piątek, 10 października 2014

Jedno uratowane dziecko…


...czyli o wdzięczności przez sto lat.

Patrzę na to zdjęcie z rozrzewnieniem. Za szkłem chroniącym przed niszczącym wpływem czasu widzę portret dziewczyny wykonany prawie 100 lat temu. W tej szybie odbija się również współczesność – wnętrze pokoju i okno z widokiem na dzisiejszy Głosków. Pozłacana rama połączyła przeszłość i dzień dzisiejszy w jedno.
I zaiste tak właśnie jest. Nie ma dnia dzisiejszego bez przeszłości. Obraz naszego dzisiaj przenika historia.

A ta historia nigdy by do mnie nie dotarła, gdyby nie wpis na blogu O Wólce Prackiej i zamieszczony pod nią komentarz Pana Wojciech Niemczyka. Jest to opowieść o uratowanym dziecku i wdzięczności przechodzącej z pokolenia na pokolenie. Tym dzieckiem była babcia Pana Wojciecha – Michalina Kowalska z domu Lewandowska. Urodziła się w 1897 roku. Kiedy miała sześć lat przeprowadziła się wraz z rodzicami z plebanii w Piasecznie do majątku Głosków. Tu dawno temu osiadł jej dziadek Tomasz Głowacki. Nie był on chłopem pańszczyźnianym, lecz zajmującym pustkę osobistym doradcą właściciela majątku Głosków – Pana Dangla. Niestety w 1862 roku Pan Dangiel zginął z rąk członków kozackiej sotni w zachodniej bramie swego majątku. Droga stąd prowadziła nota bene do dworów Karolin i Wólka Pracka. Wraz ze śmiercią dobrodzieja Dangla skończyły się specjalne przywileje dla rodziny Głowackich, ale nie jej bytność w Głoskowie. 

Tak więc to tu zamieszkała mała Michalina i to tu tamtego roku 1903 zachorowała na dyfteryt. To bardzo groźna choroba zakaźna zwana inaczej błonicą, szybko rozprzestrzeniająca się zwłaszcza wśród dzieci. W czasach, gdy nie znano antybiotyków, a bakteriologia i szczepienia były w medycynie nową gałęzią, niosła ze sobą wysoką umieralność i szybko przeradzała się w epidemię.
 


Od chwili, gdy domownicy zdali sobie sprawę z tego, że dziewczynka jest bardzo chora wypadki toczą się już szybko. Chcą za wszelką cenę ratować dziecko. Jednak wówczas takie przedsięwzięcie nie jest wcale łatwe. Wiedząc, że w majątku obok przebywa doktor rodzice postanawiają zawieźć chorą Michalinę do Wólki Prackiej. Nawet sama droga nastręcza trudności, bowiem na granicy Wólki i Głoskowa wykopano rów i wypełniono go wapnem, aby zapobiegać rozprzestrzenianiu się zarazy. Drogę można przekraczać tylko z bardzo ważnych powodów. W końcu wjeżdża się na czyjś prywatny teren. Jednak gnani lękiem o życie córki opiekunowie pokonują tę przeszkodę i wkrótce ojciec małej Michasi, szewc od butów do konnej jazdy Antoni Lewandowski, staje przed obliczem doktora Władysława Palmirskiego, właściciela folwarku Wólka Pracka. 

To tu w Wólce Prackiej doktor pozyskuje materiał do badań naukowych i wyrobu szczepionek, czyli końską surowicę. Najpierw trzeba wprowadzić do organizmu zwierzęcia zarazki choroby, aby w krwi wytworzyły się przeciwciała. Obserwować rozwój choroby, która powinna mieć przebieg poronny, badać konie i pobierać im krew do analizy. Wyodrębniony w Wólce materiał biologiczny poddawany jest obróbce w Pracowni Bakteriologicznej doktora w Warszawie na ul. Koszykowej 23. 
Pan Antoni nie wie, czym jest bakteriologia i czym tak naprawdę zajmuje się Władysław Palmirski. Lekarz to lekarz, musi dziecko ratować. Prosi więc o ratowanie życia córeczki, ale doktor z razu nie wyraża zgody. Najpierw tłumaczy, że nie prowadzi praktyki lekarskiej, że nie jest tak naprawdę lekarzem dla ludzi, ale od koni. Czy ktoś oprócz niego zdaje sobie sprawę jaka to odpowiedzialność zdiagnozować chorobę i podać szczepionkę zawierającą szczepy bakterii? A co, jeśli to nie byłby dyfteryt? Doktor wspomina również o tym, że szczepionki w Wólce Prackiej ma bardzo mało i że jest ona przeznaczona tylko dla mieszkańców jego folwarku. Takie to były okrutne czasy, gdy leków, żywności i schronienia nad głową nie starczało dla wszystkich.
W końcu jednak dr Palmirski zgadza się ratować dziecko:
- Skoro już ją przywieźliście, to ją wam zaszczepię. I tak właśnie zrobił. 
Po powrocie do domu Państwo Lewandowscy stwierdzili z przerażeniem, że siostrzyczka Michaliny też jest chora. Rozpalone czoło i rozognione gardło świadczyło, że to najpewniej dyfteryt. Pan Antoni nie miał jednak śmiałości wrócić do Wólki Prackiej i znowu prosić doktora o szczepienie, tym razem drugiego dziecka. Rodzice uradzili zawieźć małą do felczera do Piaseczna. Tam wypędzlowano jej gardło, ale ten zabieg nic nie pomógł. Siostrzyczka Michaliny wkrótce zmarła.
 
Czy można sobie wyobrazić co czują wtedy rodzice?
Mimo tego potwornego nieszczęścia wdzięczność dla doktora Władysława Palmirskiego zagościła w sercach Państwa Lewandowskich, a z czasem również w serduszku rosnącej zdrowo Michaliny. Ilekroć przez Głosków przejeżdżała jego czterokonna dorożka, tylekroć osoba lekarza z Wólki Prackiej obdarzana była błogosławieństwem. Zwyciężyła wdzięczność za uratowanie dziecka nad żalem po stracie drugiego dziecka. 
Mijały lata i mała Misia wyrosła na piękną pannę Michalinę, co widać wyraźnie na portrecie z 1916 roku. Zachwyca mnie jej niepospolita uroda, jasne oblicze i wielkie, mądre oczy. I tyle powagi w tej młodziutkiej dziewczynie, jakby wiedziała i rozumiała więcej niż jej rówieśnicy. Michalina wyszła za mąż i mam nadzieję, że miała szczęśliwe życie. Jej portret wisi dziś w głoskowskiej sypialni należącej do jej córki i to okno tego pokoju widać na obrazie. A wspomnienie dobrego doktora Palmirskiego, który uratował od śmierci Michasię Lewandowską żyje w pamięci jej potomnych.

Wdzięczna pamięć to jest najpiękniejsze podziękowanie, które możemy podarować innym ludziom…
Dr Władysław Palmirski - zdj. ze zbiorów
Doroty Zaborskiej
P.S. 
Szczerze dziękuję za powierzenie mi tej opowieści z życia dr Władysława Palmirskiego i Michalinki Lewandowskiej – Jej Córce oraz Wnuczkowi, Panu inżynierowi Wojciechowi Niemczykowi z Głoskowa. Dziękuje również za zdjęcie portretu.

 Czytaj też:
.Niespodziewane pocieszenie
.List sprzed 100 lat
.Spadkobiercy Wólki Prackiej

21 komentarzy:

  1. Historia jak z filmu. Albo na film. Beatka, proszę Cię, napisz to. Ale naprawdę. No chociaż opowiadanie. Te Twoje historie naprawdę są do wydania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiolu, ja też widzę to jak film :) Widzę w wyobraźni Wólkę Pracką, dwór, tamtych ludzi, moich krewnych i mieszkańców folwarku. Widzę tamte konie stojące rzędem w stajni cugowej, w większości słabe od zadanych im szczepów bakterii. W oddzielonej część stoją jednak konie wyprzężone z dorożki, i te przeznaczone pod wierzch. Widzę Mietka Sokołowskiego, mego stryjecznego dziadka, który jako artylerzysta kawalerzysta dosiada jednego z nich i już za bramą folwarcznego podwórca kłusuje drogą wśród wólczańskich pól. Ale widzę też kowala Aleksandra, którego jako młodego chłopaka sprowadził tu doktor Palmirski. Tu rodziły się dzieci kowala i tu nie rodziły się dzieci Julii i Władysława. Ale w Wólce było sporo innych dzieci - głównie siostrzanych. I było też dziecko przywiezione po ratunek od dyfterytu - mała Michasia, która wyrosła na piękną Michalinę. Widzę to i cieszę się tym. A opowiadanie, scenariusz? NO cóż :-))))) ?????? Może kiedyś ;)

      Usuń
    2. Beatko, jak najszybciej. To jest znana i znacząca postać. To może mieć powodzenie i znaleźć uznanie. Bo i na faktach, i ciekawy temat, i historia wzruszająca. Dzieci i konie - samograj. Pierwsza pójdę do kina.

      Usuń
    3. W tej historii jest wszystko, co ludzie kochają w kinie. Jak nie Ty teraz, to ktoś inny prędzej czy później. Raczej prędzej, skoro już to tu opowiedziałaś:) A nikt tak pięknie tego nie zapisze, jak Ty.

      Usuń
  2. Cudne historie u Ciebie. Takie jak lubię.
    Udanej soboty :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Alis :))) Miłego, słonego cudnego dnia , B

      Usuń
  3. Uwielbiam Twoje opowieści. I te zdjęcia!!
    Michalinka rzeczywiście ma w spojrzeniu większą dojrzałość niż mówi to metryka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? W ogóle śliczna dziewczyna. Miłego odpoczynku Julio, słoneczności ślę :) B

      Usuń
    2. Ale Dr Palmirski też przystojny bardzo :)

      Usuń
    3. Fakt. Mam tez jego zdjęcie kiedy był już starszym mężczyzną i przystojny nadal. Taki niestarzejący się zbytnio typ urody fajna rzecz :) Uściśnienia , B

      Usuń
  4. Beata, widzę, że nie tylko ja jestem zdania że to Twoje opowieści należałoby pokazać światu. Piękne historie opowiadasz. I czuć z nich twoja sympatię do ludzi, których wspominasz.
    Piękne.
    Ale ja bym też chciała coś więcej o teraźniejszości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kasiu, dzięki wielkie. A teraźniejszość w notce poniżej. Znowu latałam :) Więcej pierwszy raz w życiu sterowałam samolotem! Mega przeżycie:)))) Śni się po nocach. Zajrzyj do postu "Jesień, a w sercu wiosna", Uściśnienia ślę BB

      Usuń
    2. oooooooooo - to lecę poczytać o lataniu :-)))

      Usuń
    3. Już widziałam :D -post o lataniu. I mam niedosyt

      Usuń
    4. I ja mam niedosyt :) chciałoby się częściej :))) Ale domyślam się, że niedosyt dotyczy teraźniejszości ogółem, postaram się (...)

      Usuń
  5. Ratować , poświęcić, to wybory trudne dla nas po dziś dzień , trudne to były czasy i oby nigdy nie powróciły , pozdrawiam Dusia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziś nieporównywalne z tamtym wczoraj, a mimo wszystko, kiedy czytam np. o rodzicach, którzy dziś walczą o jakiś nierefundowany lek dla swego dziecka, to myślę, że jeszcze bardzo wiele musimy zrobić w obszarze ochrony zdrowia. Choć z tyloma chorobami sobie zupełnie poradziliśmy, np. z czarną ospą - ostatnie zachorowania typu epidemiologicznego na terenie Polski była we Wrocławiu w 1963 roku, miałam podczas epidemii 2 latka i wtedy zostałam zaszczepiona przeciw czarnej ospie. A dziś się dzieci na to nie szczepi, bo zagrodzenia nie ma :) Pozdrawiam, Beata

      Usuń
  6. Wspaniała opowieść wspaniale napisana. Wiesz - moja Mamusia w czasie wojny przeszła dyfteryt, życie zawdzięcza zaprzyjaźnionemu lekarzowi. To bya kiedyś straszna choroba i okrutne żniwa zbierała. Wpadłam w ten Twój świat jak ta śliwka w kompot.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Malino, jak mi miło widzieć Cię w moim świecie, Serdecznie ściskam :) B

      Usuń
  7. A mówią, że internet to zakała dzisiejszych czasów, zabija kontakty międzyludzkie; uważam, że używany mądrze pozwala je wręcz zacieśniać, poznawać, ośmiela do wypowiedzi, oczywiście nie jakichś obraźliwych; gdyby nie Twój wpis, nie poznałabyś historii swojej rodziny w związku z uratowaniem Michaliny, jakże niepoznane i niezbadane są losy ludzkie, splątane, połączone; kiedyś fotografowałam na łące stado jeleni, a naprzeciwku wyszło dwoje ludzi, widziałam, że robią zdjęcia również; potem okazało się, że czytają mojego bloga, podesłali mi zrobione przez siebie fotografie zwierząt, to było bardzo miłe; pokazałam też fotografię wiejskiej kapeli samouków, w której grał mój ojciec; odezwał się człowiek, który zajmował się profesjonalnie odszukiwaniem takich form artystycznych, udzieliłam mu różnych informacji, miał odwiedzić moją wieś, tylko że ... wszyscy ze zdjęcia już nie żyją, zostały ponadosiemdziesięcioletnie babcie, może pamiętają jeszcze przyśpiewki z dawnych lat; a wracając do ratowania życia i zdrowia mieszkańcom wsi, to mojego ojca uratował niemiecki lekarz, stacjonujący w naszym domostwie, bo ojciec z kolegami wrzucili zapalnik do ogniska ... jednego oka nie dało się uratować; pisz, Beato, Twoje opowieści są wspaniałe, choć czasami smutne; pozdrawiam Cię serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Mario, internet rzeczywiście ułatwia kontakty. I ile ludzi można nowych poznać. Będę pisać , bo wiele jeszcze do pokazania, a że smutne... no cóż jakoś tak wychodzi, Serdeczności, B

      Usuń