcem, zdobywał liczne trofea na parkurze.




Ślub w warszawskim kościele przy ul. Szwoleżerów.


W 1938r. ożenił się z Jolantą z Popławskich, ale nie doczekali się potomstwa. I tak ja jestem wnuczka zastępczą.



We wrześniu 1939r.
 w stopniu porucznika dowodził u gen. Andersa 3 baterią 1 DAK. Po 17 września żołnierze wzięci zostali w dwa ognie – przez Niemców i Rosjan. W końcu dostał się do niemieckiej niewoli, skąd udało mu się podstępem wyswobodzić. 
Już pod koniec 1939r. rozpoczął działalność w strukturach podziemnej armii polskiej. 1 sierpnia 1944 roku, w pierwszym dniu Powstania Warszawskiego, poprowadził straceńczy atak na koszary wojskowe przy ul. Podchorążych  – przed wojną należące do 1 DAK, a w czasie okupacji zajmowane oczywiście przez Niemców.  Akcja zakończyła się niepowodzeniem, bardzo wielu powstańców zginęło na miejscu, albo było bardzo ciężko rannych. Ostatecznie wraz z niedobitkami swoich żołnierzy znalazł się w lasach chojnowskich i przez zwierzchnika powstania został wyznaczony na dowódcę przyjmowania zrzutów w tym rejonie. 

Po upadku powstania, w styczniu 1945 został wcielony do II Armii Wojska Polskiego. Nie przyznał się do przynależności do AK. Był żołnierzem i chyba najbardziej pragnął wypędzenia Niemców z Polski. Idąc na Berlin został ranny pod Dreznem. To opóźniło jego powrót do Polski, ale to, co zastał po powrocie nie mogło mu się podobać. Pozostając jednocześnie w strukturach WP wstąpił do organizacji Wolność  i Niezawisłość (WiN). Z posiadanych przez mnie informacji wynika, że zajmował się m.in. przekazywaniem do działających na zachodzie polskich organizacji wojskowych informacji dotyczących rozwoju sytuacji w Polsce. Z dokumentacji znajdującej się w IPN wynika ponadto, że środki finansowe jakie otrzymywał z zagranicy przekazywał dla wdów i sierot po swoich żołnierzy z tzw. Grupy Bema. Kapitan Mieczysław Sokołowski został aresztowany w marcu 1946r. i osadzony w Głównym Zarządzie Informacji na ul. Oczki 1 w Warszawie. Tam był brutalnie przesłuchiwany. Oskarżono go o szpiegostwo i przygotowania do zamachu zbrojnego. Został skazany 28 października 1946r. na karę śmierci, pozbawienie praw publicznych i obywatelskich oraz przepadek mienia na zawsze. Jego żona Jolanta i on sam napisali do Bieruta z prośbą o ułaskawienie. Na tym piśmie widnieje adnotacja Bieruta „Na łaskę nie zasługuje”. 

Mojego stryjecznego dziadka  Mieczysława Sokołowskiego rozstrzelano w GZI 30 listopada 1946r. o godzinie 18.30 wraz z towarzyszem broni (starszym ogniomistrzem zawodowym) Józefem Czerniawskim, bez obecności księdza. Miejsce pogrzebania zwłok pozostaje nieznane.

Protokół z wykonania wyroku śmierci


Postanowieniem z 22.06.1995r. Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego w Warszawie stwierdzono nieważność wyroku z 28.10.1946r., co jest równoważne z uniewinnieniem i całkowitą rehabilitacją skazanego. Tabliczka poświęcona kpt. Mieczysławowi Sokołowskiemu znajduje się na tzw. Łączce na Cmentarzu Powązki Wojskowe. 
Żona Mieczysława Jolanta nie pogodziła się ze stratą swego ukochanego męża, miała kłopoty psychiczne i podupadła na zdrowiu. Zmarła w pod koniec lat 50-tych. 
Pamięć o Niezłomnym Mietku ma miejsce w moim sercu i tam trwa. Część Jego pamięci.

Poniższe zdjęcia pokazują obchodu ubiegłoroczne. Zdjęcia wykonała p. Monika Beyer.



Te zdjęcia są właśnie z ul. Oczki.

To już więzienie na ul. Rakowieckiej w Warszawie






niedziela, 22 lutego 2015

Jak mój Dziadek został Dziedzicem


... czyli czy majątek Korwie był wianem Maryny?





 
Ślub mego Dziadka Jana Rychłowskiego z Maryną Łazarew-Staniszczewą, jego pierwszą żoną, z pewnością łączył się z wojowaniem u boku gen. Żeligowskiego. Inaczej by go nie zawiało w tamte wileńskie strony. O tej wojaczce pisałam w notce o Dziadku buntowniku a o pierwszym ślubie w poprzednim wpisie Zazdrość o Marynę.
Kiedy się z nią żenił miał zaledwie 24 lata, a za sobą udział w dwóch wojnach i odniesione rany. Był młody, ale już doświadczony przez życie. Widział wiele potwornych rzeczy i może sam musiał robić okrutne rzeczy. Jego młodzieńcze serce nie raz pewno truchlało z trwogi o życie, więc mnie nie dziwi, że łaknął miłości i rodzinnego zacisza.

Szukałam w necie czegoś o Marynie i jedynym punktem zaczepienia był artykuł Mirosława Gajewskiego w wydawanym chyba na Litwie polskim periodyku „Nasza Gazeta”pt. „Dawniej we Dworze Korwie”. Akurat o Korwiu słyszałam w dzieciństwie, więc nie było to dla mnie jakimś zaskoczeniem. Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać bardziej wyczerpująco o ciekawej historii tego polskiego majątku na Wileńszczyźnie zostawiam link: Dawniej we Dworze Korwie



Korwie to wieś na Wileńszczyźnie położona nad wielkim i pięknym jeziorem o tej samej nazwie. W połowie XVII wieku majątek Korwie należał do generała artylerii Wielkiego Księstwa Litewskiego. Pod koniec tego wieku trafił w polskie ręce i tak zamieszkiwali tu Odyńcowie, Póżniakowie, Toczyłowscy, aż w końcu właścicielami została rodzina Giedroyciów, która miała wydatny wkład w pobudowanie murowanego kościoła. Po powstaniu styczniowym 1863, w  roku 1864 majątek został Giedroyciom zabrany przez Rosjan jako represja za udział w powstaniu. Skonfiskowany majątek stał się własnością skarbu państwa i był oddawany w dzierżawę zasłużonym dla cara Rosjanom. We wspomnianym wyżej artykule autor zaznacza: „Tak prawdopodobnie do końca XIX wieku dwór korwieński pozostawał w rękach Rosjan. Dokumenty świadczą, że w 1905 roku majątkiem władała niejaka Łazarowa – Staniszczewa” 

Nazwisko jest przekręcone, ale rok 1905 to czas przyjścia na świat Maryny. Najprawdopodobniej „niejaka Staniszczewa” jest jej matką. 

Maryna nie była też zapewne Rosjanką – wzięła ślub katolicki – to raz, a dwa, że Dziadek.  jak to mówił ... nie lubił Ruskich. Urodził się w zaborze rosyjskim, za młodu bił bolszewików i uważał ich za wrogów Polski, więc z Rosjanką by się raczej nie ożenił. Mam natomiast dwa dowody, że mieszkał w majątku Korwie w latach 20-tych XX wieku. To historyczna ciekawostka, bo - przynajmniej w necie- ten okres w dziejach majątku jest tajemnicą.



Na odwrocie zdjęcia Dziadek napisał tę oto dedykację, a było to 4 lipca 1925 roku w majątku Korwie.
Ów Józek i Jaśka widocznie tam gościli, tylko czemu nie zabrali fotografii?


Wciąż nurtuje mnie to jak oni się poznali i jak Dziadek trafił do Korwia. Wydaje mi się, że są dwie opcje. Mogło być tak, że Maryna poznała go gdzieś w Wilnie, przypadkiem w kawiarni, albo w sklepie, wpadła mu w oko i tak to się zaczęło. Jeśli majątek Korwie był wianem Maryny, to po ślubie stał się miejscem ich wspólnego życia. Tylko, że ta wersja nie zgadza się z owym zarządzaniem Korwiem przez „niejaką Staniszczewą”, bo zarządzanie to co innego niż posiadanie.  Dlatego bardziej prawdopodobne wydaje mi się to, że – jak to się wówczas zdarzało  – majątek został Dziadkowi przekazany za wojenne zasługi. Wiem, że nie dostał orderu Virtuti Militari, za który nadawano ziemię, ale były też nadania ziemskie i w innych przypadkach. Nota bene druga żona Marszałka Piłsudskiego Aleksandra Piłsudska, która nie będąc jeszcze jego żoną została odznaczona VM, a w 1930 roku dostała nadanie ziemskie we wsi Pikieliszki, leżącej zresztą niezbyt daleko od Korwia. Tak więc jeśli Dziadek dostał majątek Korwie, a mieszkała tam wciąż zarządzająca nim rodzina Maryny, to tam się poznali i niebawem pobrali. To jest prawdopodobne... 



Na stronie „Rodzima org” znalazłam współczesne zdjęcia dworu w Korwiu. Dziwnie jakoś tak zobaczyć takie miejsce po tylu latach i wiedzieć, że ktoś nam bliski mieszkał tam i kogoś kochał.
 Prawdą jest też to, że Dziadek nie specjalnie czuł się związany z tamtym majątkiem, a dużo bardziej z ... Grójcem, w którym się urodził i w którym jego rodzina posiadała nieruchomości, więc jak mawiają, "łatwo przyszło, łatwo poszło", choć to "łatwo" nie jest takie oczywiste. Majątek Korwie był może wianem Maryny, a może nagrodą za jego dzielność w Wilnie, ale
  szybko zniknął z życia Dziadka wraz z tą tajemniczą pierwszą żoną. 


Byli jednak tacy, którzy zwracali się do Dziadka Jaśka „Jaśnie Panie Dziedzicu”, ale o tym w następnym odcinku.
  

Dwór w Korwiu, widok współczesny.
Zdjęcie stąd:
http://www.radzima.org/pl/object/5606.html

Dawniej pewnie było tu ładniej. Zdjęcie jw.
Po tych schodach chodzili z Maryną?
Źródło zdjęcia jw.

Jezioro Korwie jest przecudne. Można się tu zakochać...
Źródło jw.
Zapraszam też do lektury:
.Kruchy dar
.Polska wreszcie

poniedziałek, 16 lutego 2015

Zazdrość o pierwszą żonę


... czyli o Marynie z Wilna, która zniknęła w niepamięci.


Nikt mi nigdy o niej nie opowiadał. Aż do 1986 roku w ogóle nie wiedziałam o jej istnieniu. Już po śmierci Babiśki przeglądałam pudełko z dokumentami i natknęłam się na ten widoczny na zdjęciu pożółkły, postrzępiony kawałek papieru. Kiedy przeczytałam jego treść osłupiałam ze zdziwienia. Jak to ? Dziadek Jasiek miał kiedyś inną żonę? To znaczy miał pierwszą żonę, a moja Babiśka była jego drugą żoną... Czemu nikt mi o tym wcześniej nie powiedział?
To fakt, że Dziadek był znacznie starszy od mojej Babci, więc to nie jest takie dziwne, że nie była jedyną kobietą w jego życiu. Wiem też, że niewiasty lgnęły do niego, bo był uroczym człowiekiem i dość przystojnym mężczyzną. W czasach, gdy nosił mundur panny pewnie chodziły za nim sznurem. Jednak żona, to coś znacznie poważniejszego, niż przelotne znajomości.

Oczywiście pytam Mamę, czy wiedziała o pierwszej żonie Dziadka. Odpowiada, że wiedziała, ale „w domu nigdy się o tym nie mówiło”... No cóż muszę pogodzić się z tajemnicą, którą mój Dziadek zabrał ze sobą. Chciał zachować w tajemnicy losy  małżeństwa z Maryną Łazarew- Staniszczewą.

Kościół Św. Filipa i Jakuba w Wilnie, okres międzywojenny.
 Zdjęcie z Internetu
 

Pobrali się w Wilnie w Parafii Świętych Apostołów Filipa i Jakuba. Panna młoda była bardzo, bardzo młodziutka. Miała niespełna szesnaście lat. Wiem, że dawniej dziewczyny młodo wydawano za mąż, ale to mi się nie podoba. Pan młody był od swojej oblubienicy starszy o
 osiem lat. W tym wieku to bardzo duża różnica wieku. Choć wiem, że dawniej mężczyzna musiał być odpowiednio stateczny, aby móc się żenić.

Mam nadzieję, że za tym ożenkiem kryła się wielka, szalona miłość i tylko to. Kim była Maryna Łazarew, córka Włodzimierza? I jaka była? W necie do tego nazwiska podpowiada mi sie szlachecki herb „Sulima”. Dziś w Polsce żyje jedynie osiem osób noszących to nazwisko. Nie wątpię, że Maryna ma właśnie te szlacheckie korzenie, bo Dziadek w czasie II wojny światowej przybrał pseudonim „Sulima” i to na pewno jest pamiątka po Marynie. 

Cóż takiego się stało, że Maryna zniknęła z życia Dziadka, a nawet z rodzinnej pamięci? Nie ma żadnego zdjęcia, żadnego świstka papieru, poza tym jednym – świadectwem ślubu. Czy była to tylko zazdrość o pierwszą żonę, czy może coś bardziej tragicznego?




Kościół Św. Filipa i Jakuba  w Wilnie- widok współczesny.



Zapraszam do też do lektury:
.Rosja , ale czemu?

poniedziałek, 9 lutego 2015

Nie wiedziałam, że dziadek był buntownikiem


... czyli „Litwo Ojczyzno moja”, Bunt Żeligowskiego i miłość do Marszałka Piłsudskiego.


O przedwojennej historii mojego dziadka Jana Rychłowskiego nie wiem zbyt wiele z rodzinnych opowieści. Znacznie więcej o czasie II wojny światowej. Może dlatego, że tamte dawne dzieje wiążą się z jego pierwszym małżeństwem, więc moja Babiśka niechętnie o nich opowiadała. Była jednak dumna z udziału dziadka w wojnie polsko-bolszewickiej oraz z tego, że wielką miłością i atencją darzył Marszałka Józefa Piłsudskiego. Szacunek i podziw dla Naczelnika był szczery, a smutek po jego śmierci dotkliwy. Babiśka wspominała Marszałka wielokrotnie, śpiewała mi legionowe pieśni i tłumaczyła, że pochodził z Litwy. Zaraz po tym padały słowa „Litwo Ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie...”. i tłumaczenie, że Polska i Litwa zawsze były jak dwie siostry bliźniaczki splecione ze sobą historią. I jeszcze to, że w Wilnie mieszkało więcej Polaków niż Litwinów. Jako dziecku trudno mi było to sobie wyobrazić, że miasto leżę za granicą może być prawie polskie. Mogłam jedynie współodczuwać żal po stracie czegoś, co sercu moich dziadków było bardzo drogie.



Tamte dawne losy dziadka Jaśka dopiero niedawno zaczęły układać się w logiczną całość składaną z kawałeczków jak puzzle. Odznaczenia, świadectwo ślubu, zdjęcie z dedykacją na odwrocie i bardzo stary list pokazały mi litewską tajemnicę. Choć może właściwsze było powiedzenie, że to uchylony rąbek tajemnicy. 







Wszystko zaczęło się od dziadkowego krzyża z napisem „Litwa Środkowa”. Właśnie zdałam sobie sprawę z tego w jak kapitalny sposób Internet ułatwia odkrywanie historii. Wystarczy wpisać słowa
Litwa Środkowa, a hasła same się podpowiadają. Krzyż, o którym mówię nazywa się „Krzyż Zasługi Wojsk Litwy Środkowej”. Był nadawany dla nagrodzenia czynów męstwa i bohaterstwa żołnierzy walczących z wojskami litewskimi na terenie Wileńszczyzny od 9 października do 19 listopada 1920 roku. Odznaczono nim 1439 osób. 



Zaraz, zaraz Polacy walczyli przeciwko Litwinom? Dlaczego? Ano, dlatego, że Litwini poparli Rosjan i wojska bolszewickie i w lipcu 1920 roku zajęli Wilno i część Wileńszczyzny. Zajęli również część Suwalszczyzny. Były to ziemie należące niegdyś do Polski, o których wielu Polaków myślało jak o swojej Ojczyźnie. Tak też sądził Marszałek Piłsudski, urodzony w Zułowie, który nie wyobrażał sobie Polski bez Wilna albo bez Lwowa. 



I oto na początku października 1920 roku gen. Lucjan Żeligowski buntuje się wobec Naczelnego Wodza i organizuje akcję wojskową mającą na celu odbicie Wilna z rąk wojsk litewskich. W okresie widniejącym na ramionach krzyża wojska polskie zajęły Wilno i okolice, a Żeligowski proklamował niezależne państwo o nazwie Litwa Środkowa, wcielone następnie do Polski. Po latach ujawniono, że bunt Żeligowskiego, tak naprawdę był akcja zbrojną przeprowadzoną na polecenie Marszałka Józefa Piłsudskiego. 



Polscy żołnierze w Winie , X, 1920r. Zdjęcie stąd:
http://www.konflikty.pl/historia/1918-1939/bunt-zeligowskiego-utworzenie-litwy-srodkowej/


Sam Lucjan Żeligowski zasłużył się w czasie Wielkiej Wojny dowodząc brygadą w I Korpusie Polskim w Rosji, czyli walczył ze wspominanymi już przez mnie w notce Kruchy dar dowborczykami. Mój dziadek przyjaźnił się ze Stefanem, który właśnie był dowborczykiem, bo sam – jak sądzę z munduru w którym służył w czasie około 1918 roku nie walczył w I Korpusie, tylko w jakiejś innej formacji wojska polskiego w Rosji.
Gen. Lucjan Żeligowski źródło j.w.
Tak czy siak jakoś go do tego „zbuntowanego” wojska zaciągnęło i miał wkład w powrót pięknego Wilna w granice Rzeczpospolitej. Ten fakt rzutował na kilka następnych lat życia mego dziadka Jana Rychłowskiego, a miłość do Marszałka Piłsudskiego oraz Wileńszczyzny żywił do końca swych dni.



Czytając o tamtych wydarzeniach w necie zastanawiałam się nad tym jak bardzo skomplikowane są relacje między narodami dzielącymi ze sobą na przestrzeni wieków to samo terytorium. Wszak trzeba by sięgnąć jeszcze do czasów Unii Polsko-Litewskiej. Litwa, która dla Polaka Adama Mickiewicza i dla Polaka Józefa Piłsudskiego była Ojczyzną to jednocześnie Polska. Dla wielu, wielu Litwinów zawsze była tylko Litwą. 
Trudno to pojąc komuś, kto urodził się w Warszawie nad Wisłą. Żałuję, że teraz Polacy żyjący na tamtych terenach nie mogą cieszyć się pełnią praw, choćby swobodnego uczenia się w języku polskim i że z tej wspólnej historii to co polskie jest bezwzględnie rugowane. Szkoda, że nie można żyć obok siebie i razem ze sobą w zgodzie i szacunku. Może kiedyś...   
 
Zapraszam też do lektury:
.Kruchy dar
.Polska wreszcie
.Trudny krok w dorosłość
.Rosja, ale czemu?

poniedziałek, 2 lutego 2015

Potrzebuję dobroczynności


... czyli po co to komu?

Kiedy byłam dzieckiem oglądałam w TV „Ekran z Bratkiem”. Młodym wyjaśniam, że to był taki młodzieżowy program nadawany zawsze we czwartki po południu. Lubiłam najbardziej te odcinki, w których opowiadano o Klubie Niewidzialnej Ręki, czyli o pomagających dzieciakach. Przez to sama energicznie rozglądałam się dookoła komu podsunąć swoją niewidzialną, pomocną dłoń. W telewizji ukrytą kamerą filmowali jak to ktoś z samego rana drew narąbał, a to łąkę skosił, a to znowu jabłek do koszy narwał jakimś starszym osobom. Wzruszało mnie, kiedy naprawiono psią budę, albo nakarmiono głodne kotki na czyimś podwórzu. 
Rozglądałam się więc po okolicy, czyli po warszawskim Żoliborzu, ale niestety drew do rąbania ani widu, a psy po mieszkaniach zamknięte. Naprawdę się martwiłam, bo jak tu niewidzialnie pomagać w mieście? Czasem tylko sąsiadka pozwoliła mi wyprowadzić swojego psa, albo komuś zakupy po schodach na czwarte piętro wtaszczyłam, ale to nie była przecież niewidzialna ręka.

Teraz to zupełnie co innego. Teraz łatwo zostać dobrodziejem. Teraz wystarczy... sypnąć groszem, bo zewsząd sypią się prośby o datki, wsparcie, wpłaty. No i wpłacam czasem to tu, to tam dla ogólnie mówiąc potrzebujących.

Nie zaspokaja to jednak mojej potrzeby dobroczynności. Ja to bym tak chciała sama własnymi, niekoniecznie niewidzialnymi rękami, coś zrobić dla innych. Wiem, wiem, wiem. Mogłabym pracować po pracy w hospicjum, albo jako klaun z czerwonym nosem w szpitalach dzieci zabawiać, choć to raczej trudno robić wieczorową porą. Więc co? Pozostaje jedynie wsparcie finansowe? 

A właśnie, że nie. Znalazłam dla siebie coś, jakby specjalnie dla mnie wymyślone. Mam z tego tyle prawdziwiej radości, tyle niekłamanego zadowolenia i czuję, że nie dość, że to dobre są uczynki, to jeszcze rączki mam zajęte tym co lubię najbardziej, czyli rękodzielniczym wytwórstwem. Do tego dostaję specjalne głaski, że ładne, że się podoba i że kochana jestem i w ogóle :) 

Wspieram stworzenia, to jest psy oczywiście i koty przy okazji, zamieszkujące w Domu Tymianka. Oddaję tam na aukcje i stragany swoje hendmejdy różne. Wymyślam co i jak, a potem szydełkuję , drutuję, haftuję i zszywam. I i przede wszystkim jestem szczęśliwa, bo moja pracownia szmaciano-wełniana ma cel i sens. Jestem wreszcie Niewidzialną Ręką :))) A ja się dopiero rozkręcam.

Właśnie na blogu Pełnia lata w Domu Tymianka otworzył podwoje Jarmark dla Zakochanych. Są tam przepiękne kartki od Edyty z Kubkiem Kawy, są moje czerwone czerwoności i szare szarości włóczkowe oraz inne niespodziewane niespodzianki, niekoniecznie rękodzielnicze, ale  w temacie jak najbardziej walentynkowym.

Tylko ładnych zdjęć zrobić tym swoim wytworom nie umiem, auuuu. A przecież podobno kupuje się oczami.












Zapraszam też do lektury:
.Odnajduje siebie