Patrzę na to zdjęcie z rozrzewnieniem. Za szkłem chroniącym przed niszczącym
wpływem czasu widzę portret dziewczyny wykonany prawie 100 lat temu. W tej
szybie odbija się również współczesność – wnętrze pokoju i okno z widokiem na
dzisiejszy Głosków. Pozłacana rama połączyła przeszłość i dzień dzisiejszy w
jedno.
I zaiste tak właśnie jest. Nie ma dnia dzisiejszego bez przeszłości. Obraz
naszego dzisiaj przenika historia.
A ta historia nigdy by do mnie nie dotarła, gdyby nie wpis na blogu O Wólce Prackiej i zamieszczony pod nią komentarz Pana Wojciech Niemczyka. Jest to opowieść o uratowanym dziecku i wdzięczności przechodzącej z pokolenia na pokolenie. Tym dzieckiem była babcia Pana Wojciecha – Michalina Kowalska z domu Lewandowska. Urodziła się w 1897 roku. Kiedy miała sześć lat przeprowadziła się wraz z rodzicami z plebanii w Piasecznie do majątku Głosków. Tu dawno temu osiadł jej dziadek Tomasz Głowacki. Nie był on chłopem pańszczyźnianym, lecz zajmującym pustkę osobistym doradcą właściciela majątku Głosków – Pana Dangla. Niestety w 1862 roku Pan Dangiel zginął z rąk członków kozackiej sotni w zachodniej bramie swego majątku. Droga stąd prowadziła nota bene do dworów Karolin i Wólka Pracka. Wraz ze śmiercią dobrodzieja Dangla skończyły się specjalne przywileje dla rodziny Głowackich, ale nie jej bytność w Głoskowie.
Tak więc to tu zamieszkała mała Michalina i to tu tamtego roku 1903 zachorowała na dyfteryt. To bardzo groźna choroba zakaźna zwana inaczej błonicą, szybko rozprzestrzeniająca się zwłaszcza wśród dzieci. W czasach, gdy nie znano antybiotyków, a bakteriologia i szczepienia były w medycynie nową gałęzią, niosła ze sobą wysoką umieralność i szybko przeradzała się w epidemię.
Od chwili, gdy domownicy zdali sobie sprawę z tego, że dziewczynka jest bardzo
chora wypadki toczą się już szybko. Chcą za wszelką cenę ratować dziecko. Jednak
wówczas takie przedsięwzięcie nie jest wcale łatwe. Wiedząc, że w majątku obok
przebywa doktor rodzice postanawiają zawieźć chorą Michalinę do Wólki Prackiej.
Nawet sama droga nastręcza trudności, bowiem na granicy Wólki i Głoskowa
wykopano rów i wypełniono go wapnem, aby zapobiegać rozprzestrzenianiu się
zarazy. Drogę można przekraczać tylko z bardzo ważnych powodów. W końcu wjeżdża
się na czyjś prywatny teren. Jednak gnani lękiem o życie córki opiekunowie
pokonują tę przeszkodę i wkrótce ojciec małej Michasi, szewc od butów do konnej
jazdy Antoni Lewandowski, staje przed obliczem doktora Władysława Palmirskiego,
właściciela folwarku Wólka Pracka.
To tu w Wólce Prackiej doktor pozyskuje materiał do badań naukowych i wyrobu szczepionek, czyli końską surowicę. Najpierw trzeba wprowadzić do organizmu zwierzęcia zarazki choroby, aby w krwi wytworzyły się przeciwciała. Obserwować rozwój choroby, która powinna mieć przebieg poronny, badać konie i pobierać im krew do analizy. Wyodrębniony w Wólce materiał biologiczny poddawany jest obróbce w Pracowni Bakteriologicznej doktora w Warszawie na ul. Koszykowej 23.
Pan Antoni nie wie, czym jest bakteriologia i czym tak naprawdę zajmuje się
Władysław Palmirski. Lekarz to lekarz, musi dziecko ratować. Prosi więc o
ratowanie życia córeczki, ale doktor z razu nie wyraża zgody. Najpierw
tłumaczy, że nie prowadzi praktyki lekarskiej, że nie jest tak naprawdę
lekarzem dla ludzi, ale od koni. Czy ktoś oprócz niego zdaje sobie sprawę jaka
to odpowiedzialność zdiagnozować chorobę i podać szczepionkę zawierającą
szczepy bakterii? A co, jeśli to nie byłby dyfteryt? Doktor wspomina również o
tym, że szczepionki w Wólce Prackiej ma bardzo mało i że jest ona przeznaczona
tylko dla mieszkańców jego folwarku. Takie to były okrutne czasy, gdy leków, żywności
i schronienia nad głową nie starczało dla wszystkich.
W końcu jednak dr Palmirski zgadza się ratować dziecko:
- Skoro już ją przywieźliście, to ją wam zaszczepię. I tak właśnie zrobił.
Po powrocie do domu Państwo Lewandowscy stwierdzili z przerażeniem, że
siostrzyczka Michaliny też jest chora. Rozpalone czoło i rozognione gardło
świadczyło, że to najpewniej dyfteryt. Pan Antoni nie miał jednak śmiałości wrócić
do Wólki Prackiej i znowu prosić doktora o szczepienie, tym razem drugiego
dziecka. Rodzice uradzili zawieźć małą do felczera do Piaseczna. Tam
wypędzlowano jej gardło, ale ten zabieg nic nie pomógł. Siostrzyczka Michaliny
wkrótce zmarła.
Czy można sobie wyobrazić co czują wtedy rodzice?
Mimo tego potwornego nieszczęścia wdzięczność dla doktora Władysława
Palmirskiego zagościła w sercach Państwa Lewandowskich, a z czasem również w
serduszku rosnącej zdrowo Michaliny. Ilekroć przez Głosków przejeżdżała jego
czterokonna dorożka, tylekroć osoba lekarza z Wólki Prackiej obdarzana była
błogosławieństwem. Zwyciężyła wdzięczność za uratowanie dziecka nad żalem po
stracie drugiego dziecka.
Mijały lata i mała Misia wyrosła na piękną pannę Michalinę, co widać wyraźnie
na portrecie z 1916 roku. Zachwyca mnie jej niepospolita uroda, jasne oblicze i
wielkie, mądre oczy. I tyle powagi w tej młodziutkiej dziewczynie, jakby wiedziała
i rozumiała więcej niż jej rówieśnicy. Michalina wyszła za mąż i mam nadzieję,
że miała szczęśliwe życie. Jej portret wisi dziś w głoskowskiej sypialni
należącej do jej córki i to okno tego pokoju widać na obrazie. A wspomnienie
dobrego doktora Palmirskiego, który uratował od śmierci Michasię Lewandowską
żyje w pamięci jej potomnych.
Wdzięczna pamięć to jest najpiękniejsze podziękowanie, które możemy podarować innym ludziom…
Wdzięczna pamięć to jest najpiękniejsze podziękowanie, które możemy podarować innym ludziom…
![]() |
| Dr Władysław Palmirski - zdj. ze zbiorów Doroty Zaborskiej |
P.S.
Szczerze dziękuję za powierzenie mi tej opowieści z życia dr Władysława
Palmirskiego i Michalinki Lewandowskiej – Jej Córce oraz Wnuczkowi, Panu inżynierowi
Wojciechowi Niemczykowi z Głoskowa. Dziękuje również za zdjęcie portretu.
Czytaj też:
.Niespodziewane pocieszenie
.List sprzed 100 lat
.Spadkobiercy Wólki Prackiej

.jpg)

















