Po raz trzeci i już ostatni (obiecuję :)) wracam do spotkania z kuzynem Zezatem, w maju
2005 roku. Podczas tego wieczoru był jeszcze jeden moment, kiedy zrobiło mi się
bardzo, bardzo przykro. Wahałam się, czy o tym napisać, ale cóż, przecież to
prawda już dziś historyczna.
Zezat pokazał mi wówczas drzewo genealogiczne, które własnoręcznie, na początku
lat 90-tych XX wieku, narysował dla
niego Ktoś Spokrewniony ze mną bardzo blisko (odtąd będzie nazywany przez mnie „Kaes”).
Umieścił na nim czworo swoich dzieci: dwoje – z pierwszego małżeństwa i dwoje z
drugiego. Jest też na tej kartce papieru mój ojciec Rafał, z wpisanym rokiem
śmierci 1966. Jednak gałąź tu się zamyka – mój ojciec nie ma dziecka!!! Z
zapisu Kaesa wynika, że mój tata był bezdzietny, a mnie po prostu nigdy nie
było. Naprawdę zapomniał o moim istnieniu, gdy rysował to piękne, rozbudowane
drzewo genealogiczne naszej rodziny? A przecież mam takie zdjęcie, gdy Kaes
trzyma mnie za rękę, a ja mam może około roku. Mam też zdjęcie z pogrzebu ojca,
gdy niedaleko mnie stoi Kaes. No cóż, widocznie dla niego umarłam razem z
Rafałem. Zastanawiam się, do czego było mu to potrzebne? Co zyskał na tym, że
nigdy i w niczym nie byłam uwzględniona, ani we wspólnych odwiedzinach na
cmentarzu, ani podczas rodzinnych uroczystości, ani (a może przede wszystkim)
na tej kartce papieru? Nigdy nie zapomnę tamtej chwili, bo ukłuło mnie to w
samo serce…
Gdy oglądałam te zapisy Kaes nie żył od kilku lat, więc zapytać o intencje nie
było można. A i on nie miał już szansy na własnoręczne dopisanie mnie do tego
spisu krewnych.
Dla historycznej, a jakże!, ścisłości dodam, że w naiwnym odruchu naprawienia
tej „pisarskiej omyłki”, od razu chciałam dopisać się na tym drzewie genealogicznym
pod moim ojcem.
– O, co to, to nie! – zaprotestował od razu historyk Zezat.
– To jest już historyczny dokument i nie wolno w nim niczego zmieniać!
I tak kłamstwo historyczne żyje sobie
nadal własnym życiem. Skoro tak, to odkłamię tę „prawdę” chociaż tutaj.
Zezat obiecał mi, że wszystko, co u niego zobaczyłam zeskanuje i dlatego nie
robiłam jakiś szczegółowych notatek. Co prawda uprzedzał, że teraz ma mało
czasu, studiuje, ale się postara. Zaciekawiona pytam, czy to studia
doktoranckie, historyczne, na co on pochrząkuje i mruczy, nie udzielając więcej
informacji. Jak nie chce się chwalić, to nie.
Potem mieliśmy z mężem okazję obejrzeć inne ciekawe eksponaty prywatnego muzeum
Zezata. Godna podziwu pasja kolekcjonerska ocaliła dla mnie to, co
prawdopodobnie skończyłoby na śmietniku. Dzięki Ci Boże, choćby i za to.
Wracaliśmy z mężem późnym, ciepłym wieczorem na Ursynów, zawzięcie dyskutując, o
tym wszystkim, co się wówczas wydarzyło, z głowami pełnymi przeróżnych myśli,
które jeszcze długo w nocy nie pozwalały zasnąć.
Niebawem zaczęłam upominać się u Zezata o obiecane kopie dokumentów, bo były mi
one bardzo potrzebne do dalszych poszukiwań. Co jakiś czas dzwoniłam, prosiłam,
ale kuzyn – muzealnik ciągle wymyślał nowe powody, przez które nie mógł zadość
uczynić mojej prośbie. Mijały miesiące, a w końcu lata. Błagałam, gniewałam
się, a nawet go straszyłam – wszystko na próżno. Mnie samej trudno w to uwierzyć. Czekałam
przeszło SZEŚĆ lat. Przez te sześć z hakiem lat mój kuzyn, stary kawaler Zezat,
ożenił się, powołał na ten świat dwoje
dzieci i … skończył wreszcie studia. Rozumiem, że miał co robić, ale czas
mojego oczekiwania uważam za wymyślną torturę i dlatego nie mogę sobie podarować
tej odrobiny złośliwości.
Ciąg dalszy nastąpi, bo naprawdę nastąpił.
![]() |
| Może i byłam niewyraźna, ale przecież byłam ! Tu na zdjęciu z tatą Rafałem. Zrobione w Parku Żeromskiego na Żoliborzu. W tle Plac Wilsona, wówczas pod nazwą Komuny Paryskiej.Wiosna 1962r. |
Poprzednie odcinki z wcześniejszymi numerami są pod tagiem SAGA, reszta moich
rodzinnych opowieści w zakładce KORZENIE.



