Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SAGA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SAGA. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 listopada 2015

Przekleństwo prawdy historycznej. (10)



Po raz trzeci i już ostatni (obiecuję :)) wracam do spotkania z kuzynem Zezatem, w maju 2005 roku. Podczas tego wieczoru był jeszcze jeden moment, kiedy zrobiło mi się bardzo, bardzo przykro. Wahałam się, czy o tym napisać, ale cóż, przecież to prawda już dziś historyczna.

Zezat pokazał mi wówczas drzewo genealogiczne, które własnoręcznie, na początku lat 90-tych XX wieku,  narysował dla niego Ktoś Spokrewniony ze mną bardzo blisko (odtąd będzie nazywany przez mnie „Kaes”). Umieścił na nim czworo swoich dzieci: dwoje – z pierwszego małżeństwa i dwoje z drugiego. Jest też na tej kartce papieru mój ojciec Rafał, z wpisanym rokiem śmierci 1966. Jednak gałąź tu się zamyka – mój ojciec nie ma dziecka!!! Z zapisu Kaesa wynika, że mój tata był bezdzietny, a mnie po prostu nigdy nie było. Naprawdę zapomniał o moim istnieniu, gdy rysował to piękne, rozbudowane drzewo genealogiczne naszej rodziny? A przecież mam takie zdjęcie, gdy Kaes trzyma mnie za rękę, a ja mam może około roku. Mam też zdjęcie z pogrzebu ojca, gdy niedaleko mnie stoi Kaes. No cóż, widocznie dla niego umarłam razem z Rafałem. Zastanawiam się, do czego było mu to potrzebne? Co zyskał na tym, że nigdy i w niczym nie byłam uwzględniona, ani we wspólnych odwiedzinach na cmentarzu, ani podczas rodzinnych uroczystości, ani (a może przede wszystkim) na tej kartce papieru? Nigdy nie zapomnę tamtej chwili, bo ukłuło mnie to w samo serce… 

Gdy oglądałam te zapisy Kaes nie żył od kilku lat, więc zapytać o intencje nie było można. A i on nie miał już szansy na własnoręczne dopisanie mnie do tego spisu krewnych.

Dla historycznej, a jakże!, ścisłości dodam, że w naiwnym odruchu naprawienia tej „pisarskiej omyłki”, od razu chciałam dopisać się na tym drzewie genealogicznym pod moim ojcem.
– O, co to, to nie! – zaprotestował od razu historyk Zezat.
– To jest już historyczny dokument i nie wolno w nim niczego zmieniać! 

 I tak kłamstwo historyczne żyje sobie nadal własnym życiem. Skoro tak, to odkłamię tę „prawdę” chociaż tutaj.

Zezat obiecał mi, że wszystko, co u niego zobaczyłam zeskanuje i dlatego nie robiłam jakiś szczegółowych notatek. Co prawda uprzedzał, że teraz ma mało czasu, studiuje, ale się postara. Zaciekawiona pytam, czy to studia doktoranckie, historyczne, na co on pochrząkuje i mruczy, nie udzielając więcej informacji. Jak nie chce się chwalić, to nie. 

Potem mieliśmy z mężem okazję obejrzeć inne ciekawe eksponaty prywatnego muzeum Zezata. Godna podziwu pasja kolekcjonerska ocaliła dla mnie to, co prawdopodobnie skończyłoby na śmietniku. Dzięki Ci Boże, choćby i za to. 

Wracaliśmy z mężem późnym, ciepłym wieczorem na Ursynów, zawzięcie dyskutując, o tym wszystkim, co się wówczas wydarzyło, z głowami pełnymi przeróżnych myśli, które jeszcze długo w nocy nie pozwalały zasnąć. 

Niebawem zaczęłam upominać się u Zezata o obiecane kopie dokumentów, bo były mi one bardzo potrzebne do dalszych poszukiwań. Co jakiś czas dzwoniłam, prosiłam, ale kuzyn – muzealnik ciągle wymyślał nowe powody, przez które nie mógł zadość uczynić mojej prośbie. Mijały miesiące, a w końcu lata. Błagałam, gniewałam się, a nawet go straszyłam – wszystko na próżno.  Mnie samej trudno w to uwierzyć. Czekałam przeszło SZEŚĆ lat. Przez te sześć z hakiem lat mój kuzyn, stary kawaler Zezat,  ożenił się, powołał na ten świat dwoje dzieci i … skończył wreszcie studia. Rozumiem, że miał co robić, ale czas mojego oczekiwania uważam za wymyślną torturę i dlatego nie mogę sobie podarować tej odrobiny złośliwości.

Ciąg dalszy nastąpi, bo naprawdę nastąpił.

Może i byłam niewyraźna, ale przecież byłam !
Tu na zdjęciu z tatą Rafałem. Zrobione w Parku Żeromskiego na Żoliborzu.
W tle Plac Wilsona, wówczas pod nazwą Komuny Paryskiej.Wiosna 1962r. 


Poprzednie odcinki z wcześniejszymi numerami są pod tagiem SAGA, reszta moich rodzinnych opowieści w zakładce KORZENIE.

wtorek, 3 listopada 2015

Tajemnice tekturowych teczek. (9)



Wracam do pamiętnego dla mnie spotkania z kuzynem Zezatem. Wtedy w maju 2005 roku po raz pierwszy dowiaduję się, że mój dziadek Zygmunt Sokołowski miał w sumie dziewięcioro rodzeństwa. Do tej pory wiedziałam o cioci Muszce, Izie Obuchowskiej, ciotce Marylce nauczycielce i Zosi, która była w obozie w Ravensbruck. Spośród braci dziadka pamiętałam o oficerze Kazimierzu Sokołowskim, który został po wojnie w Anglii, bo ciotki ufundowały mu tablicę pamiątkową w naszym kościele św. Stanisława Kostki. No i jeszcze wrył się w pamięć ten groźnie wyglądający Władysław Sokołowski, który był inżynierem i budował kolej żelazną na Syberii, a po wojnie uczył w technikum budowlanym, do którego chodził mój ojciec Rafał i jego brat Krzysiek. Chodziła tam też moja mama i to tam poznała braci Sokołowskich, z których młodszy został jej mężem, a moim ojcem.

Nic nie wiedziałam o Wandzie, Stanisławie i o Mieczysławie. O tym ostatnim Zezat wiele wie i jak mówi „załatwił” jego rehabilitację. Okazuje się, że kapitan Mieczysław Sokołowski po wojnie nie złożył broni i walczył w szeregach WiN (Wolność i Niezawisłość), czyli był „żołnierzem wyklętym”. Schwytali go ubecy i osądzili w 1946 roku. Został skazany  na karę śmierci, podobno za szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych. Zezat podarował mi kserokopię „Protokołu egzekucji”. To niezwykle wstrząsający dokument.



Niejako na pociechę, jeśli w ogóle można to tak nazwać, w połowie lat 90-tych XX wieku zakończył się proces rehabilitacji kpt. Mieczysława Sokołowskiego. Mój stryj Krzysztof Sokołowski doprowadził z pomocą Zezata do przywrócenia czci swemu stryjowi Mieczysławowi. Kuzyn wyjaśnia mi, że na cmentarzu Powązki Wojskowe jest miejsce, gdzie upamiętniono polskich żołnierzy wyklętych pomordowanych przez funkcjonariuszy nowego ładu. Uprzedził mnie również, że pomylili stopień wojskowy i Mieczysław Sokołowski figuruje na tej ścianie pamięci jako porucznik.

Pamiętam jak Babiśka opowiadała mi o tamtych czasach, o tym, jak ludzie czuli się sterroryzowani. O tym, że jakieś represje dotknęły też mego dziadka Jaśka. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem i nie mogłam tego pojąć, jak to było możliwe, że tak Polak przeciwko Polakowi. Babiśka opowiadała mi też o tych żołnierzach, którzy nie złożyli broni i walczyli dalej, o WiN i o NSZ, o sfingowanych procesach i o egzekucjach. Babiśka na pewno nie wiedziała o losie brata mojego ojczystego dziadka, czyli o Mieczysławie Sokołowskim. Zastanawiam się nawet, czy wiedział o tym mój ojciec, bo przecież nigdy nikomu o tym nie mówił. Moja mama prawie nic nie wiedziała o historii rodziny Sokołowskich, może z wyjątkiem tego, że Kazimierz Sokołowski był wojskowym i nie wrócił z Wielkiej Brytanii po wojnie. No i o Władysławie, bo był dyrektorem szkoły, do której uczęszczała. 

To u Zezata i od niego, po raz pierwszy usłyszałam, jak nazywali się moi pradziadkowie Stanisława i Arkadiusz Sokołowscy i że wszyscy pochodzą z Ukrainy,  kresów wschodnich, ale tych najdalszych, z obszaru I Rzeczpospolitej. Zobaczyłam też zdjęcie prababki, która zrobiła na mnie wrażenie bardzo surowej osoby. Podobnie dostojnie prezentował się również mój pradziadek Arkadiusz Sokołowski, który, jak się okazało, był lekarzem. Zezat ma jego zdjęcie w otoczeniu personelu medycznego w jakimś szpitalu. 

Ma jeszcze listy Kazimierza Sokołowskiego z frontu wojny polsko-bolszewickiej, pisane do jakiegoś wuja doktora Palmirskiego. Same nowości, bo o wuju Palmirskim też nie słyszałam, a w dodatku to nie był wuj mego ojca, lecz mego dziadka. 

Zobaczyłam jeszcze gryps pisany do mego dziadka Zygmunta uwięzionego na Pawiaku. Napisany był przez moją babcię Hankę i mówił o tym jaki to Krzysio dzielny, bo nie płakał, kiedy oblał się wrzątkiem. O moim tacie Rafale, nie było tam ani słowa. Był jeszcze drugi gryps, tym razem z Pawiaka od Zygmunta do synka Krzyśka, zwanego Kiki, z pochwałami dla dzielnego synka i ze słowami wiary, że wyrośnie z niego pożyteczny i dzielny człowiek. I wtedy przeleciało mi przez głowę pytanie: ciekawe jak oni tam z góry oceniają nasze życie i postępki?  Czy są zadowoleni, z tego że staram się poskładać  do kupy te okruchy pamięci, które po nich tu na ziemi pozostały? Czy docenią mój trud, inwencję, a czasem i desperację?  A zresztą przecież tak naprawdę robię to dla siebie i dla moich wnuków, których jeszcze nie widać nawet na dalekim horyzoncie. 

Mijały kolejne godziny, a ja miałam mętlik w głowie. Mąż przytomnie o coś tam dopytywał, a ja czasem ocierałam ukradkiem łzę wzruszenia. Zupełnie mnie wzięło, gdy Zdzisiek wyjął coś, co było dodatkowo pozawijane w osobne bibułki, które odwijał przy pomocy pęsety. To był ekshumacyjny depozyt rzeczy po Zygmuncie i Hance. To były rzeczy, z którymi mój dziadek uciekał z powstańczej Warszawy i z którymi zginął. Były tam wizytówki i ich wspólne zdjęcie z Hanką. Młoda dziewczyna ubrana w płaszcz z futrzanym kołnierzem trzyma pod rękę młodego mężczyznę w studenckiej czapce z daszkiem. Jasny kolor to znak, że studiuje na Uniwersytecie Warszawskim. Do tego śmieszne spodnie pumpy i niezbyt długa kurtka. Na nosie charakterystyczne okrągłe okulary. To niewątpliwie Zygmunt, a ta dziewczyna obok to Hanka.  

Oglądałam te małe karteczki przez lupę starając się zachować w pamięci najdrobniejsze szczegóły. Zdjęcie jest mocno zniszczone, emulsja miejscami wyżarta, aż do papieru. Zygmunt miał je pewnie w kieszeni ubrania. Jakież to dojmująco smutne. Ta ich okrutna śmierć w tak młodym wieku, osierocenie dzieci i ich tragiczne rozstanie. Jakie to zadziwiające, że dzięki tej wspólnej fotografii jakby umierali razem, Hanka i Gad, bo tak na niego mówiła. I teraz po sześćdziesięciu jeden latach od chwili ich śmierci dowiaduję się jak wyglądała moja babcia z tego skażonego śmiercią zdjęcia, które mieszka od kilkudziesięciu lat pod dachem kuzyna Zezata. 

Moja Hanka… Inaczej ją sobie wyobrażałam. Wydaje mi się, że w ogóle nie jest do mnie podobna. O rany, wszystko mi się pomieszało, przecież to ja nie jestem podobna do niej.  To ona jest moją babcią, choć jest taka młoda, ale to ja jestem starsza, bardziej doświadczona, mądrzejsza i roztropniejsza. Oj, Boże, co wyście narobili dzieciaki …

Ciąg dalszy nastąpi, bo naprawdę nastąpił.

Ponieważ wspomniałam o cioci Muszce, która wychowała mego tatę Rafała, polecam – jeśli ktoś nie czytał – wpis o niedzielnym obiadku z zamierzchłej przeszłości, czyli co może zapamiętać pięcioletnie dziecko:
.Wystarczająco ważne korzenie

Poprzednie numerowane "odcinki" Korzeni są pod tagiem SAGA.


wtorek, 20 października 2015

I wreszcie nadszedł. (8)



Wracam do korzeni i do tego dnia, który wreszcie nadszedł, do pierwszego spotkania z kuzynem Zezatem. Był maj 2005 roku. Jechałam do jego mieszkania razem z mężem, mając ze sobą paczkę wykwintnych ciastek ze starej, warszawskiej cukierni Pana Blikle, zabierając też ze sobą wiele pytań i wątpliwości. 

Piękna, przedwojenna kamienica usytuowana w dawnej dzielnicy Warszawy prezentuje się wciąż okazale. Jasna, odnowiona elewacja z rzędami okien podzielonych szprosami na trzy części i balkony z żeliwną, prostą konstrukcją, witały nas zapowiadając spotkanie z przeszłością. To charakterystyczna zabudowa z lat 20-tych  XX wieku. Spółdzielczy dom, jeden z pierwszych inteligenckich domów w okolicy, miał przed wojną 38 mieszkań, a w każdym miejsce dla służącej – wnękę w kuchni. Posługę świadczyły wówczas dziewczyny z okolicznych mazowieckich wsi. Podobno przedwojenny stróż, taki ichni Pan Popiołek, pełnił swoją służbę do połowy lat 50-tych. Mieszkańcy, w większości inteligenci, pomimo, że wielu kupiło mieszkania na kredyt, żyli na dobrej stopie. Latem wypoczywali na Helu, albo w górach, a zimą bawili się w stołecznych lokalach. Dopiero kryzys w latach 30-tych zmusił ich do wprowadzenia rygorów oszczędnościowych, a nawet wynajmu pokojów sublokatorom. W tym domu przed wojną mieszkała rodzina matki Zezata.

Przekraczamy z mężem pięknie kutą bramę i już na klatce schodowej tej kamienicy czujemy się wyjątkowo. Posadzka półpięter w czarno białe geometryczne wzory, kwiaty doniczkowe na parapetach jasnych okien i krzesełko dla „utrudzonego wspinacza”. Całość prześwietlona światłem wpadającym przez duże okna i elegancka. Bez korzystania z przygodnego siedziska udaje nam się dotrzeć do drzwi gospodarza. Dzwonię i po chwili otwiera nam Zezat. 

Tak właśnie go sobie wyobrażałam. Mojego wzrostu, czyli niski, raczej szczupły i szpakowaty. Na nosie tkwią okulary z bardzo grubego szkła – widać gołym okiem, że ma znaczną wadę wzroku, a może nawet lekkiego zeza. Pomimo tego, że dzień jest ciepły, wewnątrz panuje przyjemny chłód. Wszystkie pomieszczenia usytuowane są wzdłuż długiego, wąskiego korytarza, na którego końcu znajduje się dość duży, ale przejściowy pokój jadany. Jeszcze dalej, na samym końcu mieszkania jest nieduża kuchnia i łazienka. Okna wszystkich pomieszczeń wychodzą na podwórze. To sprawia, iż wydaje mi się, że mieszkanie zostało podzielone na pół wzdłuż osi korytarza, i to co widzimy, to tylko połowa przedwojennego mieszkania. 

Gospodarz oprowadza nas z satysfakcją po perfekcyjnie wysprzątanym mieszkaniu, gdzie każdy mebel, rzecz i ozdoba jest jak najbardziej w „stylu i na miejscu”. Wszystko tu pasuje do siebie i do właściciela, nawet głośno skrzypiąca, stara podłoga. Cudowne, zaczarowane pudełeczko, a właściwie małe muzeum. Już za chwilę kustosz odsłoni przed nami rąbek tajemnicy… 


Tymczasem zaparza herbatę, przyniesione przez nas szarlotki i serniki rozlokowuje na porcelanowym talerzu, a potem nas samych usadza wokół stołu w pokoju jadalnym.

Cisza, spokój i półmrok, bo słońce oświetla akurat przeciwległą ścianę kamienicy. To słońce prowadzi mnie do okna i każe przypatrzeć się mieszkaniom naprzeciwko.
Wtedy to Zezat, nadal z trudnym do ukrycia cieniem dumy, nie tylko z pięknego miejsca zamieszkania, ale też niezwyczajnego sąsiedztwa, rzuca mimochodem:
– O, tam właśnie na wprost mieszka Bardzo Ważny Polityk wraz z małżonką.
– Na którym piętrze? – dopytuję z ciekawością. Pada odpowiedź, ale już nie kontynuujemy tego tematu. Nawet nie przeczuwałam, że niebawem spotkam się z tym człowiekiem, a to spotkanie wywrze nieoczekiwany, bardzo pozytywny wpływ na moje życie.  Bo w moim życiu nic nie dzieje się przypadkiem ...

Wracam jednak do stołu. Ze szklanek usadowionych na spodeczkach popijamy herbatkę i jemy ciasteczka, a ja już nie mogę się doczekać tego wszystkiego, czego ciągle nie wiem – historii o mojej rodzinie. Tymczasem pasjonat wszelkiej historii opowiada jak to po śmierci Marylki (siostry mojego dziadka Zygmunta Sokołowskiego), w 1981 roku brat mego ojca zaprosił jego, Zezata,  do „likwidacji” mieszkania na ulicy Mickiewicza. To właśnie to mieszkanie, w którym zamieszkał po wojnie mój tata wraz z rodzeństwem, wychowywany przez siostry mego nieżyjącego dziadka. Po ślubie z tatą mieszkała tam też moja mama, a w końcu przez pierwsze dwa lata życia, ja sama.

Oczywiście nie znałam planów mego stryja co do tego mieszkania, gdyż nie utrzymywał ze mną kontaktów, a mieszkał poza Warszawą. Za to z moim kuzynem i jego rodzicami, a i owszem.
 Już wtedy mając 19 lat, Zezat miał bzika na punkcie historii, a w mieszkaniu ciotek mojego ojca znalazł wiele cennych, z muzealnego punktu widzenia, eksponatów. Zabrał stamtąd jedynie interesujące go „papiery”. Potem mieszkanie zostało sprzedane. Podobny los spotkał przedmioty należące do ciotki Zofii mieszkającej na ulicy Kościelnej. Przed sprzedażą jej mieszkania Zezat także ocalił cenne dokumenty. Pieczołowicie przechowuje je do dziś. A we mnie mieszają się uczucia zazdrości i wdzięczności, podsycając sięgającą zenitu ekscytację. 

Wreszcie gospodarz  przynosi tekturowe teczki i jeden po drugim pokazuje nam swoje skarby, przedmioty niegdyś należące do rodziny Sokołowskich: przedwojenne dowody osobiste rodzeństwa mojego dziadka Zygmunta, jakieś papiery wartościowe, legitymacje, zdjęcia, książeczki wojskowe, listy, świadectwa, bileciki, wizytówki, kwity i tym podobne. Trafiają się jakieś  metalowe znaczki i może jeszcze jakieś drobiazgi, ale jest tego tyle, że już mam mętlik w głowie.  

Do tego Zezat dorzuca garść informacji o ich właścicielach, ale nie jest to zbyt wiele ponad to, co wynika z treści dokumentów. I tak trudno mi wszystko spamiętać, bo prawie wszystko, to dla mnie nowość. Czasem wydaje mi się jakbym słuchała jakiejś opowieści historycznej, a nie dziejów swojej rodziny. Próbuję coś notować, ale fala wzruszenia mąci rozum i ciągle zapominam, że powinnam zapisywać. Tak naprawdę jestem oszołomiona. Oto dowiaduję się, że mój dziadek Zygmunt miał nie pięcioro, ale dziewięcioro rodzeństwa. Było ich dziesięcioro!!! To niesamowite! Po raz pierwszy słyszę jak miał na imię mój pradziadek i to, że mój pradziadek, Arkadiusz Sokołowski, był lekarzem! 

Muszę tu zrobić przerwę, ale ciąg dalszy nastąpi :)

Poprzednie „odcinki”  tej opowieści mają numery i można je znaleźć pod tagiem „SAGA”.

wtorek, 1 września 2015

Niepotrzebny list. (7)



Po telefonicznej rozmowie z niemal cudem odnalezionym kuzynem Zezatem, opisanej w poprzednim wpisie z numerem (6), przez wiele dni czułam się jakaś taka pomieszana. Wypełniała mnie radość, a zarazem gnębiła niepewność, smutek i żal. Ta rozmowa kosztowała mnie wiele emocji, a wiadomość o tym, że to do niego trafiły rodzinne pamiątki, wciąż dziwiła. W dodatku ja traktowałam ją śmiertelnie poważnie, jakby od tego naszego pierwszego kontaktu zleżało, czy dowiem się czegokolwiek o moich korzeniach, a on cały czas wydawał się zbyt wesoły. Czułam, że ta sytuacja po prostu go bawiła. Widać lubił się droczyć z dziewczynami. No cóż, to on miał skarb, którego pragnęłam i potrzebowałam. 




To dlatego nie miałam odwagi zadzwonić do niego ponownie. Wolałam napisać list. Kopertę wrzuciłam do skrzynki, ale zachowałam brudnopis tego listu. Dzięki temu zachowała się jego treść.

„Szanowny Zezacie, 
Niebawem minie miesiąc od naszej pierwszej rozmowy, zatem tą drogą postanowiłam przypomnieć się Tobie. Dla Ciebie mój telefon był zaskakujący, choć chwilami wydawało mi się, że może nawet zabawny. Dla mnie ta rozmowa była niezwykle ważna, a nawet dramatyczna. 

Spróbuj postawić się w moim położeniu. Mój ojciec zginął, kiedy miałam 5 lat i od tamtej pory, przez 40 lat nikt z Twojej rodziny nie próbował się ze mną skontaktować. Być może jest coś, o czym nie wiem, a przecież nie posiadam żadnej wiedzy o stosunkach rodzinnych mojego ojca. Może mój ojciec zrobił coś złego, oczywiście poza tym, że nie wrócił żywy z wyjazdu do Rumunii? Może coś złego uczynili moi dziadkowie Hanna i Zygmunt Sokołowscy? Zdarza się przecież, że rodziny są skłócone i zrywają ze sobą kontakty. Ja jednak nic o tym nie wiem. Zresztą cokolwiek działo się w przeszłości, ja nie jestem temu winna.

 Nie ukrywam, że byłam bardzo zaskoczona tym, że stryj Krzysztof cały czas utrzymywał z Wami kontakty, choć nie widywał się ze mną. Zdziwiło mnie, że rodzinne pamiątki i dokumenty Sokołowskich trafiły do Ciebie Zezacie. Równocześnie to dzięki Twojej pasji historyka, zbieracza i archiwisty, zostały one zachowane, a to dla mnie ważna spuścizna. Bardzo to doceniam i jestem Ci wdzięczna. W tamtej rozmowie telefonicznej zażartowałeś (czy aby na pewno był to żart ?), że wcale nie musisz przekazywać mi takich informacji. Wtedy odpowiedziałam, że to niemożliwe, bo to byłoby okrutne. Ja nie mogę pochodzić ze złej rodziny okrutników. Tak naprawdę problem jest w tym, że ja nie wiem, z jakiej rodziny pochodzę.
Wciąż mam wiele pytań dotyczących rodziny mojego ojca, czyli moich korzeni. Zapewne na niektóre z nich potrafisz odpowiedzieć Ty sam, na inne Twój ojciec doktor Wizat. Pewnie inne, nowe tajemnice odkryją zgromadzone przez Ciebie dokumenty. Zależy mi bardzo, aby znaleźć odpowiedź na te pytania i wreszcie dowiedzieć się skąd pochodzę.
Uwierz proszę, że jest mi niezręcznie nagabywać Cię i wpraszać się do Twojego domu, choć nie ukrywam, że z niecierpliwością oczekuję tego spotkania. 

Serdecznie pozdrawiam Ciebie i Twoich Bliskich –
 Beata Bartoszewicz, córka Rafała Sokołowskiego. 

 P.S. Może zgubiłeś mój adres i telefon? To podaję ponownie (…) Jeśli jest Ci nie na rękę zorganizowanie spotkania w Twoim mieszkaniu, którego niewątpliwie też jestem ciekawa – skoro bywał tam mój ojciec – to możemy spotkać się u mnie na Ursynowie, albo gdzieś na mieście. Inicjatywa w tym względzie należy jednak do Ciebie.”


Znowu mijały kolejne dni i tygodnie, a odpowiedzi na list nie było. W końcu, zachęcona przez męża, zdecydowałam się na ponowny telefon do Zezata. Szkoda, że nie wypiłam sobie kielich dla kurażu, bo mój kuzyn już na wstępie oznajmił mi, że mój list otrzymał i że się uśmiał, kiedy go czytał. No cóż, nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni, jak przyszło mi się później przekonać, zacisnęłam zęby i sprawę powodów do radości, które odnalazł w moim liście, przemilczałam. Niestety to ja miałam do niego pilącą mnie sprawę i to ja byłam, i nadal jestem, uzależniona od jego widzi mi się. 

Wreszcie, po kolejnych korowodach udało mi się ustalić z opornym i niefrasobliwym Zezatem termin spotkania podczas długiego majowego weekendu w 2005 roku.
Odliczałam dni niecierpliwie i czułam się prawie jak wtedy, gdy byłam dzieckiem i czekałam na świąteczne prezenty. To, co miało się niebawem wydarzyć było pięknym prezentem od losu. 

A jak to było opiszę w poście z numerem 8. 



Zapraszam też do lektury innych wpisów w dziale „Korzenie”.


niedziela, 23 sierpnia 2015

Wielki apetyt i mała karteczka (6)




Mijała zima 2005 roku, a mój apetyt na wiedzę o dziadkach ojczystych rozbudzony przez pismo z PCK wzrastał coraz bardziej. Rozrastał się wciąż żywiony mnożącą się porcją wątpliwości wywołanych owym pismem. Pisałam o tym w poprzednim wpisie z numerem 5 „Lawina wątpliwości”. Od kilku dziesiątek lat nie miałam kontaktu z żadną osobą z rodziny mego nieżyjącego od blisko 40 lat ojca i gorączkowo próbowałam znaleźć sposób na dotarcie do jakichkolwiek informacji o rodzinie taty. 



I wtedy właśnie przypomniała mi się mała karteczka przechowywana z dokumentami dotyczącymi śmierci mojego ojca Rafała. Był to spis członków rodziny, którzy pokrywali koszty sprowadzenia jego ciała z Rumunii do Polski. Wśród wymienionych osób, o których wiedziałam, że już nie żyją, był też ktoś, kogo nie znałam. Ten ktoś, nazwijmy go Doktorem Wizatem, nie pojawiał się na naszych rodzinnych uroczystościach, nie był też uwieczniony na żadnej fotografii, ale wiedziałam, że rodzice jeszcze przed moim urodzeniem gościli kilka razy u niego. Doktor Wizat nosił nazwisko takie samo jak panieńskie mojej babci Hanki, więc wydawało mi się, że są spokrewnieni. Mama powiedziała mi, że osoba z karteczki to właśnie Wizat i wymieniła nawet ulicę w Warszawie, na której na przełomie lat 50-tych i 60-tych ubiegłego wieku mieszkała ta rodzina. 

Wkrótce udało mi się wyszperać gdzieś starą, papierową książkę telefoniczną. Sprzyjało mi szczęście, bo w umieszczonym w niej spisie nazwisk znalazłam Doktora Wizata mieszkającego przy tej ulicy. Chyba jeszcze tego samego wieczoru z bijącym sercem zadzwoniłam pod wskazany przez łut szczęścia numer. Telefon odebrał mężczyzna, ale głos wydał mi się zbyt młody, jak na kogoś prawdopodobnie po sześćdziesiątce. Niepewna spytałam, czy mogę rozmawiać z Doktorem Wizatem?
Mój rozmówca chciał wiedzieć, w jakiej sprawie dzwonię. Odrzekłam, że jestem córką kogoś z rodziny, nazywam się Beata Bartoszewicz, a moim ojcem był Rafał Sokołowski. Wówczas mężczyzna z nutą dziwnej satysfakcji w głosie powiedział, że z panem W. rozmawiać nie mogę. Zawiesił głos i po chwili, która dla mnie ciągnęła się w nieskończoność, wyjaśnił wreszcie: mój ojciec Doktor Wizat już tu nie mieszka. Zapadła cisza, a ja wstrzymałam oddech czekając, czy na tym rozmowa się skończy. Po chwili namysłu mój rozmówca jednak się przedstawił i dodał, jakby lekko obrażony: - I oczywiście wiem, kim był Rafał Sokołowski. 
W duchu ucieszyłam się, że mój interlokutor to wie, bo w swojej naiwności uważałam, że to wydatnie ułatwi sprawę naszych kontaktów. Nie wypada umieszczać w internecie personaliów żyjących członków rodziny, tym bardziej bez ich wiedzy i zgody, dlatego nowo poznanego członka rodziny będę odtąd nazywać Zezatem. Opowiedziałam więc Zezatowi o swoich poszukiwaniach w PCK i o nadziejach, że rodzina „Ze”atów może mi udzielić informacji o Hance, a nawet pokazać jakieś zdjęcia. Wówczas Zezat pochwalił się, że od zawsze interesował się historią, jest pracownikiem Bardzo Ważnego Muzeum i że w jego prywatnych zasobach znajduje się wiele dokumentów dotyczących rodziny Sokołowskich. Pozyskał je dwadzieścia pięć lat temu dzięki uprzejmości i hojności mojego stryja Krzysztofa Sokołowskiego – brata mego ojca. Krzysztof bowiem stale utrzymywał z nimi kontakt, aż do swojej śmierci w 2000 roku. I tak dowiedziałam się, że brat mojego ojca nie żyje, a wiele rodzinnych pamiątek po Sokołowskich jest od dawna własnością Zezata.

Rozmawialiśmy dość długo, raczej chaotycznie opowiadając o sobie. Choć o sobie to głównie ja mówiłam. Wtedy pierwszy raz usłyszałam, że moja babcia Hanka miała brata Jerzego, który był dziadkiem Zezata. Oznacza to, że ja i Zezat, prawie mój rówieśnik, mamy wspólnych pradziadków. Mój kuzyn-muzealnik obiecał mi spotkanie już wkrótce. Miał do mnie niebawem w tej sprawie oddzwonić i wskazać termin mojej u niego wizyty, jak tylko rozezna się w swoim terminarzu. Mijały dni i tygodnie, a telefon milczał. Nie wiem czemu nie miałam odwagi zadzwonić ponownie, ale za to postanowiłam napisać list. 

O tym, jednak następnym razem.

Zapraszam też do lektury poprzednich wpisów w dziale "Korzenie".

sobota, 11 lipca 2015

Lawina wątpliwości... (5)


... czyli Powstanie Warszawskie na Ochocie. 

Wracam do historii dziadków Sokołowskich. Ostatnio pisałam o pierwszym liście z PCK Niespodziewany ratunek. Tyle razy potem próbowałam wyobrazić sobie ich ostatnie dni i godziny. Jakże naiwne były tamte moje pierwsze wyobrażenia.  Być może mogło to tak wyglądać, ale pewnie było inaczej. Zresztą potem jeszcze nie raz przekonywałam się, że z posiadanych niekompletnych przesłanek wysnuwałam fałszywe wnioski. Błądzenie okazuje się typowe dla niewprawnych, domorosłych genealogów. Opisuję również te „fałszywe” tropy, bo informacje, jakie z nich czerpałam, też zasługują na uwagę. Stanowią ważne uzupełnienie historycznego tła.



Świadomość okoliczności śmierci dziadków Hanki i Zygmunta Sokołowskich była smutna i bolesna, ale zarazem cieszyłam się, że w końcu tyle się o nich dowiedziałam, i że potwierdziłam miejsce ich wiecznego spoczynku. Jednocześnie liczba rodzących się nowych pytań wprowadzała mnie w stan pobudzenia i niepokoju. Dlaczego oni mieszkali na ulicy Filtrowej? Nigdy nie słyszałam o takim adresie. I co to za fabryka, którą miał posiadać dziadek? Co oni właściwie robili w czasie wojny? Dlaczego Zygmunt urodził się w Nieżynie, i gdzie to właściwie jest? Co robili tam jego rodzice i rodzeństwo? Jak to się stało, że znaleźli się w Warszawie i mieszkali na ulicy Mickiewicza? Nie wyobrażałam sobie jak mogłabym znaleźć odpowiedzi na te pytania . 

Wydawało mi się wówczas, że po południu 1 sierpnia 1944 roku moi dziadkowie byli w warszawskim mieszkaniu na Filtrowej 62, bo taki adres zamieszkania potwierdził PCK, i że tam zostali odcięci od reszty miasta. To znaczy, że wcale nie byli na Żoliborzu, ale na Ochocie. Może, kiedy stamtąd wyszli, a raczej uciekli, Hanka została ranna. Jakiego dnia między pierwszym a 11-tym sierpnia mogło się to stać? Z literatury powstańczej dowiadywałam się, że w tej dzielnicy Powstanie Warszawskie właściwie się nie udało, gdyż powstańcy nie opanowali strategicznych dla dalszej walki miejsc obsadzonych przez Niemców i byli skazani na porażkę. Szczególnie okrutny los spotkał mieszkańców dzielnicy Ochota, których pacyfikowali żołdacy z kolaboracyjnych oddziałów SS RONA (Rosyjska Ludowa Armia Wyzwoleńcza).To była prawdziwa rzeź Ochoty – masowe pogromy, grabieże, podpalenia, rozstrzeliwania i okrutne gwałty. Szczególne potworności działy się na tzw. Zieleniaku – dawnym ochockim targowisku, które oprawcy zamienili na miejsce tymczasowego przetrzymywania ludności przed odprowadzeniem do dalszego kolejowego transportu do obozów.

W końcu trafiłam na książkę Lidii Ujazdowskiej „Zagłada Ochoty”. To zbiór relacji mieszkańców Ochoty, którym udało się przeżyć, o zbrodniach hitlerowskich dokonywanych na ludności tej dzielnicy w czasie Powstania Warszawskiego. To bardzo wstrząsający dokument. Na kartkach tej książeczki szukałam oczywiście śladów Hanki i Zygmunta Sokołowskich i czytałam ją z kołaczącą się w sercu nadzieją na odnalezienie unikalnych śladów ich historii. Jest tam bowiem relacja mieszkanki domu przy ulicy Filtrowej 62. To przypuszczenie, że musiała spotykać Hankę, Zygmunta i dzieci choćby na podwórku, przydało tej relacji bardziej osobistego wyrazu. Tym bardziej, że wciąż nie byłam pewna, czy w tym czasie dziadkowie byli w tej kamienicy, czy też nie. Treść tego opisu przytoczę prawie w całości, bo jej bohaterami są sąsiedzi moich dziadków, a powstańcze ochockie losy bardzo mało znane.

 Relacja 21.
Stanisława Trylińska, urodzona w 1903 roku.
W 1944 r. mieszkałam na ul. Filtrowej 62. Bardzo szybko zostaliśmy odcięci od działań powstańczych i zagarnięci pod władze ronowców. W naszym domu były bardzo duże schrony, obszerne piwnice, wielu ludzi schroniło się podczas strzelaniny. Wśród ludności znajdowało się wiele dzieci. Zorganizowano więc samopomoc. Początkowo mieliśmy zapasy wody w łazienkach i żywność, którą się dzieliliśmy, nawet gotowało się trochę dla dzieci. Na ulicy Raszyńskiej, w magistracie sąsiadującym z naszym domem, była nieczynna studnia. Wiedzieliśmy, że filtry przestaną działać, należało więc zaopatrzyć się w wodę. Wtedy ogłoszono apel, aby dać skóry na uszycie dzwonu, który mógł studnie uruchomić. Okazało się, że zgłosiło się wielu chętnych do pomocy i część zgromadzonej skóry okazała się zbędna. Pompę uruchomili p. Tryliński i p. Mucha. Czerpanie wody z tej studni jeden z ludzi przypłacił życiem.

Współżycie w domu układało się dobrze. Niektórzy, co odważniejsi mieszkańcy chodzili spać do swoich pokoi. Do schronów przynosiło się poduszki i koce. Wody starczało nawet do wzięcia kąpieli. 
W naszym domu mieszkał ks. Oraczewski, który codziennie odprawiał Mszę świętą. Zbieraliśmy na ten cel opłatki z całego budynku z dawnych świątecznych zapasów. Ks. Oraczewski został później wezwany przez Niemców do szpitala na ul. Raszyńskiej (obok szkoły nr 13). Tam udzielał sakramentów rannym Niemcom. 
9 sierpnia ronowcy  wypędzili nas na podwórze. Kazali usiąść nam na trawniku, ustawili karabiny i co jakiś czas strzelali na postrach nad głowami. Nie zabili wtedy nikogo. Byli pijani. Biegali po całym domu z wrzaskiem, grozili granatami. Wreszcie kazali nam wyjść. Ludzie znieśli do piwnic swoje walizki. Niektórzy Niemcy, to chyba byli Ślązacy zachowywali się względnie przyzwoicie. Gdy ktoś z grupy młodzieży spytał Niemca, czy mogą zostać w domu, ten odparł: „Wy nie powinniście, ale musicie wyjść”.

Wyszliśmy z białą płachtą na kiju. Widok był straszny. Szliśmy przez plac Narutowicza, na którym leżało bardzo wiele trupów. Napuchnięte zwłoki już rozkładały się, panował potworny zaduch. Trzeba je było przekraczać. Ale szliśmy. Po drodze dołączały do nas coraz to nowe grupy ludzi. Na rogu ulicy Barskiej wśród porozrzucanych sprzętów i śmieci, stał oficer niemiecki i grał na skrzypcach, zresztą bardzo dobrze grał. 

Pędzili nas ul. Grójecką, aż pod bramę Zieleniaka. Kiedy bramę otworzono, okazało się, że nie ma już dla nas miejsca i mamy iść dalej. Byliśmy zadowoleni z tego faktu. Poszliśmy więc. Doszliśmy aż do skrzyżowania z Włodarzewską. Po drodze mijaliśmy Niemców, którzy nie interesowali się nami. Nasza kolumna była ogromna. Obok nas szli dwaj młodzi chłopcy, prowadzili pod rękę staruszkę. Prowadzili ją tak, że prawie nie dotykała nogami ziemi. Zapytani, odrzekli, że to jest ich babcia i nie chcą jej zostawić. Wyciągnęli ją siłą z łóżka. Gdy zbliżaliśmy się do ul. Włodarzewskiej, wszyscy myśleliśmy, że odzyskamy upragnioną wolność, gdy nagle wyrósł przed nami bardzo młody, elegancko wyglądający oficer niemiecki. Zapytał, dlaczego idziemy. Gdy uzyskał odpowiedź wyjął rewolwer, kazał nam zawrócić i on jeden z rewolwerem w ręku odprowadził całą kolumnę ludzi z powrotem na Zieleniak. Po drodze obszarpywali nas ronowcy. Przed bramą Zieleniaka, gdzie znaleźliśmy się powtórnie, zaczęła się grabież. Zabierano nam podręczne torby, zegarki i obrączki. Brama otworzyła się i weszliśmy na plac. Dochodziła godzina 18. Na Zieleniaku zaczęliśmy orientować się w sytuacji. Dotarły do nas wiadomości, co tu się dzieje. Szczególnie uważaliśmy więc na dziewczęta. Przypominam sobie, że gdy wychodziliśmy z domu poleciliśmy dziewczętom wysmarować sobie błotem twarze, rozczochrać włosy i poszarpać ubranie tak, aby nie zwracały na siebie uwagi (...)”.

Mąż Pani Trylińskiej znający język niemiecki zorientował się, że jeszcze tego dnia ze stacji kolejowej na Dworcu Zachodnim odjedzie pociąg do obozu przejściowego w Pruszkowie. Mieszkańcy kamienicy ponownie uformowali kolumnę i wraz z pierwszą nadarzającą się okazją szczęśliwie udało się im opuścić Zieleniak jeszcze tego samego dnia. 

Wspomnienia osób zamieszczone w książce Ujazdowskiej ukazują obraz przepotwornego okrucieństwa żołdaków RONA wobec cywilnej ludności Ochoty, a zwłaszcza kobiet, które były w straszny sposób gwałcone, okaleczane i zabijane. Po tej lekturze jeszcze przez długie tygodnie prześladowały mnie nocne koszmary. Poznawszy autentyczne relacje mieszkańców Ochoty opisujące to, co działo się w tym kwartale Warszawy między pierwszym a 24-tym dniem sierpnia, uznałam, że może to dla Hanki było lepsze, że nie dostała się w łapy ronowców i że mogła umrzeć w szpitalu wśród swoich. Zresztą rozważanie, co by było gdyby nigdy nie ma sensu....
Po opuszczeniu przez mieszkańców domów przy ulicy Filtrowej mieszkania zostały splądrowane przez ronowców, a potem domy podpalano. Wypalone kikuty kamienic czekały potem aż do początków 1945 roku na powracających ocalonych mieszkańców. Nie było wśród nich moich dziadków Hanny i Zygmunta Sokołowskich.

Fotografia z książki "Zagłada Ochoty"
Fotografia z książki "Zagłada Ochoty"

Zapraszam też do lektury:
.Niespodziewany ratunek z PCK.
.Największy jest w Warszawie.
.Od zwątpienia do nadziei.
.Tylko jedno jedyne zdjęcie.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Niespodziewany ratunek z PCK. (4.)




Wracam do opowieści o moich genealogicznych poszukiwaniach. Wtedy w czerwcu 2004 roku po powrocie z cmentarza do domu napisałam list do Polskiego Czerwonego Krzyża, w którym prosiłam o pomoc w ustaleniu okoliczności śmierci i miejsca pochówku moich dziadków: Hanny Sokołowskiej z domu Zajdler i Zygmunta Sokołowskiego. Podałam tylko takie dane i do tego jedyny znany mi adres, czyli ul. Mickiewicza 37 m. 10, Warszawa. Było to przedwojenne lokum rodziny Sokołowskich, miejsce w którym wychowywał się po wojnie mój ojciec i gdzie ja przeżyłam pierwsze dwa lata życia. Mieszkały tu ciotki mego taty.



Na odpowiedź z Polskiego Czerwonego Krzyża czekałam ponad siedem miesięcy, ale wreszcie się doczekałam. Pismo dotarło do mnie pod koniec lutego 2005 roku. Czytałam je z wypiekami na twarzy i z głośno bijącym sercem. Byłam oszołomiona jego treścią. Każde zdanie wywoływało mieszaninę uczuć, bo towarzyszyła mi nie tylko radość, ale też zdziwienie, niedowierzanie i zaskoczenie. Tych kilka zdań powiedziało mi więcej, niż wszystko razem, co dotychczas wiedziałam o rodzicach mego ojca. Tego popołudnia razem z moim mężem wielokrotnie je czytaliśmy, zadając sobie kolejne pytania, na które na razie nie było odpowiedzi.





Najpierw więc czytałam o dziadku: Sokołowski Zygmunt – ur. 13.03.1912r. w Nieżynie(...)” Jak to w Nieżynie? W jakim Nieżynie, gdzie leży ten Nieżyn? „(...) właściciel fabryki, ostatni adres Warszawa ul. Filtrowa lub Warszawa, ul. Mickiewicza 37 m. 10, który zginął w okresie sierpień-październik 1944r. w Warszawie (...)" Mój dziadek był właścicielem fabryki? To chyba niemożliwe, bo coś bym chyba musiała o tym wiedzieć. Czym on się zajmował, że miał fabrykę w Warszawie? Przecież był chemikiem, a nie fabrykantem. I pierwsze słyszę o mieszkaniu na ulicy Filtrowej. Zawsze mi się zdawało, że dziadkowie związani byli z Żoliborzem. Czyżby ta Filtrowa mogła mieć związek z tajemniczą fabryką? I do tego nie wiadomo kiedy dokładnie zginął, a to mi wcale nie ułatwi odgadnięcia jakie były jego ostanie dni. „(...) Pochowany został w grobie podwójnym w Al. Jerozolimskich 123 w Warszawie. Po ekshumacji w dniu 27.07.1945r. szczątki zwłok pochowano w grobie nr 5 na Placu Starynkiewicza w Warszawie. (...) Po wtórnej ekshumacji w dniu 01.02.1946r. szczątki zwłok pochowano na Cmentarzu Powstańców Warszawy na Woli(...)”Znowu kolejne pytania, bo co oznacza grób podwójny,  i dlaczego, skoro ostatecznie został pochowany na znanym mi już Cmentarzu Powstańców, to nie ma go w jego ewidencji? Uświadamiam sobie też, że pod numerem 123 w Alejach stoi teraz granatowy wieżowiec banku Millenium, w którym pracuje mój brat. To niesamowite, że ludzie codziennie idą do pracy depcząc ziemię, w którą wsiąkła krew mego dziadka...



Nie zastanawiałam się nad tym zbyt długo, bo już pochłaniam kilka zdań poświęconych mojej babci Hannie Sokołowskiej. Do tego dnia nic o niej nie wiedziałam. „Sokołowska Hanna – lat 30, ostatni adres: Warszawa, ul. Filtrowa 62 m. 98, która w dniu 11.08.1944r. z powodu postrzału w brzuch została przywieziona do szpitala przy ul. Śliskiej 51 w Warszawie, gdzie w dniu 11/12.08.1944r. zmarła. Pochowana została w ogrodzie od strony ul. Siennej na terenie ww. szpitala. Po ekshumacji w dniu 05.03.1946r. szczątki zwłok pochowano na Cmentarzu Powstańców Warszawa-Wola, grób 30 ...”

Ruszyła kotłowanina myśli i lawina domysłów. Tym razem adres na Filtrowej jest dokładny i już wiem, że to mieszkanie, a nie fabryka.    
Sprawdzaliśmy z mężem na przedwojennej mapie Warszawy odległości od wymienionych w piśmie ulic: Filtrowej, Śliskiej i oddzielających te dwa rejony Alej Jerozolimskich. Dyskutowaliśmy o tym zawzięcie, czytając pismo kolejne razy, jakby mogło w nim pojawić się coś, czego wcześniej nie zauważyliśmy. Choć zrobiła się już noc byłam podekscytowana i wcale nie senna, a następnego dnia czekał nas kolejny dzień pracy. 



Przed zaśnięciem pod powiekami ukazywały mi się sceny z Powstania Warszawskiego i tak to wtedy „widziałam”, choć przecież zupełnie nie wiedziałam jak wyglądała moja babcia: Jest 11 sierpnia 1944 roku. Gorące lato. Widzę Hankę idącą ulicą. Nagle zgina się w pół i pada na chodnik rażona niemiecką kulą. Obok niej jest Zygmunt, to on wzywa pomocy do rannej, krwawiącej na ulicy żony. Wiozą ją do szpitala, ale tam nie mogą jej operować. Trzydziestoletnia, młoda kobieta męczy się długo i w końcu umiera w tym szpitalu na ulicy Śliskiej. Przed śmiercią każe Zygmuntowi przedrzeć się do Podkowy Leśnej, gdzie tylko na kilka dni zostawili trójkę swoich dzieci. Wie, że umiera, więc dzieciom teraz zostanie tylko Zygmunt. On czeka, do końca mając nadzieję, że jakimś cudem uda się ją uratować. Jednak w nocy nieubłagana śmierć zabiera Hankę na zawsze. Bezsilny i otumaniony rozpaczą Zygmunt uczestniczy w pośpiesznym pochówku swojej ukochanej żony w przyszpitalnym ogrodzie. Teraz pozostało mu już tylko jedno zadanie - dostać się do Podkowy Leśnej do dzieci. Wychodzi ze szpitala wyjściem od strony ulicy Siennej, bo tak będzie bliżej. Idzie prosto do Żelaznej, a potem jakoś udaje mu się szczęśliwie przedostać wiaduktem nad torami kolejowymi na drugą stronę Alej Jerozolimskich. Najpierw biegnie, ale szybko braknie mu tchu, więc zwalnia. Stara się chronić w załomach murów mijanych kamienic, szuka ukrycia w wykuszach klatek schodowych. Jednak na ulicy wciąż słychać pojedyncze strzały Niemców. Zygmunt właśnie zaczął biec do kolejnego upatrzonego przez siebie miejsca schronienia na końcu budynku. Pędzi do przodu, choć jeszcze nie wie jak ma pokonać odsłonięty teren Placu Zawiszy. I wtedy padający strzał zatrzymuje go w miejscu. Upada na chodnik nieopodal bramy z numerem 123.



Tyle razy potem próbowałam wyobrazić sobie ich ostatnie dni i godziny. Jakże naiwne były tamte moje pierwsze wyobrażenia. Zupełnie oderwane od realiów tamtego czasu i miejsca. Dopiero za jakiś czas miałam się przekonać, że niewiele było prawdy w tym obrazie. Tylko fakty z pisma PCK pozostały prawdziwe, choć nie wszystkie. Zdałam sobie z tego sprawę czytając nowe książki o Powstaniu Warszawskim i odkrywając kolejne tajemnice. 



A jednak to pierwsze pismo z PCK zrobiło na mnie największe wrażenie. Nieomal fizycznie odczuwałam ból Hanki, jej paniczny lęk o przyszłość małych dzieci, ale też o kochanego Zygmunta. To była dla mnie niesamowita noc, prawdziwa noc cudów...

W poprzednich odcinkach:
.Tylko jedno zdjęcie (1)
.Od zwątpienia do nadziei (2.)
.Największy jest w Warszawie (3.)

czwartek, 4 czerwca 2015

Największy jest w Warszawie (3).



Jakże byłoby wspaniale, gdyby nigdy nie musiał powstać. Gdyby był niepotrzebny i gdyby to wszystko się nie wydarzyło. W Warszawie mógłby być na przykład największy w Europie ogród pełen pięknych kwiatów.

Zamiast tego jest największy na naszym kontynencie cmentarz wojenny. To Cmentarz Powstańców Warszawy na Woli. 

 To właśnie tu, jak to opisałam w notce (2) "Od zwątpienia do nadziei", odnalazłam swoją ojczystą babcię Hannę Sokołowską. A dziś z nadzieją, że Was nie zanudzę napiszę trochę o tym miejscu, bo zasługuje na szczególne miejsce w naszej pamięci. 

Cmentarz ten otwarto 25 listopada 1945 r. z przeznaczeniem głównie na pochówki osób ekshumowanych z ulic i placów Warszawy , poległych głównie podczas Powstania Warszawskiego. Pochowano tu również inne ofiary lat okupacji hitlerowskiej 1939-1945 między innymi żołnierzy poległych w Kampanii wrześniowej 1936 roku. Są tu groby Żydów rozstrzeliwanych w latach 1940-1943 na stadionie SKRA, więźniówPawiaka  i okolicznych mieszkańców.
W sumie na Cmentarzu Powstańców Warszawy spoczywa 104 tysięcy 105 osób, poległych w głównej mierze podczas powstania. Aż 80% to cywile w większości pochowani anonimowo. 
Praktycznie nie ma tu pojedynczych grobów. Ludzkie szczątki pogrzebano w 177 zbiorowych mogiłach oraz w kurhanie znajdującym się w północnej części nekropolii. Oblicza się, iż zawiera on około 12 ton prochów, co odpowiada liczbie około 50 tysięcy osób. Na tym kurhanie po latach postawiono pomnik pamięci. 



Nieprzychylna Powstaniu Warszawskiemu polityka władz Polski Ludowej  sprawiła, że przez dziesięciolecia oficjalnie nie wspominano o istnieniu wolskiej nekropolii, nie odbywały się tam uroczystości rocznicowe, a cmentarz był utrzymywany w stanie zaniedbania.

Obowiązywał zakaz wystawiania nagrobków, co uzasadniano mającymi lada moment nastąpić pracami porządkowymi. Faktycznie, jak pokazują zdjęcia z lat 50-tych XX wieku rodziny zmarłych starały się chociaż o symboliczny krzyż, często stawiając go po kryjomu i mimo tego, że służba cmentarna była zobowiązana do usuwania wszystkich samowolnie zbudowanych pomników.



W latach 60-tych XX wieku cmentarz został uporządkowany, lecz zrobiono to w sposób ... trudno znaleźć odpowiednie słowa na to jak to zrobiono. Obszar cmentarza został bowiem znacznie zmniejszony. Zaorano wszystkie mogiły  niszcząc istniejące, prowizoryczne nagrobki. Wytyczono nowe alejki i nowe usytuowanie grobów. Jest zatem wielce prawdopodobne, że szczątki Hanki leżą zupełnie gdzie indziej, a jeśli tak jest, to miejsce jej pochówku stało się symboliczne. Mam niebywałe szczęście, że przynajmniej nie jest anonimowa osobą. Już bowiem pod koniec lat 40-tych XX wieku wiele osób grzebano bezimiennie, chociaż dało się ustalić ich personalia (dotyczyło to zwłaszcza żołnierzy Armii Krajowej . Co najmniej do połowy ostatniej dekady XX wieku obowiązywał regulamin zabraniający między innymi samowolnego umieszczania napisów na pomnikach.



Cmentarz nie był również w żaden sposób oznaczony w terenie, a jedyne informacje o charakterze tego miejsca umieszczono w głębi nekropolii. Ich treść nie oddawała prawdziwej genezy pochówków np. jeszcze w latach 90-tych XX wieku pod kurhanem znajdowała się tablica z napisem: Cmentarz Powstańców Warszawy jest miejscem upamiętnienia walki i męczeństwa narodu polskiego. Na cmentarzu pochowane są szczątki i prochy bohaterskiego ludu Warszawy, zorganizowanych członków ruchu oporu i żołnierzy walczących o wyzwolenie stolicy z niewoli hitlerowskiej w latach 1939 – 1945. Wszystko to prawda, ale …



Zarówno daty, jak i określenia osób pochowanych w tym miejscu, nie podają faktycznej genezy powstania cmentarza. Z kolei inna tablica, objaśniająca przyczynę usypania kurhanu , została celowo wmurowana za pomnikiem Polegli Niepokonani   przez co była (i jest) praktycznie niewidoczna.

Pomnik Polegli Niepokonani wystawiony w 1973  roku według projektu artysty rzeźbiarza Gustawa Zemły  i był to pierwszym monumentalnym pomnikiem Powstania Warszawskiego.

Przedstawia konającego mężczyznę zasłaniającego się tarczą, z twarzą skierowaną ku niebu, który własnym ciałem zasłania wyrwę w barykadzie. Pomnik umieszczono na szczycie kurhanu obłożonego kostką granitową, jakiej używano niegdyś do brukowania ulic. Całość symbolizuje pełną poświęcenia walkę obronną ludności Warszawy.



W 2001  roku staraniem środowisk kombatanckich umieszczono symbole Polski Walczącej  (tj. kotwicę) na tarczy posągu i barykadzie. Na tej ostatniej wystawiono również krzyże, ale wobec licznych aktów wandalizmu zostały zdemontowane.

Od czasów warszawskiej prezydentury prof. Lecha Kaczyńskiego każdego 1 sierpnia przy pomniku Polegli Niepokonani  odbywają się uroczystości rocznicowe. 

Jakieś trzy lata temu rozpoczęła się kolejna przebudowa cmentarza. Wycięto zimozielone krzewy, przez co w moim przekonaniu okolica grobu mojej Hanki straciła intymny charakter. Wyrzucono stare płyty nagrobne i zastąpiono nowymi, na których uzupełniono informacje o pogrzebanych osobach. Bardzo podoba mi się teraz wejście na cmentarz, bo jest wyraźnie zaznaczone i bardziej wygrodzone. Dawniej nie raz widziałam ludzi z wolno biegającymi po tych grobach-trawnikach psami.



Zawsze, kiedy tam jestem próbuję sobie wyobrazić te sto cztery tysiące sto pięć osób. Razem z Hanką leży około 70 osób, ale tylko kilkanaście jest zidentyfikowanych. Jest tam również 14-to letni chłopiec, który był łącznikiem w powstaniu. Są groby, gdzie pochowane są całe rodziny zabite przez Niemców na Woli, nawet niemowlęta. Próbuje sobie wyobrazić jak wyglądali, jakimi byli ludźmi, co lubili robić w wolnych chwilach. Wówczas czytając te nazwiska, albo podpis: 70 bezimiennych ofiar, stają mi się jacyś tacy bliscy. 



Zawsze, kiedy tam jestem, nie mogę zrozumieć jak to mogło się stać, że ludzie ludziom zgotowali taki los.

Nigdy tego nie pojmę... 



 [powyższe informacje m. in. na podstawie Wikipedii ].


Grób Hanki dawniej tonął w zieleni.




Nie takiego orła mieli na czapkach ...
i w sercu.





Dziś ten cmentarz ma wejście...
                    
... i orlą w koronie u wejścia ...
... i piękne, ważkie słowa.

Obecny wygląd grobu mojej babci Hanny Sokołowskiej.

Zapraszam też do przeczytania wcześniejszych wpisów w zakładce „Korzenie”.