środa, 14 maja 2014

Nie kupuj kota. Weź psa. Cz. 2.



Nie rozważałam nigdy kupna kota. Ani nawet wzięcia kota za darmo. Nie dlatego, że mi się nie podobają, albo, że ich nie lubię. Po prostu wiem, że tryb życia kota bardzo byłby dla mnie uciążliwy, a najgorsze to te nocne harce. Pogłaskać cudzego, żeby pomruczał, a to co innego. Popatrzeć jak się fajnie bawi bardzo miło. Jednak wziąć do domu i się wściekać, że wszędzie wlezie i spać nie daje, to by było nie porządku, wobec kota oczywiście. 


Poza tym prawie od urodzenia wiem, że ja jestem psiarą. Marzenie o psie było chyba jednym z pierwszych, które sobie uświadamiam. Zresztą pisałam już o tym w poście "Nie kupuj Kota. Weź psa Cz. 1." 

Był jednak taki czas, gdy świadomie rezygnowałam z tego marzenia. Tak bardzo smutne i przykre było rozstanie z naszym psem Kajetanem, że myśl o powtórzeniu takich przeżyć, to marzenie zabijała. Marzenia jednak mają to do siebie, że nie zaspokojone lubią powracać. Mijający czas przytępił ostrość przykrych chwil i po pięciu latach znowu zaczęłam oglądać się za psami. 
Zanim zapadła taka decyzja rozmawialiśmy o tym we trójkę, z mężem i z synem. Pies w domu dotyczy bowiem wszystkich. 


Było to prawie jedenaście lat temu. Syn przeszukał internetowe strony różnych schronisk. Czytaliśmy smutne, a czasem przerażające opowieści o losie niechcianych przez nikogo psów. Mieliśmy jednak swoje preferencje: musi to być niezbyt duża suczka, najlepiej krótkowłosa i na krzywych łapkach. Syn wreszcie znalazł psinę, której historia najbardziej chwyciła nas za serce. Suczyna była bardzo delikatne i wrażliwa, bała się wszystkiego, ale chciała ufać ludziom, pomimo tego, czego od nich doświadczyła. Nowi właściciele musieli być odpowiedzialnymi ludźmi, najlepiej z psiarskim doświadczeniem. 

Pomyślnie przeszliśmy rozmowy kwalifikacyjne i spotkanie zapoznawcze. I wreszcie Dinga – bo tak dano jej na imię w schronisku – trafiła pod nasz dach. Nieznająca miasta, bojąca się nawet śnieżnego bałwana i podniesionego głosu, wymagała naprawdę odpowiedniego treningu adaptacyjnego, a także leczenia. Oswajanie psich fobii i nauka życia w mieszkaniu w bloku zabrała trochę czasu, ale Dinga okazała się bardzo pojętnym psem. Przede wszystkim jednak, miała i ma bardzo przyjazne usposobienie. I chociaż to ja jestem jej przewodnikiem Alfa, to do moich chłopaków również odnosi się miłością. Jest urocza, piękna, zrównoważona i oddana. Kocha nas nie tylko za żarcie, choć jedzonko jest dla niej bardzo ważne – kiedy trafiła do schroniska wyglądała jak szkielet. 

Nie sprawia żadnych kłopotów, poza tym, że jest chorowita. Alergiczka- jada tylko domowe gotowane jedzenie: pierś z kurczaka i ryż z warzywami. Na wszystko inne jest uczulona. Jest też uczulona na trawy i kiedy pylą gryzie łapy. Gigantyczne wprost kłopoty z paszczęką (zaburzona mineralizacja śliny) i kamień nazębny nie do opanowania, pomimo zabiegów jego usuwania. Po latach skończyło się usunięciem wszystkich zębów. Bez zębów odżyła, nabrała wigoru. Nie ogląda się w lustrze i nie chce mieć sztucznej szczęki reklamowanej w TV. Suczka musi się teraz odżywiać jak niemowlę – wszystko miksowane, albo przecierane. Przy tym brudzi niemiłosiernie, bo wywija jęzorem nieomal naokoło głowy. Jednak nie ma to dla nas znaczenia. Spadł nam kamień z serca, że przestała cierpieć. I do tego jęzorek wisi jej z boku zalotnie. W zimie trzeba zakładać wełniany kaganiec, żeby ozór do czegoś nie przymarzł. Sunia jest wierna jak pies, przylepna i towarzyska. I do tego jest bardzo mądra. Codziennie daje nam tyle radości i pozytywnych wrażeń. A głaskanie aksamitnego futra naprawdę uspokaja. Jest po prostu kochana.


Spełniłam po raz kolejny swoje wielkie marzenie o dzieleniu życia również z psem. 

Ustaliliśmy z mężem, że będzie to nasz ostatni pies. Psa bierze się na kilkanaście lat. Trzeba zapewnić mu nie tylko pełną miskę, ale również opiekę weterynaryjną. Trzeba mieć czas, siły i środki. Sami się starzejemy. Po pięćdziesiątce to się ludziom zdarza. Zapewne sami zaczniemy niebawem chorować. Pewnie będzie się trafiać jakiś szpital, albo sanatorium. Jeśli dobrniemy do emerytury i ZUS będzie ją nam wypłacał, to będą to o wiele mniejsze pieniądze niż te, którymi dysponujemy teraz. Mając to na uwadze, wiemy, że branie psa w takich okolicznościach byłoby nieodpowiedzialne.

Jeśli decydujesz się wziąć psa musisz zaakceptować też wszystkie konsekwencje. Jeśli chcesz spełniać swoje marzenia zwracaj uwagę na to, czy nie dzieje się to z krzywdą dla kogoś innego. Nawet jeśli to jest pies.

To TYLKO pies – powiedział AŻ człowiek, i oddał psa z powrotem do schroniska.








Dinga -najlepsza suczka na świecie.

2 komentarze:

  1. O, jaki słodziutki pyszczek :) Biorąc zwierzaka do siebie, trzeba liczyć się z pełnym pakietem konsekwencji. Odpowiedzialność jest ogromna, nie każdy jest jej w pełni świadomy, stąd tyle psich i kocich nieszczęść.
    Dwa lata temu podjęliśmy w domu decyzję, że chcemy przygarnąć zwierzaka. Planowaliśmy psa. Po rozpisaniu wszystkich za i przeciw, zamiast psa, w domu pojawił się kot. :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. A więc nie bierz psa- weź kota. Również bardzo sympatyczna opcja i nie mniej zobowiązująca. Z życzeniami wielu dobrych kocich dni. BB

    OdpowiedzUsuń