Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wólka Pracka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wólka Pracka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 października 2014

Jedno uratowane dziecko…


...czyli o wdzięczności przez sto lat.

Patrzę na to zdjęcie z rozrzewnieniem. Za szkłem chroniącym przed niszczącym wpływem czasu widzę portret dziewczyny wykonany prawie 100 lat temu. W tej szybie odbija się również współczesność – wnętrze pokoju i okno z widokiem na dzisiejszy Głosków. Pozłacana rama połączyła przeszłość i dzień dzisiejszy w jedno.
I zaiste tak właśnie jest. Nie ma dnia dzisiejszego bez przeszłości. Obraz naszego dzisiaj przenika historia.

A ta historia nigdy by do mnie nie dotarła, gdyby nie wpis na blogu O Wólce Prackiej i zamieszczony pod nią komentarz Pana Wojciech Niemczyka. Jest to opowieść o uratowanym dziecku i wdzięczności przechodzącej z pokolenia na pokolenie. Tym dzieckiem była babcia Pana Wojciecha – Michalina Kowalska z domu Lewandowska. Urodziła się w 1897 roku. Kiedy miała sześć lat przeprowadziła się wraz z rodzicami z plebanii w Piasecznie do majątku Głosków. Tu dawno temu osiadł jej dziadek Tomasz Głowacki. Nie był on chłopem pańszczyźnianym, lecz zajmującym pustkę osobistym doradcą właściciela majątku Głosków – Pana Dangla. Niestety w 1862 roku Pan Dangiel zginął z rąk członków kozackiej sotni w zachodniej bramie swego majątku. Droga stąd prowadziła nota bene do dworów Karolin i Wólka Pracka. Wraz ze śmiercią dobrodzieja Dangla skończyły się specjalne przywileje dla rodziny Głowackich, ale nie jej bytność w Głoskowie. 

Tak więc to tu zamieszkała mała Michalina i to tu tamtego roku 1903 zachorowała na dyfteryt. To bardzo groźna choroba zakaźna zwana inaczej błonicą, szybko rozprzestrzeniająca się zwłaszcza wśród dzieci. W czasach, gdy nie znano antybiotyków, a bakteriologia i szczepienia były w medycynie nową gałęzią, niosła ze sobą wysoką umieralność i szybko przeradzała się w epidemię.
 


Od chwili, gdy domownicy zdali sobie sprawę z tego, że dziewczynka jest bardzo chora wypadki toczą się już szybko. Chcą za wszelką cenę ratować dziecko. Jednak wówczas takie przedsięwzięcie nie jest wcale łatwe. Wiedząc, że w majątku obok przebywa doktor rodzice postanawiają zawieźć chorą Michalinę do Wólki Prackiej. Nawet sama droga nastręcza trudności, bowiem na granicy Wólki i Głoskowa wykopano rów i wypełniono go wapnem, aby zapobiegać rozprzestrzenianiu się zarazy. Drogę można przekraczać tylko z bardzo ważnych powodów. W końcu wjeżdża się na czyjś prywatny teren. Jednak gnani lękiem o życie córki opiekunowie pokonują tę przeszkodę i wkrótce ojciec małej Michasi, szewc od butów do konnej jazdy Antoni Lewandowski, staje przed obliczem doktora Władysława Palmirskiego, właściciela folwarku Wólka Pracka. 

To tu w Wólce Prackiej doktor pozyskuje materiał do badań naukowych i wyrobu szczepionek, czyli końską surowicę. Najpierw trzeba wprowadzić do organizmu zwierzęcia zarazki choroby, aby w krwi wytworzyły się przeciwciała. Obserwować rozwój choroby, która powinna mieć przebieg poronny, badać konie i pobierać im krew do analizy. Wyodrębniony w Wólce materiał biologiczny poddawany jest obróbce w Pracowni Bakteriologicznej doktora w Warszawie na ul. Koszykowej 23. 
Pan Antoni nie wie, czym jest bakteriologia i czym tak naprawdę zajmuje się Władysław Palmirski. Lekarz to lekarz, musi dziecko ratować. Prosi więc o ratowanie życia córeczki, ale doktor z razu nie wyraża zgody. Najpierw tłumaczy, że nie prowadzi praktyki lekarskiej, że nie jest tak naprawdę lekarzem dla ludzi, ale od koni. Czy ktoś oprócz niego zdaje sobie sprawę jaka to odpowiedzialność zdiagnozować chorobę i podać szczepionkę zawierającą szczepy bakterii? A co, jeśli to nie byłby dyfteryt? Doktor wspomina również o tym, że szczepionki w Wólce Prackiej ma bardzo mało i że jest ona przeznaczona tylko dla mieszkańców jego folwarku. Takie to były okrutne czasy, gdy leków, żywności i schronienia nad głową nie starczało dla wszystkich.
W końcu jednak dr Palmirski zgadza się ratować dziecko:
- Skoro już ją przywieźliście, to ją wam zaszczepię. I tak właśnie zrobił. 
Po powrocie do domu Państwo Lewandowscy stwierdzili z przerażeniem, że siostrzyczka Michaliny też jest chora. Rozpalone czoło i rozognione gardło świadczyło, że to najpewniej dyfteryt. Pan Antoni nie miał jednak śmiałości wrócić do Wólki Prackiej i znowu prosić doktora o szczepienie, tym razem drugiego dziecka. Rodzice uradzili zawieźć małą do felczera do Piaseczna. Tam wypędzlowano jej gardło, ale ten zabieg nic nie pomógł. Siostrzyczka Michaliny wkrótce zmarła.
 
Czy można sobie wyobrazić co czują wtedy rodzice?
Mimo tego potwornego nieszczęścia wdzięczność dla doktora Władysława Palmirskiego zagościła w sercach Państwa Lewandowskich, a z czasem również w serduszku rosnącej zdrowo Michaliny. Ilekroć przez Głosków przejeżdżała jego czterokonna dorożka, tylekroć osoba lekarza z Wólki Prackiej obdarzana była błogosławieństwem. Zwyciężyła wdzięczność za uratowanie dziecka nad żalem po stracie drugiego dziecka. 
Mijały lata i mała Misia wyrosła na piękną pannę Michalinę, co widać wyraźnie na portrecie z 1916 roku. Zachwyca mnie jej niepospolita uroda, jasne oblicze i wielkie, mądre oczy. I tyle powagi w tej młodziutkiej dziewczynie, jakby wiedziała i rozumiała więcej niż jej rówieśnicy. Michalina wyszła za mąż i mam nadzieję, że miała szczęśliwe życie. Jej portret wisi dziś w głoskowskiej sypialni należącej do jej córki i to okno tego pokoju widać na obrazie. A wspomnienie dobrego doktora Palmirskiego, który uratował od śmierci Michasię Lewandowską żyje w pamięci jej potomnych.

Wdzięczna pamięć to jest najpiękniejsze podziękowanie, które możemy podarować innym ludziom…
Dr Władysław Palmirski - zdj. ze zbiorów
Doroty Zaborskiej
P.S. 
Szczerze dziękuję za powierzenie mi tej opowieści z życia dr Władysława Palmirskiego i Michalinki Lewandowskiej – Jej Córce oraz Wnuczkowi, Panu inżynierowi Wojciechowi Niemczykowi z Głoskowa. Dziękuje również za zdjęcie portretu.

 Czytaj też:
.Niespodziewane pocieszenie
.List sprzed 100 lat
.Spadkobiercy Wólki Prackiej

sobota, 27 września 2014

List sprzed 100 lat...

List z 1915r. napisała Julia Palmirska
do męża dr. Władysława Palmirskiego

... czyli o miłości, tęsknocie i Wielkiej Wojnie.







Działo się to niespełna sto lat temu. Był piątek 29 października 1915.

Już od ponad roku trwała Wielka Wojna budząc trwogę i strach nie tylko w Polakach. Zanim jeszcze 4 sierpnia tamtego roku do Warszawy wkroczyli Niemcy, wiele osób wyjechało z miasta na wschód, do Rosji, do Moskwy, Petersburga, na Krym do Odessy a nawet do Baku. W Rosji przebywał również doktor Władysław Palmirski. Nie jestem pewna, czy wyjechał z własnej woli, czy wyjazd był mu narzucony. Wyjechał w związku z obowiązkami zawodowymi. Wojna niesie nie tylko zniszczenia i śmierć od kul, szabli i bagnetów. To też głód, wycieńczenie, choroby i dlatego zapotrzebowanie na szczepionki było ogromne. Doktor Palmirski już dawniej wyjeżdżał do Rosji, gdzie w Odessie współtworzył stację bakteriologiczną. Żołnierze umierali nie tylko z ran odniesionych w walkach, znoszeni do polowych lazaretów po stoczonych bitwach. Umierali, podobnie jak cywile, na szerzące się choroby zakaźne: dyfteryt, cholerę, dur brzuszny, czerwonkę, szkarlatynę, ospę. Dobry bakteriolog, jakim był Władysław Palmirski w takim czasie był szczególnie potrzebny. Po prostu musiał wyjechać, inaczej przecież nie zostawiłby w Warszawie swojej kochanej żony Julii.


List Julii Palmirskiej do męża Władysława Palmirskiego przepisałam pogrubioną kursywą. Jego treść wplotłam w opowieść o tamtym dniu Moja prababka Stanisława Sokołowska była siostrą cioteczną doktora Palmirskiego. 

I znowu będzie o miłości i też o Wólce Prackiej. 


****

Noc skończyła się długo przed świtem. Ciepło z pieca umykało i chłód przeniknął skuloną pod kołdrą Julię. Jednak bardziej niż zimno dokuczał jej okropny sen. Jej Władzio był po drugiej stronie jakby płynącej parowem rzeki, czy przepaści i wyciągał do niej ręce, coś wołał, ale ona go nie słyszała. Nie mogła zrobić kroku, bo stała na krawędzi tego urwiska. Oddzielająca ich przestrzeń wypełniała się mgłą tak gęstą jak wata. Wyciągnęła ręce w jego stronę, ale zniknęły w białym mleku. Próbowała zawołać, najgłośniej jak umiała 

- Władku, jesteś tam? Jesteś? Gdzie jesteś?...

Obudził ją własny, uwięzły w gardle krzyk.

Usiadła na łóżku, bo wiedziała, że i tak już nie zaśnie. W ciemnościach próbowała dostrzec puste miejscu, które zwykle obok niej zajmował mąż. Przesunęła ręką po pluszowej narzucie, płaskiej i zimnej. Próbowała przypomnieć sobie chwilę, gdy on leżał obok niej i gdy rano głaskała przez tę narzutę jego kochane ciało.

- Jesteś tam Władku? Gdzie jesteś Kochany? – szeptała. Drżała – może z zimną, a może z miłości.

Tęsknota stała się jak żelazna obręcz ściskająca serce i już chwytała ją za gardło. Nie, nie może płakać jak mała dziewczynka. Ma już przecież prawie 50 lat. Nałożyła na siebie niebieski, gruby szlafroczek i zsunęła nogi na podłogę. Stopy bez trudu trafiły w ranne pantofle.
Julia i Władysław Palmirscy



Julia zapaliła stojącą na nocnym stoliku świecę i przez chwilę przyglądała się wyłaniającemu się z mroku małemu, owalnemu portrecikowi. Jego twarz obok jej buzi, głowa przy głowie, serce przy sercu.
Wstała i osłaniając dłonią drgający płomyk podeszła do sekretarzyka. Postawiła świecznik na blacie, a z oparcia krzesła zdjęła wełnianą chustę i opatuliła się szczelnie miękką, puszystą tkaniną. Nie wezwała panny pokojowej, aby napaliła w piecu. Chciała w spokoju napisać mężowi o tym co w tej chwili czuje. Ich listy były po prostu jak rozmowa. 


Z prawej szufladki sekretarzyka wyjęła kartkę listowego papieru, zdjęła przykrywkę z kałamarza i umoczyła stalówkę w atramencie. W pokoju rozległ się chrzęszczący dźwięk skrobania pióra po bumadze.

29 X (1)915,

Władku mój drogi, jedyny!

Piszę bo Anka wyjeżdża, ale nie mam nadziei, aby słowa moje Cię doszły. Chciałabym posłać Ci wieści i myśli moje, ale nie wierzę abyś je otrzymał. Tyle już listów wysłałam, a Ty pewnie żadnego nie masz. Ja miałam od Ciebie wiadomość z 17 VIII. A poza tem jakaś wiadomość krótka mnie doszła z Września. Teraz już zdaje się mi (nic) nie odbiorę – czy Ty pojmujesz jak mi z tem jest smutno!

Zdrowa jestem i całe moje otoczenie, lecz wszyscy wzdychamy do końca wojny, lub do jakiegoś endu, abyś Ty znów się mógł znaleźć wśród nas wszystkich.

Wybieram się ze Staśkiem w Niedzielę na wieś na dni parę, bo już nie mogę wysiedzieć tak ciągle w mieście.
Julia oderwała wzrok od listu, bo wyobraźnia przeniosła ją do jakże miłej Wólki Prackiej. Tam jest przestrzeń, kryształowe powietrze, świerki strzeliste i stawy, które teraz rano pewnie pokrywa cienka skorupka lodu. Tam jest wolność, która na jedną mała chwilę, ukryła się przed wrogiem. Zresztą już najwyższy czas dojrzeć gospodarstwa, tym bardziej, że ostatnie tygodnie spędziła z siostrą i siostrzeniczkami w Warszawie.
Och – westchnęła ciężko. Nie sposób już dłużej zatrzymywać Anki, ani dziewczynek. A z nimi pociecha i wesele, nawet w taki smutny czas. Tyle pogody, gwaru i zamieszania wnoszą do jej domu córki siostry: Wandzia i bliźniaczki Zosieńka i Marcia. Te wyrastające na ładne panienki siostrzenice Julia bardzo kocha. Na to wspomnienie z twarzy Julii zniknął na moment posępny wyraz, a pióro ochoczo pomknęło po papierze.


Zobaczę chociaż na własne oczy co się tam dzieje. Anka była u nas 3 tygodnie – dziś wyjeżdża, dziewczynki smutne, mnie bajecznie jest smutno, a nic jaśniejszego nie widzę na horyzoncie. Pracownia dotąd idzie, ale kto wie co będzie dalej- Ciągle się dopytują o Ciebie.
A właśnie- pomyślała Julia - muszę dziś koniecznie zrobić zamówienie na nowe szkła do pracowni - i wyjęła z sekretarzyka książkę zleceń zakupów. Dobrze chociaż, że bakteriologiczna pracownia Władka jest na miejscu, w naszej kamienicy. Zawsze to jakaś ulga w organizacji zajęć. Zresztą wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby nie ta wstrętna wojna. Trudno wprost uwierzyć, że to naprawdę się dzieje – rozważała zasępiona. Tyle okrucieństwa, tyle ludzkich tragedii. Boże jedyny, kiedy to się skończy... Po chwili znowu pochyliła się nad listem. 


Czasem mi się zdaje, że wszystko co się dzieje to jakiś straszny długi sen, okropnie męczący – czy i kiedy nastąpi przebudzenie? Czy wrócą nasze dawne dobre czasy?

Boję się zawsze o Ciebie, czyś aby zdrów i czy aby o sobie pamiętasz- Ja nie mogąc często pisywać do Ciebie, gdy mi już bardzo ciężko na duszy – i pragnę bądź co bądź z Tobą gawędzić – rzucam swe myśli do Ciebie na papier i chowam pod klucz, dla Ciebie gdy wrócisz już do nas. Tylko wracaj Władźku co najprędzej i niech Cię Pan Bóg strzeże w każdej godzinie, abyś nam wrócił zdrów zupełnie.

Tak jak Ty pragniesz zdrowia dla mnie, tak ja pragnę go dla Ciebie.

Gdy tęsknota szarpie mię już bardzo – tylko o jedno proszę Boga serdecznie, aby mi Ciebie w zdrowiu przynajmniej zachował.

Uściśnienia serdeczne, długie – wyrazy bezgranicznego przywiązania wysyłam na szczęścia – czy Cię dojdą ? Twoja Julia

Jeszcze przez chwilę Julia wpatrywała się w złożoną na pół kartkę. Wahała się, czy włożyć ją do koperty. Potem odsunęła lewą szufladkę sekretarza i tam na małym stosiku podobnie zapisanych papierów położyła następny list do męża. 
Wstała rozcierając zziębnięte ramiona i podeszła do okna. Wychodziło na ulice Koszykową, na której właśnie młody latarnik gasił jedyną teraz palącą się nocą gazową latarnię. Ten brak oświetlenia był najmniej dolegliwą konsekwencją wojny. 
W Warszawie wstawał szary świt. Do uszu kobiety dobiegł z razu niezbyt głośny turkot wozu i stukot końskich kopyt. To od strony Ujazdowskich toczył się wóz węglarza. Woźnica co chwila strzelał z bata nad głową konia, który z trudem ciągnął wypełniony węglem wóz. Mijając ich kamienicę pod numerem 23 zwolnił przed zbliżającym się już skrzyżowaniem Koszykowej z ulicą Mokotowską. Julia usłyszała, bo zobaczyć tego nie mogła, że węglarz skręcił w lewo za stojącą obok kamienicą. Hałas jakim tego ranka wypełnił ulicę furman i jego furmanka zlewał się już z innymi dźwiękami budzącego się dnia.
****  

Wciąż czytam ten list ze wzruszeniem. I nie dlatego, że jego autorka jest ze mną w odległy sposób spowinowacona, lecz dlatego, że jest to piękny list o miłości, o tęsknocie, w którym prawie pięćdziesięcioletnia kobieta, po 23 latach małżeństwa pokazuje, jak żywe jest jej uczucie do męża i jakimi są wielkimi przyjaciółmi. W tym liście ożywają też obawy Julii Palmirskiej, jej smutek i przygnębienie, który niesie ze sobą wojenny czas.


Czy my dziś potrafimy tak kochać i pisać takie listy? Czy doceniamy czasy pokoju? Czy potrafimy cieszyć się tymi wszystkimi drobnymi, dobrymi rzeczami które mamy i które nas spotykają? A pokój na świecie tak kruchy, podobnie jak ludzkie życie.
Dzielę się tym wzruszeniem z Wami, moi Drodzy Czytelnicy, za zgodą obecnej właścicielki listu – prawnuczki wspomnianej w liście Anny Offmańskiej.
P.s.

Narracja w tej notce jest fikcją „literacką”, aczkolwiek opartą o znane mi fakty.
Zdjęcia współczesne pochodzą z prezentacji grup rekonstrukcji historycznej - z otwarcia wystawy "Skrzydła Wielkiej Wojny", Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie, 27.07.2014.





Czytaj też:

.Okradziono mnie?
.Niespodziewane pocieszenie

czwartek, 11 września 2014

Niespodziewane pocieszenie

Znalazłam sposób na pocieszenie.
Właściwie, to on mnie znalazł. Przypadek? Nie, to możliwe. Upolowałam kruka, choć wcale na niego nie polowałam. Na dodatek nie jest czarny. I nie jest też biały. Jest złoty, dla mnie szczerozłoty. Złapałam go prawie w tym samym miejscu, w którym kiedyś, przed wojną gniazdował. Mój złoty kruk przyfrunął z przeszłości. Wierzę, że to nie jest przypadek. Pozwolił mi się złowić specjalnie.
A było to tak. Ciągle smutna po odwiedzinach w Wólce Prackiej, mając jeszcze pod powiekami widok prześwietlonej słońcem niegdysiejszej „pałacowej” alejki, po raz kolejny oglądałam stare zdjęcia. Pojawia się na nich często Pan Mieczysław Offmański, wielki przyjaciel dr Władysława Palmirskiego, brata mej prababki, naszego dobrego spadkodawcy. Dr Offmański zaś ożeniony był z siostrą jego żony Julii, czyli z Anną z Łąckich.

Dr Mieczysław Offmański i dr Władysław
Palmirski w Wólce Prackiej.
Zdj. ze zb. Doroty Zaborskiej

Anna malarka i Mieczysław lekarz gościli w Wólce Prackiej z przyjemnością, napawali się sielską atmosferą spacerując po okolicy i cieszyli serdeczną przyjaźnią gospodarzy. Podwarszawski majątek był miejscem spotkań nie tylko naszej rodziny, ale również znajomych i przyjaciół doktora. Przeważali oczywiście lekarze, współpracujący na polu bakteriologii koledzy po fachu, wspomniany szwagier doktor Offmański i mój pradziadek doktor Arkadiusz Sokołowski, ale byli też przedstawiciele innych dziedzin nauki, choćby ukochany brat Władysława – Aleksander Palmirski – przyrodnik. 
Słowem towarzystwo oświecone i postępowe. W Wólce Prackiej towarzyszyły im żony i rosnące jak na drożdżach dzieci. Byli rozmiłowani w historii, w literaturze i muzyce. Wiem, że Palmirscy zapisali się do Towarzystwa Krajoznawczego i z lubością zwiedzali zabytkowe zakątki Polski odsuwając propozycje wypoczynku w zagranicznych kurortach.

Moja krótka bytność w Wólce Prackiej, podszyta żalem, bo zniszczono tam stary świat, wywołała domagającą się spełnienia potrzebę. Na przekór smutkowi, a może właśnie przez niego, nabrałam ochoty, by znaleźć się pomiędzy tamtymi mieszkańcami i bywalcami majątku, jakoś przybliżyć się do nich, spróbować poczuć i pomyśleć tak jak oni. Jak to zrobić po prawie 100 latach? 

Ach, to proste! Trzeba tylko posłuchać mazurków Chopina. I koniecznie sięgnąć po książki, które oni mieli na półkach biblioteki i wieczorami często wspólnie czytali. Dr Mieczysław Offmański z zawodu lekarz internista, a z zamiłowania badacz historii Polski to również pisarz, posługujący się pseudonimem „Orion”.

Najchętniej sięgnęłabym po jego dziełko „Przyczynek do życiorysu Adama Asnyka” z 1904r., lecz niestety w tej chwili nie jest do zdobycia na żadnej aukcji, ani też w Bibliotece Narodowej z powodu remontu archiwum. 



Rozczarowana nieco brakiem tej pozycji, postanowiłam kupić inną książeczkę dr Mieczysława Offmańskiego. „Słownik miejscowości, w których znajdują się jeszcze zabytki czasów Piastowskich i Jagiellońskich” wydaną w Warszawie w 1906r. Akurat jest oferowana przez antykwariat „Logos” w Alejach Ujazdowskich 16, tuż za Placem Trzech Krzyży.




Chętnie korzystam z okazji, aby zajrzeć w te strony, odkąd kilka lat temu dowiedziałam się, że moja nieznajoma babcia Hanka, ta która zginęła w Powstaniu Warszawskim, ukończyła przed wojną mieszczące się u wlotu Alej do tegoż placu Pierwsze Gimnazjum Żeńskie im. Królowej Jadwigi w Warszawie. To była niesamowita, wybudowana w 1924 roku szkoła dla dziewcząt, nowoczesna, świetnie wyposażona, z doskonałym gronem pedagogicznym. Na dachu mieściła się letnia sala gimnastyczna ze stanowiskami strzeleckim (z łuku, Kochani
J). W podziemiach zaplanowano kryty basen. 
Moja babcia Hanka Zajdlerówna, uczennica Gimnazjum Królowej Jadwigi w Warszawie.
Przy kościele Św. Aleksandra na Pl. Trzech Krzyży. Z ojcem Mieczysławem.
Szkoła nie otwarła swoich podwojów dla uczennic 1 września 1939 roku z wiadomych powodów. Potem Niemcy spustoszyli pracownie, aby doposażyć klasy dla swoich, niemieckich dzieci uczących się w gmachu II Liceum Ogólnokształcącego im. Batorego na ulicy Myśliwieckiej. Oczywiście nauczanie dla dziewcząt kontynuowano w czasie okupacji na tajnych kompletach. Budynek „Królówki” został doszczętnie zbombardowany i zburzony nomen omen 1 września 1944 roku. Wówczas mocno został również naruszony kościół Św. Aleksandra mieszczący się w centrum placu, a
  vis a vis gimnazjum.

Zatem z przyjemnością, czerpiąc radość ze współtrwania tego miejsca, które jest dla mnie łącznikiem między przeszłością a teraźniejszością, podreptałam do antykwariatu. Książeczka już na mnie czekała i tylko pobieżnie rzuciłam na nią okiem. Skoro tu już jestem to jednak muszę wybrać jeszcze coś z Asnyka. Na jego pogrzebie kobiety zasypały trumnę kwieciem, a potem zbierały i suszyły płatki w tomikach jego poezji. Jakie to romantyczne zasuszyć kwiat między wierszami… Biorę do rąk jeden z tomików Adama Asnyka, kartkuję i podczytują z zaciekawieniem. O, a to co? Między kolejnymi stroniczkami wiekowy wolumin odkrywa przede mną skrywaną tak długo tajemnicę – pożółkły, mały kwiatuszek. Wygląda na akacjowy. No, i cóż, skoro tak,
 ten tomik poezji pójdzie ze mną



Jeszcze łapię broszurkę o gen. Tadeuszu Kościuszce, bo w niej są ciekawe reprodukcje i lżejsza o ładne parę groszy, ale też o smutek, który podczas tych zakupów już zupełnie mnie opuścił, wracam tą samą drogą. 

Właśnie uciekł mi sprzed nosa mój autobus, więc przysiadłam sobie na przystanku na ławeczce obserwując miejsce, w którym kiedyś stała szkoła mojej babci i do którego co dnia przez 8 lat podążała co rano, oprócz niedziel.   

Wyjęłam z torebki książeczkę autorstwa dr Mieczysława Offmańskiego i otworzyłam na wstępie. Czytam: „ Przeszłość- przyszłość. Sądzę, że książka ta ... powinna znaleźć się w rękach wszystkich pragnących choć pobieżnie zapoznać się z bogata puścizną dziejów naszych. Świątynie, zamki i ruiny, to żywa przeszłość w teraźniejszości.” Brzmi jak ważna wskazówka, której nowi posiadacze Wólki Prackiej widać do serca nie wzięli.
A potem przełożyłam dwie kartki do przodu szukając może jakiejś dedykacji składanej czasem na pierwszej pustej kartce, albo exlibrisu. 
W to co tam ujrzałam nie mogłam wprost uwierzyć. Przybliżałam stroniczkę do oczu, to znowu oddalałam, jakby to było jakieś widmo. Jednak okrągły niebieski znak nie znikał. Szafirowa pieczęć z orłem w koronie a wokoło napis „Pierwsze Gimnazjum Żeńskie im. Królowej Jadwigi w Warszawie” była świadectwem miejsca, do którego mały kieszonkowy słownik miejscowości należał przed wojną A powyżej numer biblioteczny, a więc jest z biblioteki gimnazjum zwanego „Królówką” … 


Haneczko, babciu moja, czy też czytałaś kiedyś tę książeczkę?


Ogarnęła mnie radość i wzruszenie. Zupełnie niespodziewanie przyszło pocieszenie. Namacalny dowód przeszłości w teraźniejszości.
Matura 1932. Moja babcia Hanka Zajdler siedzi w dolnym rzędzie
trzecia od prawej. Zdj. z książki "Pierwsza żeńska" B. Koźmińskiego.
Pierwsze Żeńskie Gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Warszawie.
Widok od strony Pl. Trzech Krzyży. Zdj. z książki, jw.
Uczennice "Królówki" ćwiczą na dachu. W tle kopuła kościoła
Św. Aleksandra. Zdj. z książki jw.
Książka o szkole mojej babci Hanki. Nieocenione źródło wiedzy o gimnazjum.


Świadectwo maturalne babci Hanki.
Tak fatalny skan zrobiono mi w Archiwum
Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie jest przechowywane.
Powstanie Warszawskie 1944r. Zburzone 1 września gimnazjum im.
Królowej Jadwigi. Widać powalone posagi, zdobiące front budynku.
Zdj. z książki "Dni Powstania St. Kopfa 
Zbombardowany w czasie Powstanie kościół Św. Aleksandra
na Pl. Trzech Krzyży w Warszawie
Wstęp do książeczki "Słownik miejscowości"
Niespodzianka w małej książeczce.
Czytaj też:
.Okradziono mnie?

niedziela, 7 września 2014

Okradziono mnie?

Dlaczego to tak cholernie boli? A przecież to nic – po prostu zabrali. Mieli papier, mieli prawo. Część rozdali tym co nie mieli. To taka zabawa była: raz, dwa, trzy – teraz masz ty. Resztę, a właściwie większość, zmarnowali. A potem  sprzedali. Podobno za grosze. I ciągle marnieje, tyle, że teraz planowo, pod patronatem konserwatora zabytków.
      A jednak kłuje w sercu. Czasem w oku zakręci się łza. Czuję się okradziona i zlekceważona. Więcej, czuję się gorsza. Zupełnie bezsilna. Zapędzona w kozi róg. Szach i mat – przegrałaś malutka. I jeszcze ci powiem, że jesteś frajerką, jeśli myślałaś, że może być sprawiedliwie. I co naiwniaczko, ciągle ci Wystarczająco PL?
       O rzesz ty, niedoczekanie twoje! Śmiej się i kpij, a i tak nie usłyszysz ode mnie „Nie o taką Polskę...” Bo to nie Polska jest „nie taka”, ale ci, którzy się tu panoszą. Panoszą się nieprzerwanie i nieprzyzwoicie od 70-ciu lat.


Co mam zrobić, żeby przestało boleć? Na pewno znacie to uczucie, kiedy zgubi się coś cennego, ważnego. A jeszcze gorzej, kiedy nas okradną. To takie wstrętne, oblepiające duszę uczucie. To myśli, które plenią się w okropnych snach, albo dopadają cię w najmniej nieoczekiwanym momencie słonecznego dnia.


Ja to uczucie dostałam w spadku, jak mówią po dziadku, a dokładnie po siostrze i bracie dziadka. Jestem spadkobiercą krzywdy, niesprawiedliwości, poczucia zawodu. Zawodu? Nie! Poczucia klęski, wielkiej przegranej, starty niepowetowanej. I niespełnionych nadziei, że po tamtym 4 czerwca będzie wreszcie sprawiedliwie.


Jestem spadkobiercą – ściślej współspadkobiercą –majątku ziemskiego Wólka Pracka. Dziś to cicha, mazowiecka wieś o tej samej nazwie, oddalona od Warszawy o jakieś 40 kilometrów. 
Julia i Władysław Palmirscy - siedzą w środku od lewej
zdj. ze zb. Doroty Zaborskiej

Majątek nabył na początku XX wieku, inwestując cały dorobek życia, brat cioteczny mojej prababki – doktor Władysław Palmirski. Urodził się w rodzinie szlacheckiej 1861 roku w Duksztach na Litwie. Był lekarzem, prekursorem bakteriologii w Polsce, światły, postępowy, idealista. Z żoną Julią nie mieli własnych dzieci. Opiekę nad swoją żoną i majątkiem polecił dzieciom siostrzanym. Swoją spuściznę zapisał więc tak: połowę siostrzenicom żony – Marcie, ożenionej z Wojsławem, Zaborskiej i Wandzie Strąkowskiej. Drugą połowę swojej siostrzenicy Marii Sokołowskiej i swemu chrześniakowi Mieczysławowi Sokołowskiemu, czyli rodzeństwu mego dziadka Zygmunta. Maria i Mieczysław też zmarli bezpotomnie, dlatego spadek przechodzi na zstępnych ich rodzeństwa.
Wólka Pracka - w środku stoi moja prababka Stanisława Sokołowska
siedzi z lewej mój dziadek Zygmunt Sokołowski.
zdj. ze zb. Doroty Zaborskiej

W parku, w Wólce Prackiej, w środku Marta i Wojsław Zaborscy.
Zdj. ze zb. D.Z
Dwór w Wólce Prackiej, stoją z prawej Julia i Władysław Palmirscy
Wejście do dworu w Wólce Prackiej, 

Wracam jednak do doktora i dalszych losów Wólki. Doktor Palmirski umarł 4 listopada 1940 roku. Jego testament wypełnił się i do księgi hipotecznej majątku Wólka Pracka wpisano czworo nowych właścicieli. Nadszedł rok 1944. Jeszcze nie skończyła się niemiecka okupacja, a już nowe prawo stanowiła nowa władza. Dziennik Ustaw 1944, numer 4, pozycja 17 – Dekret Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z dnia 6 września 1944 roku o przeprowadzeniu reformy rolnej. Znajdziecie ten akt prawa na internetowej stronie polskiego Sejmu. Dziwne? Nie, bo to prawo obowiązuje do dziś.



A więc z mocy tego prawa przyjechali do Wólki Prackiej przedstawiciele Nowego Porządku już 31 stycznia 1945 roku. W dwa tygodnie po tzw. wyzwoleniu Warszawy. Przyjechali i spisali nieruchomości, choć w liczeniu się pomylili. Budynków było siedemnaście, z czego czternaście murowanych. Nie przeszło im przez gardło słowo „dwór”, bo podłe i zgnile burżuazyjne. Napisali „dom mieszkalny”, powierzchnia w metrach 30x12. To był parterowy, solidny murowany, blisko 400 metrowy stary, piękny dwór. Okolony parkiem, dobrym do spacerów i wypoczynku. Na prawo od parku był ogród owocowy, a na lewo ogród warzywny i inspekty. W pobliżu ogrodu stały drewniane ule, wokół których uwiały się pracowite pszczoły.



Obok dworu stała murowana, 160-cio metrowa oficyna. Oba budynki usytuowane były tyłem do zabudowań gospodarskich. Tu mieszkała Maria, tu pomieszkiwał Mietek. Kolejne domy mieszkalne przeznaczone były dla żyjących tu i pracujących w majątku robotników rolnych. 


O największym i najważniejszym, poza dworem, budynku w folwarku, robiący ten spis już, już miał napisać „stajnia”, ale się rozmyślił. Rozpoczęte słowo „Stajn” skreślił i naściubolił obok: „Budynek inwen”. Czemu tak ważne było, żeby 750 metrową stajnię nazwać inaczej? Przecież i tak spisu inwentarza żywego nie było.

A stajnia była tak bardzo ważna, bo doktor kupił majątek właśnie dla hodowli koni. To z końskiej surowicy produkował w swojej pracowni bakteriologicznej szczepionki przeciwko wściekliźnie, przeciwko róży świń i innych chorobom. Tylu ludzi uratował, tyle zwierząt... 

Konie z Wólki Prackiej kochał też porucznik Mietek Sokołowski, artylerzysta konny, mistrz jeździectwa. Konie uwielbiała Marcia Zaborska, jeszcze, kiedy była panienką Offmańską. Obok stajni była kuźnia, dalej wielka obora z częścią drwalni. I spichrz. Kurnik, stodoła, chlewy i dwie murowane piwnice, do przechowywania płodów rolnych. 
Marta Zaborska w Wólce Prackiej.
Zd. ze zb. Doroty Zaborskiej
Por. Mieczysław Sokołowski, w Wólce Prackiej

I w końcu nadszedł dzień ostatni. To było 31 października 1945 roku. Przyszli z drukiem napisanym na maszynie do pisania na kratkowanej kartce i uzupełnionej niewyraźnym, pochyłym pismem przez Nowych Panów. „Obszar ogólny majątku 165,30 hektarów”. Dalej wyszczególniono ile hektarów gruntów rolnych, ogrodów, parków, lasów. I nawet rachunki sie zgadzają. Podsunęli do podpisania jednej z właścicielek, Wandzie. Ich podpisów było aż pięć, żeby było zupełnie w porządku i bez zarzutu.

A potem już tylko wynocha i won mi stąd. Najgorzej, że żona doktora Julia Palmirska musiała opuścić to swoje miejsce na ziemi i udać się donikąd. Warszawa spalona po powstaniu, rodzina wywieziona, część zginęła w walce. Wojsław nie żył, a Mietka nie było. Wzięły biedne kobiety co mogły ze sobą i jednak ruszyły do Warszawy, bo tu powróciła resztka naszej rodziny. Na naszą rodzinę spady jeszcze inne represje.

Wszyscy bezpośredni spadkobiercy doktora Palmirskiego zmarli przed 1989 rokiem nie doczekawszy zmiany ustroju. I może dobrze...


Od 1990 roku nasza rodzina stara się w urzędach Rzeczypospolitej Polskiej ... no właśnie, o co? Część ziemi, tej rozdanej rolnikom, ma nowe akty własności. Na największej części Wólki Prackiej utworzono PGR. Jeszcze w połowie lat 70-tych wybudowano dwa bloczki mieszkalne dla pracowników. Wtedy zburzono dwór, w którym do tego czasu mieszkali robotnicy. Ostatecznie jednak PGR Wólka Pracka jako przedsiębiorstwo rolne upadł, choć ziemia tu podobna żyzna, i pod pszenicę i pod kukurydzę. 

Reszty dokonała Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa. Powstała w 1991 roku w celu przejęcia, restrukturyzacji i prywatyzacji (!) mienia po byłych PGR-ach. Musieli się bardzo spieszyć, bo kto wie, może i jakieś oszołomy wprowadziliby ustawę o reprywatyzacji? W 1993 roku, po cichutku - my o tym nic nie wiedzieliśmy - 100 hektarowy teren w Wólce Prackiej po byłym PGR nabyła pewna Pani z zagranicy, polskiego pochodzenia zresztą. Ma tu swego zarządcę. Miejscowi mówią, że bez kija nie podchodź. Wydaje się, że palce tu macza też pewna spółka (Wólka Pracka Centrum Nieztejziemi) 

A my wciąż w urzędach mamy sprawy o odzyskanie Wólki Prackiej.

Został jeszcze las, ale i na niego przyszedł czas. Napiszę niedługo. Może...

Przytłoczona tymi wiadomościami wybrałam się wczoraj w podróż do Wólki Prackiej. Odwlekałam dotychczas, bo wiedziałam, że zaboli. To było smutne i trudne doświadczenie. Tak bardzo przykro jest patrzeć jak „nasze” marnieje. Prawie wszystkie budynki zburzone, ostatnio dwa lata temu zawalił się kolejny zabytkowy budynek gospodarczy. Jak smutno jest iść swoją-cudzą drogą, patrzeć na obrócone w nieużytki pola, na zdziczały, zarosły chwastami park. Iść aleją wiodącą do majątku, wąziutką, nieużywaną drogą donikąd. A przecież Oni, moi, doktor Władysław, jego żona Julia, Marcia, Wandzia, Marylka i Mietek tak bardzo to miejsce, tę Wólkę Pracką kochali.


Jestem spadkobiercą tej Miłości...      

   
P.S.

Myślałam, że wezmę trochę ziemi z pola na pamiątkę, ale nie wzięłam. Przecież nie będę kradła. Jedynie trochę piachu z drogi, chyba jest wspólną własnością?
Tyle zostało z majątku Wólka Pracka... kiedyś PGR,
dziś w rękach nowych właścicieli. Oto zabytki Wólki Prackiej.
Tam gdzie te drzewa i chaszcze kiedyś był park, który widzieliście na zdjęciach powyżej.
Są tam też podobno fundamenty zburzonego dworu.
W tym budynku hodowano świnie na dwóch kondygnacjach.
To zabytek pod opieka konserwatora zabytków...
Resztki ozdobnych, żeliwnych wsporników.
Tak wygląda od strony podwórza
Bardzo charakterystyczne ściany postawione z ciętego kamienia i
czerwonej cegły. obok otwory wejściowe zamurowano. Otwór okienny zabezpieczony folią.
Tak nasz zabytek wygląda od strony południowej. Gruzowisko
to chyba pozostałości budynku zawalonego 2 lata temu.
Grunty położone obok.
Drugi z ocalałych budynków. Chyba kiedyś obora.
Dziś wygląda tak.
Panorama tego co zostało...
Pozostałości posadzki po zawalonym budynku gospodarczym.
Tu niespodzianka - zachowany budynek mieszkalny, tzw. dwojak.
Niewidoczna na zdjęciu druga część jest ocieplona styropianem i pomalowana
na szaro. Ludziom zimno było.
To skrzyżowanie drogi wiodącej do zabudowań gospodarczych
z drogą która niegdyś prowadziła do dworu, na który miejscowi mówią "pałac"
I kolejna niespodzianka na ulicy Pałacowej :)
 Chyba jeden z chlewów. ten sam materiał budowlany - kamień i cegła.
Dziś ten budynek stanowi ogrodzenie i należy do jednej z posesji obecnych
właścicieli Wólki Prackiej.
Przy Pałacowej postawiono w latach 70-tych dwa budynki mieszkalne dla
 pracowników PGR Wólka Pracka. W Wólce nie ma kanalizacji...
ale na szczęście jest prąd.
Wciąż malownicza droga do dworu w Wólce Prackiej, choć zaniedbana. Tą drogą zmierzali
do domu moi krewni, dawni mieszkańcy majątku. To niesamowite stąpać po tej samej ziemi.
Najstarsze drzewa przy tej drodze już wycięto.
Tamtych ludzi już nie ma, została ziemia i drzewa. Czy pamiętaj ich śmiech?
Czy w ich gałęziach szumi jeszcze tentent końskich kopyt?
Moja chwilo w Wólce Prackiej trwaj wiecznie..
Obok drogi było pole uprawne, dziś porosłe chwastami nieużytki
Dawniej i dziś Wólkę Pracką okalał las. Ten las też zabrali.
Opuszczam Wólka Pracką ze smutkiem i z żalem...
Żal mi, że nie mogliśmy wypełnić testamentu naszego spadkodawcy, dobrego doktora Władysława Palmirskiego, który do nas spadkobierców napisał: „Swoich spadkobierców traktuję jako swoje dzieci (...) Pamiętajcie, że w jedności siła i dlatego mojem przedśmiertnym życzeniem jest, żeby dotąd to będzie możliwem, gospodarka była wspólna, a Wólka Pracka jako warsztat rolny utrzyma się."
Czytaj też:
.Niespodziewane pocieszenie.
.List sprzed stu lat
.Jedno uratowane dziecko