sobota, 27 września 2014

List sprzed 100 lat...

List z 1915r. napisała Julia Palmirska
do męża dr. Władysława Palmirskiego

... czyli o miłości, tęsknocie i Wielkiej Wojnie.







Działo się to niespełna sto lat temu. Był piątek 29 października 1915.

Już od ponad roku trwała Wielka Wojna budząc trwogę i strach nie tylko w Polakach. Zanim jeszcze 4 sierpnia tamtego roku do Warszawy wkroczyli Niemcy, wiele osób wyjechało z miasta na wschód, do Rosji, do Moskwy, Petersburga, na Krym do Odessy a nawet do Baku. W Rosji przebywał również doktor Władysław Palmirski. Nie jestem pewna, czy wyjechał z własnej woli, czy wyjazd był mu narzucony. Wyjechał w związku z obowiązkami zawodowymi. Wojna niesie nie tylko zniszczenia i śmierć od kul, szabli i bagnetów. To też głód, wycieńczenie, choroby i dlatego zapotrzebowanie na szczepionki było ogromne. Doktor Palmirski już dawniej wyjeżdżał do Rosji, gdzie w Odessie współtworzył stację bakteriologiczną. Żołnierze umierali nie tylko z ran odniesionych w walkach, znoszeni do polowych lazaretów po stoczonych bitwach. Umierali, podobnie jak cywile, na szerzące się choroby zakaźne: dyfteryt, cholerę, dur brzuszny, czerwonkę, szkarlatynę, ospę. Dobry bakteriolog, jakim był Władysław Palmirski w takim czasie był szczególnie potrzebny. Po prostu musiał wyjechać, inaczej przecież nie zostawiłby w Warszawie swojej kochanej żony Julii.


List Julii Palmirskiej do męża Władysława Palmirskiego przepisałam pogrubioną kursywąJego treść wplotłam w opowieść o tamtym dniu Moja prababka Stanisława Sokołowska była siostrą cioteczną doktora Palmirskiego. 

I znowu będzie o miłości i też o Wólce Prackiej


****

Noc skończyła się długo przed świtem. Ciepło z pieca umykało i chłód przeniknął skuloną pod kołdrą Julię. Jednak bardziej niż zimno dokuczał jej okropny sen. Jej Władzio był po drugiej stronie jakby płynącej parowem rzeki, czy przepaści i wyciągał do niej ręce, coś wołał, ale ona go nie słyszała. Nie mogła zrobić kroku, bo stała na krawędzi tego urwiska. Oddzielająca ich przestrzeń wypełniała się mgłą tak gęstą jak wata. Wyciągnęła ręce w jego stronę, ale zniknęły w białym mleku. Próbowała zawołać, najgłośniej jak umiała 

- Władku, jesteś tam? Jesteś? Gdzie jesteś?...

Obudził ją własny, uwięzły w gardle krzyk.

Usiadła na łóżku, bo wiedziała, że i tak już nie zaśnie. W ciemnościach próbowała dostrzec puste miejscu, które zwykle obok niej zajmował mąż. Przesunęła ręką po pluszowej narzucie, płaskiej i zimnej. Próbowała przypomnieć sobie chwilę, gdy on leżał obok niej i gdy rano głaskała przez tę narzutę jego kochane ciało.

- Jesteś tam Władku? Gdzie jesteś Kochany? – szeptała. Drżała – może z zimną, a może z miłości.

Tęsknota stała się jak żelazna obręcz ściskająca serce i już chwytała ją za gardło. Nie, nie może płakać jak mała dziewczynka. Ma już przecież prawie 50 lat. Nałożyła na siebie niebieski, gruby szlafroczek i zsunęła nogi na podłogę. Stopy bez trudu trafiły w ranne pantofle.
Julia i Władysław Palmirscy



Julia zapaliła stojącą na nocnym stoliku świecę i przez chwilę przyglądała się wyłaniającemu się z mroku małemu, owalnemu portrecikowi. Jego twarz obok jej buzi, głowa przy głowie, serce przy sercu.
Wstała i osłaniając dłonią drgający płomyk podeszła do sekretarzyka. Postawiła świecznik na blacie, a z oparcia krzesła zdjęła wełnianą chustę i opatuliła się szczelnie miękką, puszystą tkaniną. Nie wezwała panny pokojowej, aby napaliła w piecu. Chciała w spokoju napisać mężowi o tym co w tej chwili czuje. Ich listy były po prostu jak rozmowa. 


Z prawej szufladki sekretarzyka wyjęła kartkę listowego papieru, zdjęła przykrywkę z kałamarza i umoczyła stalówkę w atramencie. W pokoju rozległ się chrzęszczący dźwięk skrobania pióra po bumadze.

29 X (1)915,

Władku mój drogi, jedyny!

Piszę bo Anka wyjeżdża, ale nie mam nadziei, aby słowa moje Cię doszły. Chciałabym posłać Ci wieści i myśli moje, ale nie wierzę abyś je otrzymał. Tyle już listów wysłałam, a Ty pewnie żadnego nie masz. Ja miałam od Ciebie wiadomość z 17 VIII. A poza tem jakaś wiadomość krótka mnie doszła z Września. Teraz już zdaje się mi (nic) nie odbiorę – czy Ty pojmujesz jak mi z tem jest smutno!

Zdrowa jestem i całe moje otoczenie, lecz wszyscy wzdychamy do końca wojny, lub do jakiegoś endu, abyś Ty znów się mógł znaleźć wśród nas wszystkich.

Wybieram się ze Staśkiem w Niedzielę na wieś na dni parę, bo już nie mogę wysiedzieć tak ciągle w mieście.
Julia oderwała wzrok od listu, bo wyobraźnia przeniosła ją do jakże miłej Wólki Prackiej. Tam jest przestrzeń, kryształowe powietrze, świerki strzeliste i stawy, które teraz rano pewnie pokrywa cienka skorupka lodu. Tam jest wolność, która na jedną mała chwilę, ukryła się przed wrogiem. Zresztą już najwyższy czas dojrzeć gospodarstwa, tym bardziej, że ostatnie tygodnie spędziła z siostrą i siostrzeniczkami w Warszawie.
Och – westchnęła ciężko. Nie sposób już dłużej zatrzymywać Anki, ani dziewczynek. A z nimi pociecha i wesele, nawet w taki smutny czas. Tyle pogody, gwaru i zamieszania wnoszą do jej domu córki siostry: Wandzia i bliźniaczki Zosieńka i Marcia. Te wyrastające na ładne panienki siostrzenice Julia bardzo kocha. Na to wspomnienie z twarzy Julii zniknął na moment posępny wyraz, a pióro ochoczo pomknęło po papierze.


Zobaczę chociaż na własne oczy co się tam dzieje. Anka była u nas 3 tygodnie – dziś wyjeżdża, dziewczynki smutne, mnie bajecznie jest smutno, a nic jaśniejszego nie widzę na horyzoncie. Pracownia dotąd idzie, ale kto wie co będzie dalej- Ciągle się dopytują o Ciebie.
A właśnie- pomyślała Julia - muszę dziś koniecznie zrobić zamówienie na nowe szkła do pracowni - i wyjęła z sekretarzyka książkę zleceń zakupów. Dobrze chociaż, że bakteriologiczna pracownia Władka jest na miejscu, w naszej kamienicy. Zawsze to jakaś ulga w organizacji zajęć. Zresztą wszystko wyglądałoby inaczej, gdyby nie ta wstrętna wojna. Trudno wprost uwierzyć, że to naprawdę się dzieje – rozważała zasępiona. Tyle okrucieństwa, tyle ludzkich tragedii. Boże jedyny, kiedy to się skończy... Po chwili znowu pochyliła się nad listem. 


Czasem mi się zdaje, że wszystko co się dzieje to jakiś straszny długi sen, okropnie męczący – czy i kiedy nastąpi przebudzenie? Czy wrócą nasze dawne dobre czasy?

Boję się zawsze o Ciebie, czyś aby zdrów i czy aby o sobie pamiętasz- Ja nie mogąc często pisywać do Ciebie, gdy mi już bardzo ciężko na duszy – i pragnę bądź co bądź z Tobą gawędzić – rzucam swe myśli do Ciebie na papier i chowam pod klucz, dla Ciebie gdy wrócisz już do nas. Tylko wracaj Władźku co najprędzej i niech Cię Pan Bóg strzeże w każdej godzinie, abyś nam wrócił zdrów zupełnie.

Tak jak Ty pragniesz zdrowia dla mnie, tak ja pragnę go dla Ciebie.

Gdy tęsknota szarpie mię już bardzo – tylko o jedno proszę Boga serdecznie, aby mi Ciebie w zdrowiu przynajmniej zachował.

Uściśnienia serdeczne, długie – wyrazy bezgranicznego przywiązania wysyłam na szczęścia – czy Cię dojdą ? Twoja Julia

Jeszcze przez chwilę Julia wpatrywała się w złożoną na pół kartkę. Wahała się, czy włożyć ją do koperty. Potem odsunęła lewą szufladkę sekretarza i tam na małym stosiku podobnie zapisanych papierów położyła następny list do męża. 
Wstała rozcierając zziębnięte ramiona i podeszła do okna. Wychodziło na ulice Koszykową, na której właśnie młody latarnik gasił jedyną teraz palącą się nocą gazową latarnię. Ten brak oświetlenia był najmniej dolegliwą konsekwencją wojny. 
W Warszawie wstawał szary świt. Do uszu kobiety dobiegł z razu niezbyt głośny turkot wozu i stukot końskich kopyt. To od strony Ujazdowskich toczył się wóz węglarza. Woźnica co chwila strzelał z bata nad głową konia, który z trudem ciągnął wypełniony węglem wóz. Mijając ich kamienicę pod numerem 23 zwolnił przed zbliżającym się już skrzyżowaniem Koszykowej z ulicą Mokotowską. Julia usłyszała, bo zobaczyć tego nie mogła, że węglarz skręcił w lewo za stojącą obok kamienicą. Hałas jakim tego ranka wypełnił ulicę furman i jego furmanka zlewał się już z innymi dźwiękami budzącego się dnia.
****  

Wciąż czytam ten list ze wzruszeniem. I nie dlatego, że jego autorka jest ze mną w odległy sposób spowinowacona, lecz dlatego, że jest to piękny list o miłości, o tęsknocie, w którym prawie pięćdziesięcioletnia kobieta, po 23 latach małżeństwa pokazuje, jak żywe jest jej uczucie do męża i jakimi są wielkimi przyjaciółmi. W tym liście ożywają też obawy Julii Palmirskiej, jej smutek i przygnębienie, który niesie ze sobą wojenny czas.


Czy my dziś potrafimy tak kochać i pisać takie listy? Czy doceniamy czasy pokoju? Czy potrafimy cieszyć się tymi wszystkimi drobnymi, dobrymi rzeczami które mamy i które nas spotykają? A pokój na świecie tak kruchy, podobnie jak ludzkie życie.
Dzielę się tym wzruszeniem z Wami, moi Drodzy Czytelnicy, za zgodą obecnej właścicielki listu – prawnuczki wspomnianej w liście Anny Offmańskiej.
P.s.

Narracja w tej notce jest fikcją „literacką”, aczkolwiek opartą o znane mi fakty.
Zdjęcia współczesne pochodzą z prezentacji grup rekonstrukcji historycznej - z otwarcia wystawy "Skrzydła Wielkiej Wojny", Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie, 27.07.2014.





Czytaj też:

.Okradziono mnie?
.Niespodziewane pocieszenie

21 komentarzy:

  1. Witam "nocnego Marka" co pisze po nocach zamiast spać :):): Fajne są takie wspomnienia...sieganie do historri, opieranie się na niej..ale od dawna to mówię, że szkoda,że już nie piszemy ręcznie listów....mam nawet parę z wczesnej młodości:):):ha, ha i cenię je nade wszystko..maile to już nie to....jest w tych papierowych listach urok niezastąpiony ale i coś czego nie ma w mailach..sama nie umiem nazwać co to jest.....
    Pozdrawiam
    Wracając do posta- piękna i cenna pamiątka taki list..super , że Ci go udostępniono:):) A Ty go nam:):)

    OdpowiedzUsuń
  2. pięknie to przedstawiłaś, z przyjemnością się przeniosłam na chwile w czasie. Burzliwe były dzieje naszych przodków

    udanej soboty....

    OdpowiedzUsuń
  3. Jolu z Tęczowej Doliny, jak miło że troszczysz się o moje spanie:) Ja nie jestem nocnym markiem - a wręcz przeciwnie - chodzę spać z kurami, choć ich nie posiadam : Ta godzina podawana na blogu, to podpucha, czyli takie ustawienie na blogerze. :) A listy papierowe mają klimat i urok niesamowity. Słonecznego i miłego dnia, B

    OdpowiedzUsuń
  4. Alis, dziękuję za odwiedziny i też Ci życzę miłych chwil:) B

    OdpowiedzUsuń
  5. ha, ha no to trzeba zmienić ustawienia:):):
    Fantastycznej niedzieli:):):!!!!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. "pragnę z Tobą gawędzić".. po tym, myślę, można poznać kochające się długoletnie związki - uwielbiam te chwile, gdy już dzień minął, gdy już wszystko zrobione i możemy sobie siedzieć i gawędzić. A kiedy nie ma tego czasu, to zdarza się, że jedno jeszcze coś robi a drugie jest obok i gawędzimy.

    OdpowiedzUsuń
  7. I my tak mamy Klarko, że każdego dnia choćby najważniejsze sprawy z tego dnia sobie powierzamy, a tego czasu tak mało ... Czasem tylko godzinka wspólna. A kiedy więcej czasu,w wolne dni to gawędzimy sobie o różnych różnościach, o samolotach, historii, filmie, czy książce. O tym co w Polsce i na świcie i o tym co na obiad ugotować. Teraz oczywiście tematem do rozmów jest nasza suczka, no i ta Wólka Pracka, i to co się z niej dalej rozwija. A rozwija się, że ho, ho. :) A naszym gawędom sprzyja układ mieszkania, czyli tzw. kuchlon (to nieduży pokój dzienny połączony z kuchnią) Tu się całe życie toczy.Serdeczności. B

    OdpowiedzUsuń
  8. I ja się wzruszyłam. Piękny list i piękna historia. A Władysław wrócił z wojny? Przeczytał te listy?

    OdpowiedzUsuń
  9. Julio, Władysław wrócił z wojny i listy te na pewno przeczytał, bo zachowały się nie tlko przez Wielką Wojnę, ale też w Wólce Prackiej przez cała II wojnę światową, a potem - po wygnaniu - Julia zabrała je ze sobą do Warszawy. Kiedy Julia Palmirska odeszła na zawsze listy przechowywała wspominana w liście córeczka Anny Offmańskiej - Marcia, a teraz ma je wnuczka Marci. I tak szczęśliwym zrządzeniem dobrego losu listy moich krewnych i powinowatych znowu nas wzruszają. Jestem wdzięczna temu losowi :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Pięknie! :)
    Odetchnęłam, bo trochę zaczęłam się martwić czy aby przeczytał.

    OdpowiedzUsuń
  11. dziewczyny dopytały o to, co i mnie interesowało
    opcja komentarzy, bardzo potrzebna....

    odetchnęłam...........

    OdpowiedzUsuń
  12. Beata, a myślałaś o tym, by znane ci dzieje rodziny spisać, te nieznane - wymyślić i zrobić z tego książkę? Ja bym przeczytała z lubością
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  13. Alis, bardzo się cieszę, że tak wspólnie pochylamy się nad tą historią iże losy, o których prawie nikt nie wiedział, teraz poznają inni, już współcześni ludzie:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Kasiu Miła, tak naprawdę ta historia rzeczywiście jest mi znana tylko we fragmentach, choć ciągle różne jej aspekty pokazują się z zakamarków. To historia spleciona trzech rodów - Sokołowskich, moich bezpośrednich wstępnych i Palmirskich - moja prababka to Maria Anna z domu Palmirska. Wczoraj zaś sprawą innego listu tym razem sprzed 123 lat odkryłam, że Mieczysław Offmański (ród trzeci), którego dotąd brałam za przyjaciela i szwagra Władysława Palmirskiego,w rzeczywistości był z nim spokrewniony. Obaj panowie mieli wspólną babkę :) To jest tak pogmatwane, ale też ciekawe - dla mnie i innych krewnych na pewno. Tak czy inaczej musiałabym mnóstwo powymyślać, żeby to jakąś spiąć. Zresztą nie jestem pisarką... Może na emeryturze? Ale dzięki, że we mnie wierzysz Kasiu, Uściski, B

    OdpowiedzUsuń
  15. Piękne. Całe szczęście, że założyłaś blog i pozwalasz cieszyć się takimi pięknymi tekstami:)

    OdpowiedzUsuń
  16. Może tym razem mi się uda ☺ I ja Kaczko jestem zdania, że opowieść o Twoich przodkach, tamtych trudnych czasach, w których na przekór wszystkiemu ludzie potrafili odnaleźć radość, nawet jeśli w dużej części byłaby fikcją, znalazłaby wielu czytelników a ja byłbym jednym z pierwszych. A że talent masz niesamowity w przelewaniu historii na papier, może jednak nie czekać do emerytury? Pomyśl o tym... Braciszek

    OdpowiedzUsuń
  17. Udało się! Huraaa ☺

    OdpowiedzUsuń
  18. Dzięki Wiolu, i ja się bardzo cieszę, że mogę się tym dzielić z innymi :) Żal żeby leżało na dnie szafy , Słonecznego i miłego dnia, B

    OdpowiedzUsuń
  19. Część Braciszku Kochany, I jaki zdolny jesteś też - udało się :) Ja tam tych wszytkofonów nie ogarniam :( A co do opisywania rodzinnych historii, to drugie życie by mi się przydało. czasu tak mało na wszytko... Buziaki i dobrego dnia, :))))

    OdpowiedzUsuń
  20. Ale tu ruch w komentarzach, a jakie sympatyczne i nawet prośby są. Ja też z prośbą może uda Ci się ustawić w komentarzach czas warszawski (polski) (wschodnioeuropejski??) bo tak człowiek się gubi troszeczkę.
    pa a.

    OdpowiedzUsuń
  21. Alis, Miła moja:) a mnie się właśnie tak podoba ten tamten czas :) A szczęśliwi czasu nie liczą więc chyba tak zostawię. Tym bardziej, że z blogiem mam problem poważniejszy- jest uszkodzony - nie wyświetla starszych postów ze strony głównej, a z pozostałych "działów" tylko dwie i koniec :((( Szukam jakiegoś webmastera od bloggera, ale znaleźć nie mogę. I już popadam w smutek bezsilności :(((

    OdpowiedzUsuń