Najpierw muszę napisać o tym, skąd mi się ta Janka Rybówna wzięła w drzewie
genealogicznym. Wiem, wiem, że to trochę nudne, kto z kim, i jakie dzieci
mieli, ale chcę i tutaj uporządkować rodzinne
koligacje.
Moim najstarszym, ustalonym przeze mnie przodkiem ze strony dziadka ojczystego
jest Teofil Palmirski, mój praprapradziadek. Moją prapraprababką, a żoną
Teofila Palmirskiego, była Katarzyna Palmirska z domu Czaykowska. To moi
praprapradziadkowie. Mieli (co najmniej) dwoje dzieci: moją praprababkę Annę
Marię Palmirską (raz widziałam odwróconą kolejność imion - Maria Anna) oraz
syna Andrzeja Palmirskiego (urodzonego 27 listopada 1832 roku w Piotrkowie
[Trybunalskim]). A tak na marginesie, słowa praprapradziadkowie nie ma w
słowniku języka polskiego. Kim oni są dla mnie, bo chyba nie obcy?
Moja praprababka Anna Maria (lub odwrotnie) Palmirska wyszła za mąż za Józefa
Borewicza. Mieli (co najmniej) dwoje dzieci, dwie córki: Stanisławę
Borewiczównę (moją prababkę) i Amelię Borewiczównę (matkę owej tajemniczej
Janki Rybówny). Amelia Borewiczówna wyszła za mąż za mężczyznę o nieznanym mi
imieniu, o nazwisku Ryb. Podobno to nazwisko o węgierskim pochodzeniu. Dziś w
Polsce nie żyje już nikt noszący to nazwisko. Państwo Rybowie mieli (co najmniej)
dwoje dzieci: Wacława Ryba (urodzonego 05.09.1895r., który zginął w wojnie
polsko-bolszewickiej 10.05.1920r.) oraz Janinę Rybównę, której daty urodzenia
niestety nie znam. Ponieważ pamiętnik jest z roku 1910, a Janka jest wtedy w
VII/VIII klasie gimnazjum, zaś gimnazjum poprzedzała wówczas jeszcze edukacja
początkowa w domu, albo w szkole (około 2-4 lata) to myślę, że Janka ma wtedy
około 16-17 lat, czyli może urodziła się około 1892-1893 roku.
Natomiast moja prababka Stanisława Borewiczówna (urodzona 20.05.1867 roku w
Wojtaszówce na Ukrainie, zmarła 23.04.1952 r. w Warszawie) wyszła za mąż za
Arkadiusza Sokołowskiego (syn Franciszka i Apolonii, urodzony w Brusisławiu,
gubernia Czernichowska na Ukrainie, zmarł 04.03.1929 roku w Żyrardowie). Moi
pradziadkowie, Stanisława i Arkadiusz Sokołowscy, mieli dziesięcioro dzieci, z
których najmłodsze, Zygmunt, urodzony 27.02.1912 roku w Nieżynie, gb. Czernichowska
na Ukrainie, jest moim dziadkiem, ojcem mojego ojca Rafała Sokołowskiego.
Jak wynika z powyższego Janka Rybówna była cioteczną siostrą mojego dziadka,
choć kiedy w 1910 roku pisała swój pamiętnik, dziadka Zygmunta jeszcze nie było
na świecie.
To dzięki Jance wyruszyłam do Kijowa. Szukałam informacji w Internecie. Kijów,
metropolia wielkiego imperium rosyjskiego, na przełomie XIX i XX wieku bardzo
szybko się rozwijał. Czytałam o tym pięknym mieście położonym na wzgórzach i w
wąwozach w dolinie Dniepru, że w tym czasie zamieszkiwali je głównie Rosjanie i
Ukraińcy, ale też Żydzi, Polacy, Niemcy, Tatarzy. W 1914 roku mieszkało tu
około 700 tysięcy osób. Procesy demograficzne były bardzo dynamiczne, a Polaków
wciąż przybywało. Kijów bogacił się na sprzedaży cukru, „białego złota”
destylowanego, albo rafinowanego tu z buraków cukrowych. To właśnie przez
przemysłowe zanieczyszczenia woda w Dnieprze miała żółty kolor i w 1907 roku
podobno nie nadawała się do picia. Obowiązującym językiem był wówczas rosyjski.
Brzmiał w szkołach, urzędach i teatrach. Co prawda po zamieszkach w 1905 roku
Car Rosji trochę poluzował kaganiec rusyfikacji i między innymi zezwolono na
jedną szkołę z językiem polskim, ale trzeba pamiętać, że Janka Rybówna i inni
Polacy na Ukrainie byli wtedy carskimi poddanymi. Polacy, choć nie
najliczniejsi, w XIX i na początku XX wieku stanowili w Kijowie elitę społeczną
i intelektualną. Wykładali na tamtejszym Uniwersytecie Kijowskim, a i żacy to
głównie byli Polacy. W tym czasie były zbudowane już dwa kościoły katolickie,
tłumnie odwiedzane przez Polaków. Funkcjonowało
tu wiele polskich magazynów, sklepów i księgarń, prywatnych szkół i gimnazjów.
Działały też liczne polskie firmy. Kijów słynął również z pięknych, zabytkowych
budowli, cerkwi, monastyrów i synagog, z bogatych kamienic i posiadłości
arystokratów, a z „naszych” byli tu Potoccy i Braniccy. Kijów był miastem
aspirującym do grona wyróżniających się urodą i
europejskim sznytem metropolii.
Tamten Kijów to świat, który już nie istnieje. Sprawia na mnie wrażenie archaicznego,
odległego, a po prostu jest nieznany. O ludziach z tamtej epoki mieszkających
tak daleko od brzegów Wisły myślałam trochę jak o mieszkańcach innej planety. To się zmieniło od czasu przeczytania
pamiętnika Janki Rybówny. Po tej lekturze Janka stała mi się bardzo bliska. To
wesoła dziewczyna, nastolatka, nieco zadziorna gimnazjalistka. Czasem trudno mi
uwierzyć, że to wszystko działo się ponad sto lat temu, kiedy nie było radia,
TV, ani elektrycznej kolei i pasażerskich samolotów, kiedy panie nosiły długie
do ziemi suknie z gorsetami i kapelusze z piórami, a końskie siodła dzieliły
się na męskie i damskie.
Pytam Jankę, czy nie miałaby mi za złe, gdybym troszkę z jej zapisków pokazała
światu. Mam opory, bo to przecież pamiętnik, rzecz niezwykle osobista, sekretna.
Skoro miała go ze sobą, aż do śmierci, to znaczy, że był cenną pamiątką,
wspomnieniem miłej przeszłości, minionej, beztroskiej młodości.. Na to pytanie
sama sobie odpowiadam, że skoro „włożyła” mi do rąk tę perełkę, a ja jestem
blogerką, to chyba właśnie po to to zrobiła. Wierzę, że to nie jest przypadek.
Zresztą chyba należy jej się zaistnienie, bo tak się złożyło, że zupełnie
zniknęła. Nikt o niej nie wspomina, nawet w publikacji, gdzie wymienia się jej
męża i jej syna. Poza tym, że Janka pisze o swoim życiu, pokazuje też swoich
krewnych, znajomych, szkołę, panujące wówczas obyczaje, wydarzenia. Cóż
dziwnego, że korci mnie, aby obraz świata, który odszedł na zawsze, pokazać,
choć w małym wyrywku, w kilku migawkach?
A więc jest 13 lutego, poniedziałek w Kijowie.
„ Wciąż mi na myśl przychodzi niedawno
przeczytana śliczna książeczka Солов..ева Злые В..ры”. Nie zapomnę jej długo.
To takie podobne, tak dużo przypomina Alina. A on jaki biedny. Tu troszkę
inaczej, ale nie, śliczna!... Ja po jego stronie. Teraz zaś czytam „Касс..мъвская
.......” tegoż autora. Ciągle tak się zaczytuję, że nawet i na lekcyi nie
pogardzam i z tego powodu troszkę mi ulatuje od Richmann [chodzi o lekcje u
nauczycielki o tym nazwisku].
Dziś
mamy sobotę, dzień przeznaczony do przyjmowania gości i oprucz tego przyjemnym
mi jest perspektywa wyspania się a następnie zobaczenia się ze znajomymi.”
Ach, Janko, kiedy ja chodziłam do liceum soboty nie były wolne od nauki,
ale popołudnia i wieczory to już był najmilszy czas spotykania się ze swoją
„paczką”, czasem prywatki, czasem szkolne dyskoteki. I też zdarzało mi się
czytać na nudnej lekcji jakąś porywającą książkę włożoną dla kamuflażu do
podręcznika. Myślałam, że kiedyś wszystkie uczennice były bardzo pilne i nigdy
nie przekraczały szkolnej dyscypliny. A jednak było inaczej.
P.S.
Janka zapisuje rosyjskie nazwiska i tytuły alfabetem różniącym się od znanej mi
cyrylicy, stąd problem w rozszyfrowaniu słów i z odwzorowaniem znaków
graficznych liter. Robi też błędy ortograficzne, choć może wówczas obowiązywała
inna pisownia. Poza tym czasem wkrada się chaos do datowania wpisów. Często
jest to data poczynienia notki, a nie opisywanego dnia.
Poprzednio o Jance Rybównie było tu:
-Wehikuł czasu
"Prapradziadka" nie ma w słowniku, bo słownik by się zawiesił od kolejnych "pra-". Niby po którym powtórzeniu należałoby zaprzestać? Każdy "pra-" to rodzina :-).
OdpowiedzUsuńSama chciałabym mieć przodka o imieniu Teofil :-). Pięknie brzmi. I zdjęcia piękne.
Tesiu, to bardzo dobre wyjaśnienie pra-korzeni. W końcu to są praprzodkowie :)
UsuńTeofil też bardziej mi się podoba niż Józef. A z żeńskich bardzo lubię Amelię. Jakoś mi się nakłada na ulubiony film "Amelia".
SMBO :)
Ja Józefa też lubię i to z wielu powodów :-). Amelia brzmi bardzo miękko i kobieco (jak piękna kamelia, pozbawiona ostrego "k"). Muszę sobie obejrzeć Twój ulubiony film, bo widziałam go bardzo dawno temu i pamiętam, że mi się podobał, ale całej fabuły już bym nie opowiedziała.
UsuńSMBOX100 :-)
Z Józefem mam takie święte skojarzenia. Amelie są w tej rodzinie dwie. Jedną znałam i była bardzo miła. A matki Janki oczywiście nie poznałam.
UsuńFilm bardzo polecam, wracam co roku :)
Ja trochę też :-D. W niektórych rodzinach panuje moda na pewne imiona i w ogóle istnieje swego rodzaju "polityka" (np. każdy najstarszy syn z danego pokolenia otrzymuje to samo imię). Przyglądam się czasem znanym mi imionom przodków.
UsuńObejrzę przy najbliższej okazji :-).
Często nie podoba nam się własne imię. Ja dopiero stosunkowo niedawno pogodziłam się z tym, że mam na imię Beata ;-)
UsuńImię masz i ładne i adekwatne :-).
UsuńDostałam je od Taty, bo Mama chciała inne ... Julita. To już wolę Beata, tym bardziej, że z zapowiedzią takich darów!
UsuńJest dobrze, jest pamiętnik, jest o czym rozmyślać, budować obrazy narracje :) Niezwykła dziewczyna :)
OdpowiedzUsuńByłam kiedyś w Kijowie. Ze znajomymi poszliśmy do opery na 'Bal maskowy' Verdiego. Klimat miejsca, toalety jak sto lat temu, suknie, gorsety, przebieranki, tak, wtedy odpłynęłam do zupełnie innego świata.
Dniepr jest niezwykłą rzeką i pomyśleć, że niesie ogrom wspomnień.
Ściskam buziaku :*
Zazdroszczę wizyty w Kijowie, choć zazdrość to brzydkie uczucie ;-)
UsuńOdściskuję :)
Wierzę w pozywtywną zazdrość :) więc ściskam i wspieram
Usuń:)
UsuńJa się pogubiłam, ale Ci zazdroszczę :) Właśnie tak. Też bym chciała dotrzeć do moich przodków, zwłaszcza że babcia mojego taty wspominała mu o Karpińskim w jakiejś odnodze dawnej, ale to tak stare dzieje, że koszty by nas przerosły, a nie wiadomo, czy dałoby się do czegoś konkretnego dotrzeć ;) A Ty opowiadasz tak pasjonująco! Czekam na kolejny odcinek :))) Ściskam!
OdpowiedzUsuńNajważniejsze to zacząć, a potem jakoś samo się odnajduje nowe rzeczy.
UsuńSerdeczności śle :)
potwierdzam słowa BB
Usuńwarto spróbować, teraz internet daje nam takie możliwości jakie nie przyszłyby nikomu do głowy....
... a potem (to już moja teoria i BB chyba też, przodkowie bardzo się starają pomagać........
BB jak ja uwielbiam takie posty...
Wszytko to prawda, Alis. Pomagają ! Sami pod nos podsuwają. A Internet w tej dziedzinie jest nieoceniony !!!
UsuńW Kijowie od bodaj końca ośmnastego stulecia wielkie się odbywały targi zbożowe, zwane kontraktami, cokolwiek ryzykiem obarczone, bo to z wiosny początkiem targowano tem, co jeszcze nawet nie wzeszło na polach, zatem i stracić było można, aleć przeważnie jednak na tem niemałe powstawały fortuny, to i miasto bogaciało, osobliwie, gdy za portu w Odessie powstaniem szło tegoż zboża eksportować niższem kosztem. Kijów zatem roku 1910 to będzie miasto z ówcześnego imperium bogate niepomiernie, a i po trosze z atmosferą jakoby trochę Monte Carlo...:) Wczesna proza Bułhakowa sporo pojęcia daje o tem, jakże się w tem mieście żyło, choć ów już raczej onego "złotego wieku" wojenny schyłek opisuje...
OdpowiedzUsuńKłaniam nisko:)
Wachmistrzu złoty! Kontrakty! Dziś właśnie czytałam u Janki, że ktoś jej z kontraktu przywiózł jedwabną, japońską chusteczkę, ale oczywiście ten ktoś nie wyjechał na kontrakt do Japonii ;-) Bułhakowa to "Mistrza i Małgorzatę' obowiązkowo czytałam, ale wczesnego nie znam :( Jest taka książka "Burza ze wschodu" Dunin- Kozickiej, rewelacyjna. Pokazuje Kijów co prawda z roku 1917-1918, więc tam tylko zmierzch złotej epoki uchwycony, a świetności sprzedawane były przez "białych" na targach za bochenek chleba, ale to jest niesamowite świadectwo i miasta i czasów.
UsuńSerdeczności załączam :)
Książka ma tytuł "Burza OD WSCHODU" ;_]
UsuńDzięki za wskazówkę:) Pisząc o Bułhakowie miałem na myśli głównie "Notatki na mankietach", gdzie zebrano mnóstwo jego drobniejszych opowiadań, nawiasem sporo z nich jest jakby zapowiedzią wątków z "Mistrza i Małgorzaty". W cielęcej, późnonastoletniej młodości miałem taki okres gdziem się zaczytywał "Mistrzem" na zmianę ze "Stoma latami samotności" Marqueza, a potem od nowa, uważając, że to są Xięgi Xiąg i inne są zbyteczne... Szczęśliwie później wyzdrowiałem...:)
UsuńKłaniam nisko:)
I ja dziękuję za wskazówkę :) Zajrzę do biblioteki, może mają ?
UsuńSerdeczności załączam :)
cudne te skany. Takie zdjęcia z objaśnieniem kto jest na fotografii to skarb
OdpowiedzUsuńmożna pomyśleć i podumać o przeszłości, to świetnie, że tworzymy historię rodziny
wyrysowane drzewo jest dla mnie całkowicie jasne.......
smakuję Twój post niczym cząstki pomarańczy... po kawałeczku, urywku
Usuńmarzenie mogę napisać?
zaczytałabym się się jeszcze w blogowym pamiętniku, jak kiedyś...
Pamiętnik Ewy- u Riannon z Dworu Feillów
Zdjęcia, które były czarno-białą kserokopią ze zdjęć pokolorowałam tym programem, który niedawno poleciłaś na swoim blogu, Alis :)
UsuńJa też zaczytywałam się w pamiętniku Ewy i jej przeżyć najpierw ze Lwowa, a potem ze zsyłki. Piękna rzecz !!! Wciąż mam go w ulubionych blogach, żeby można było łatwo wrócić.
Usuńefekt niesamowity
Usuńpraktycznie myślałam, ze to skany oryginalnych zdjęć po prostu.
jaka ta technika przydatna.....
to czekam na luźniejsze czasy u Ciebie, nie wiem jak długi jest pamiętnik, czy będziesz go przepisywać. Ale masz już możliwości wskanowania go jako książkę, lub nawet do internetowej biblioteki możesz go umieścić. Kiedyś czytałam dużo skanowanych gazet czy ksiąg kościelnych z bibliotek cyfrowych. Oprogramowanie nazywa się de libre (czy jakoś tak) ale to trzeba by dokładniej się zaiteresować
pozdrawiam poniedziałkowo i wesoło A.
A widzisz, dzięki Twoim podpowiedziom tak troszkę je ulepszyłam , "pooszukiwałam", bo kserówki są brzydkie po prostu :)
UsuńPamiętnik ma 74 strony, ale ponieważ oryginał (żywy zeszycik) należy do rodziny Hennebergów, więc ja tylko kilka wpisów poczynię pokazują fragmenty gdzie moi najbliżsi są opisani, albo takie dotyczące istotnych wątków dla dalszych moich poszukiwań i odkryć. Nie rozporządzam całością, choć całość została mi przesłana mailowo z napisem "świąteczny prezent".
Ściskam Cię równie wesoło, Alis :))))
Czy teraz też tak uczniowie mają, że czytają książki, albo migają drutami robótki pod ławką, patrząc przy tym niewinnie nauczycielowi w oczy? ... pewnie piszą sms-y, może słuchają muzyki ... czasy inne, zmieniają się realia, ale młodzież pozostaje taka sama, myślę; zdarzyło mi się być dawno temu w Kijowie na handlowej wycieczce, przepiękne miasto, nie wyobrażałam sobie zniszczeń Majdanu, jakich doznało ostatnio; pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńOczywiście, że im komórki za wszystko dziś wystarczają :)
UsuńMoże i ja się wybiorę w taką podróż do Kijowa, ale chyba na emeryturze ;-)
Serdecznie Cię pozdrawiam, Mario :)
Ile zdjęć zachowanych! Pięknie!
OdpowiedzUsuńZdjęcia lubię najbardziej. Wpatruję się w twarze moich przodków doszukując się wspólnych rysów, zastanawiając się jacy byli....
Myślę że Janka nie pogniewałaby się za to, że o niej piszesz, że cytujesz fragmenty jej pamiętnika. Raczej ucieszyłaby się, że ktoś o niej pamięta.
PS. Tak patrzę na Józefa Borewicza i Porucznika Borewicza i jakby trochę......eeeee jednak nie ;)
Ja też właśnie tak robię, że się do nich przymierzam. O, to mam podobne, i to, i to :)
UsuńP.S.
Porucznik Borewicz też miał taką kluchę wielką, rozklapcianą. Chociaż nie wydaje mi się, aby mój pradziadek kiedyś się boksował :)
W Polsce mieszka obecnie 79 osób o nazwisku Borewicz, choć jeśli mój prapradziadek miał tylko córki, a sam nie miał brata, to ta linia Borewiczów, jeśli chodzi o nazwisko wygasła.
Porucznik Borewicz, może trochę podobny .... ;-]
Klucha nie klucha, ale kobiety za nim szalały ;))
UsuńZa porucznikiem B to i owszem, ale mój prapradziadek, mówiąc szczerze, nie wydaje mi się przystojny. Za to ubranie miał ładniejsze niż porucznik 07 ;-)
Usuńczytam to z ogromna przyjemnością. to jak prawdziwa lekcja historii. chociaż w szkole historia skupia się głównie na wojnach i polityce, pewnie dlatego nie wszyscy ją lubią. dlatego sama zaczęłam zgłębiać odległe czasy i odkrywać, jak dawniej żyli ludzie. chodzili do szkoły, prowadzili dom, wymyślali różne rzeczy itd. a najbardziej mnie kręcą te damy w gorsetach z parasolkami :) szkoda, że teraz nie można paradować po ulicy w sukni do ziemi i kapeluszu ze wstążkami :)
OdpowiedzUsuńfajnie, że dzięki temu pamiętnikowi możesz dotknąć tamtych czasów i ludzi i dzięki zdjęciom nawet na nich popatrzeć. ja tez kocham te nieliczne stare fotografie moich dziadków :)
Też w szkole nie przepadłam za historią, ale teraz z przyjemnością poszukuję informacji pokazujących historyczne tło wydarzeń. A panie w gorsecikach z parasolkami ... cud, malina :)
UsuńI to jest w tych fotografiach takie cenne, że są nieliczne, że wiele przetrwały i że właśnie my je mamy w spadku :*
Serdeczności posyłam do Ciebie, Polly :)))
Nawet jeśli z opóźnieniem, to zawsze chętnie poznaję losy Twoich przodków, które udaje Ci się różnymi drogami odkrywać.
OdpowiedzUsuńPS Prapradziakowie jeszcze są w słowniku (http://sjp.pwn.pl/slowniki/prapradziadkowie.html). A praprapra- to już chyba analogicznie.
Dla mnie jest ważne, że ze mną jesteś, Fibulo :)
UsuńP.S.
Właśnie nie ma praprapra - jak ktoś słusznie zauważył, moglibyśmy tak w nieskończoność. Teraz wpadło mi do głowy, że to powinny być potęgi, np pra3, albo pra5 :)
Uścisków MOC ślę.
Wówczas my byśmy byli pierwiastkami z praprapra-. ;-D
Usuń