sobota, 11 lipca 2015

Lawina wątpliwości... (5)


... czyli Powstanie Warszawskie na Ochocie. 

Wracam do historii dziadków Sokołowskich. Ostatnio pisałam o pierwszym liście z PCK Niespodziewany ratunekTyle razy potem próbowałam wyobrazić sobie ich ostatnie dni i godziny. Jakże naiwne były tamte moje pierwsze wyobrażenia.  Być może mogło to tak wyglądać, ale pewnie było inaczej. Zresztą potem jeszcze nie raz przekonywałam się, że z posiadanych niekompletnych przesłanek wysnuwałam fałszywe wnioski. Błądzenie okazuje się typowe dla niewprawnych, domorosłych genealogów. Opisuję również te „fałszywe” tropy, bo informacje, jakie z nich czerpałam, też zasługują na uwagę. Stanowią ważne uzupełnienie historycznego tła.



Świadomość okoliczności śmierci dziadków Hanki i Zygmunta Sokołowskich była smutna i bolesna, ale zarazem cieszyłam się, że w końcu tyle się o nich dowiedziałam, i że potwierdziłam miejsce ich wiecznego spoczynku. Jednocześnie liczba rodzących się nowych pytań wprowadzała mnie w stan pobudzenia i niepokoju. Dlaczego oni mieszkali na ulicy Filtrowej? Nigdy nie słyszałam o takim adresie. I co to za fabryka, którą miał posiadać dziadek? Co oni właściwie robili w czasie wojny? Dlaczego Zygmunt urodził się w Nieżynie, i gdzie to właściwie jest? Co robili tam jego rodzice i rodzeństwo? Jak to się stało, że znaleźli się w Warszawie i mieszkali na ulicy Mickiewicza? Nie wyobrażałam sobie jak mogłabym znaleźć odpowiedzi na te pytania

Wydawało mi się wówczas, że po południu 1 sierpnia 1944 roku moi dziadkowie byli w warszawskim mieszkaniu na Filtrowej 62, bo taki adres zamieszkania potwierdził PCK, i że tam zostali odcięci od reszty miasta. To znaczy, że wcale nie byli na Żoliborzu, ale na Ochocie. Może, kiedy stamtąd wyszli, a raczej uciekli, Hanka została ranna. Jakiego dnia między pierwszym a 11-tym sierpnia mogło się to stać? Z literatury powstańczej dowiadywałam się, że w tej dzielnicy Powstanie Warszawskie właściwie się nie udało, gdyż powstańcy nie opanowali strategicznych dla dalszej walki miejsc obsadzonych przez Niemców i byli skazani na porażkę. Szczególnie okrutny los spotkał mieszkańców dzielnicy Ochota, których pacyfikowali żołdacy z kolaboracyjnych oddziałów SS RONA (Rosyjska Ludowa Armia Wyzwoleńcza).To była prawdziwa rzeź Ochoty – masowe pogromy, grabieże, podpalenia, rozstrzeliwania i okrutne gwałty. Szczególne potworności działy się na tzw. Zieleniaku – dawnym ochockim targowisku, które oprawcy zamienili na miejsce tymczasowego przetrzymywania ludności przed odprowadzeniem do dalszego kolejowego transportu do obozów.

W końcu trafiłam na książkę Lidii Ujazdowskiej „Zagłada Ochoty”. To zbiór relacji mieszkańców Ochoty, którym udało się przeżyć, o zbrodniach hitlerowskich dokonywanych na ludności tej dzielnicy w czasie Powstania Warszawskiego. To bardzo wstrząsający dokument. Na kartkach tej książeczki szukałam oczywiście śladów Hanki i Zygmunta Sokołowskich i czytałam ją z kołaczącą się w sercu nadzieją na odnalezienie unikalnych śladów ich historii. Jest tam bowiem relacja mieszkanki domu przy ulicy Filtrowej 62. To przypuszczenie, że musiała spotykać Hankę, Zygmunta i dzieci choćby na podwórku, przydało tej relacji bardziej osobistego wyrazu. Tym bardziej, że wciąż nie byłam pewna, czy w tym czasie dziadkowie byli w tej kamienicy, czy też nie. Treść tego opisu przytoczę prawie w całości, bo jej bohaterami są sąsiedzi moich dziadków, a powstańcze ochockie losy bardzo mało znane.

 Relacja 21.
Stanisława Trylińska, urodzona w 1903 roku.
W 1944 r. mieszkałam na ul. Filtrowej 62. Bardzo szybko zostaliśmy odcięci od działań powstańczych i zagarnięci pod władze ronowców. W naszym domu były bardzo duże schrony, obszerne piwnice, wielu ludzi schroniło się podczas strzelaniny. Wśród ludności znajdowało się wiele dzieci. Zorganizowano więc samopomoc. Początkowo mieliśmy zapasy wody w łazienkach i żywność, którą się dzieliliśmy, nawet gotowało się trochę dla dzieci. Na ulicy Raszyńskiej, w magistracie sąsiadującym z naszym domem, była nieczynna studnia. Wiedzieliśmy, że filtry przestaną działać, należało więc zaopatrzyć się w wodę. Wtedy ogłoszono apel, aby dać skóry na uszycie dzwonu, który mógł studnie uruchomić. Okazało się, że zgłosiło się wielu chętnych do pomocy i część zgromadzonej skóry okazała się zbędna. Pompę uruchomili p. Tryliński i p. Mucha. Czerpanie wody z tej studni jeden z ludzi przypłacił życiem.

Współżycie w domu układało się dobrze. Niektórzy, co odważniejsi mieszkańcy chodzili spać do swoich pokoi. Do schronów przynosiło się poduszki i koce. Wody starczało nawet do wzięcia kąpieli. 
W naszym domu mieszkał ks. Oraczewski, który codziennie odprawiał Mszę świętą. Zbieraliśmy na ten cel opłatki z całego budynku z dawnych świątecznych zapasów. Ks. Oraczewski został później wezwany przez Niemców do szpitala na ul. Raszyńskiej (obok szkoły nr 13). Tam udzielał sakramentów rannym Niemcom. 
9 sierpnia ronowcy  wypędzili nas na podwórze. Kazali usiąść nam na trawniku, ustawili karabiny i co jakiś czas strzelali na postrach nad głowami. Nie zabili wtedy nikogo. Byli pijani. Biegali po całym domu z wrzaskiem, grozili granatami. Wreszcie kazali nam wyjść. Ludzie znieśli do piwnic swoje walizki. Niektórzy Niemcy, to chyba byli Ślązacy zachowywali się względnie przyzwoicie. Gdy ktoś z grupy młodzieży spytał Niemca, czy mogą zostać w domu, ten odparł: „Wy nie powinniście, ale musicie wyjść”.

Wyszliśmy z białą płachtą na kiju. Widok był straszny. Szliśmy przez plac Narutowicza, na którym leżało bardzo wiele trupów. Napuchnięte zwłoki już rozkładały się, panował potworny zaduch. Trzeba je było przekraczać. Ale szliśmy. Po drodze dołączały do nas coraz to nowe grupy ludzi. Na rogu ulicy Barskiej wśród porozrzucanych sprzętów i śmieci, stał oficer niemiecki i grał na skrzypcach, zresztą bardzo dobrze grał. 

Pędzili nas ul. Grójecką, aż pod bramę Zieleniaka. Kiedy bramę otworzono, okazało się, że nie ma już dla nas miejsca i mamy iść dalej. Byliśmy zadowoleni z tego faktu. Poszliśmy więc. Doszliśmy aż do skrzyżowania z Włodarzewską. Po drodze mijaliśmy Niemców, którzy nie interesowali się nami. Nasza kolumna była ogromna. Obok nas szli dwaj młodzi chłopcy, prowadzili pod rękę staruszkę. Prowadzili ją tak, że prawie nie dotykała nogami ziemi. Zapytani, odrzekli, że to jest ich babcia i nie chcą jej zostawić. Wyciągnęli ją siłą z łóżka. Gdy zbliżaliśmy się do ul. Włodarzewskiej, wszyscy myśleliśmy, że odzyskamy upragnioną wolność, gdy nagle wyrósł przed nami bardzo młody, elegancko wyglądający oficer niemiecki. Zapytał, dlaczego idziemy. Gdy uzyskał odpowiedź wyjął rewolwer, kazał nam zawrócić i on jeden z rewolwerem w ręku odprowadził całą kolumnę ludzi z powrotem na Zieleniak. Po drodze obszarpywali nas ronowcy. Przed bramą Zieleniaka, gdzie znaleźliśmy się powtórnie, zaczęła się grabież. Zabierano nam podręczne torby, zegarki i obrączki. Brama otworzyła się i weszliśmy na plac. Dochodziła godzina 18. Na Zieleniaku zaczęliśmy orientować się w sytuacji. Dotarły do nas wiadomości, co tu się dzieje. Szczególnie uważaliśmy więc na dziewczęta. Przypominam sobie, że gdy wychodziliśmy z domu poleciliśmy dziewczętom wysmarować sobie błotem twarze, rozczochrać włosy i poszarpać ubranie tak, aby nie zwracały na siebie uwagi (...)”.

Mąż Pani Trylińskiej znający język niemiecki zorientował się, że jeszcze tego dnia ze stacji kolejowej na Dworcu Zachodnim odjedzie pociąg do obozu przejściowego w Pruszkowie. Mieszkańcy kamienicy ponownie uformowali kolumnę i wraz z pierwszą nadarzającą się okazją szczęśliwie udało się im opuścić Zieleniak jeszcze tego samego dnia. 

Wspomnienia osób zamieszczone w książce Ujazdowskiej ukazują obraz przepotwornego okrucieństwa żołdaków RONA wobec cywilnej ludności Ochoty, a zwłaszcza kobiet, które były w straszny sposób gwałcone, okaleczane i zabijane. Po tej lekturze jeszcze przez długie tygodnie prześladowały mnie nocne koszmary. Poznawszy autentyczne relacje mieszkańców Ochoty opisujące to, co działo się w tym kwartale Warszawy między pierwszym a 24-tym dniem sierpnia, uznałam, że może to dla Hanki było lepsze, że nie dostała się w łapy ronowców i że mogła umrzeć w szpitalu wśród swoich. Zresztą rozważanie, co by było gdyby nigdy nie ma sensu....
Po opuszczeniu przez mieszkańców domów przy ulicy Filtrowej mieszkania zostały splądrowane przez ronowców, a potem domy podpalano. Wypalone kikuty kamienic czekały potem aż do początków 1945 roku na powracających ocalonych mieszkańców. Nie było wśród nich moich dziadków Hanny i Zygmunta Sokołowskich.

Fotografia z książki "Zagłada Ochoty"
Fotografia z książki "Zagłada Ochoty"

Zapraszam też do lektury:
.Niespodziewany ratunek z PCK.
.Największy jest w Warszawie.
.Od zwątpienia do nadziei.
.Tylko jedno jedyne zdjęcie.

34 komentarze:

  1. Straszne, to w jaki sposób ludzie stawali się ludzcy ponad wszystko i ci drudzy, którzy odzierali innych z godności, dla tego okrucieństwa nie mam słów, bo nawet zwierzęta są bardziej empatyczne.

    Dużo pytań Beatko, dużo grozy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam różne rozterki, kiedy publikuję te wspomnieniowe posty. Trochę mi żal, że te moje opowieści krążą wciąż wokół wojennych wydarzeń, bo bardziej jesteśmy skłonni zanurzać się w tekstach o pozytywnym przesłaniu i pogodnej atmosferze. Wydaje się nam, że dość mamy dzisiejszych smutków i współczesnych problemów. A w dodatku w mediach ciągle coś okropnego na nas czyha :( Widzę to po wejściach na tekst z FB. Jeśli jest współczesny i wesoły to jest ich dwa razy więcej.

      Cóż, założyłam bloga także po to, żeby opowieść o moich korzeniach i moich przodkach wybrzmiała. Miałam taką potrzebę i jest to dla mnie ważne. Staram się nie epatować opisami okrucieństwa, ale oni żyli w czasach, gdy okrucieństwo czyhało za każdym rogiem. A jednocześnie na przeciw niemu i na przekór wszystkiemu, małe rzeczy urastały do rangi wielkich, a wartości, choćby patriotyzm, dla wielu stawały się obowiązkiem, powinnością, świętością ...

      Zaczęłam te poszukiwania od cmentarza, czyli jakby od końca, co oznacza, że będzie też i o czasach pokoju :)

      A zwierzęta, cóż, nie zabijają dla zabawy, ani bez potrzeby ...

      Dobrego dnia Małgorzato i ściskam Cię serdecznie :)

      Usuń
    2. ale, ale... mnie Twój blog cieszy, pewnie gdyby był o czymś nieistotnym nie przychodziłabym tu codziennie, może to tak sobie brzmi, ale uważam, że piszesz o sprawach ważnych, dla mnie ważnych, Twoje życie, mimo trudnych przeżyć, jest interesujące, zajmujące i niezwykłe, i możesz twierdzić inaczej. Jestem Twoją czytalniczką, uczę się od Ciebie wielu rzeczy, staram się zrozumieć, szukam odpowiedzi i często jesteś właśnie drogowskazem. Teraz już muszę wyjść, ale wrócę. Ściskam ciepło niedzielnie buziaku

      Usuń
    3. Bardzo mnie cieszy i wzbogaca ta wirtualna znajomość z Tobą Małgosiu. To, że nadajemy na podobnych falach, że przeżywamy jednakie, a może jednoczące wzruszenia, jest budujące i wspierające :) Pisząc o tym, dlaczego podejmuję trudną wojenną tematykę, chciałam (znów) podkreśilić/wyjaśnić dlaczego właśnie tak. Wiem, że to Cię interesuje - ta dwoistość tego świata i to, że mieszkasz w miejscu, w którym - choć ominęło je okrucieństwo II wś - ludzie ludziom zadawali ból, a może nawet nadal są gotowi to robić. Jesteś poetką - patrzysz na świat w sposób szczególny, więc to, co przez innych może (?) przepływa bez śladu, w Tobie rzeźbi koleiny. Może tylko taki był cień usprawiedliwienia się, że znów o tym piszę ...

      Przytul-asy szczere ślę eM :)

      Usuń
    4. Że znów, to dla mnie zawsze zajmujące i ciekawe chwile. Uściskuję rączki :*

      Usuń
    5. :) Odściskuję bez odcisków :)

      Usuń
  2. w takiej sytuacji jak Twoja, szukanie przodków ma zupełnie inny wymiar. Wiąże się ze sprawami bardzo bolesnymi. I wtedy dla żyjących i teraz dla poszukujących tych korzeni.
    Trudno napisać tu cos mądrego

    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alis, cieszę się, że jesteś tu :) mądra, delikatna, współodczuwająca ...
      Serdecznie Cię ściskam :)

      Usuń
  3. Zajrzałam tu wczoraj, ale postanowiłam zostawić Twój wpis nieczytany i wrócić później, kiedy będę miała czas, żeby go spokojnie przeczytać. I miałam rację.
    Poruszające to wszystko...los tych wszystkich ludzi. Okrucieństwo oprawców i strach, na pewno potworny strach tych którzy przez to piekło przeszli....
    Dobrze że o tym piszesz
    Dziękuję :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Julio za dziękuję :*.
      Ciągle można dowiedzieć się czegoś nowego. Ja na przykład dopiero wtedy w 2005r. dowiedziałam się o istnieniu RONA - Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej. Tym, którzy przeżyli wojnę np. mojej Babiśce wydawało się, że to Ukraińcy - mówili bowiem podobnie. Nie wiedziała, że nie tylko Ukraińcy (np. z 14 Dywizja Grenadierów SS lub z tzw. oddziałów międzynarodowych Hitlera) brali udział w wojnie po stronie Hitlera właśnie. W Powstaniu Warszawskim doszło wiec do sytuacji, gdzie Rosjanie walczyli po obu stronach. Z ciekawością wysłuchałam natomiast opowieści kogoś z rodziny o zachowaniu Węgrów, służących po stronie hitlerowców i skierowanych do pacyfikacji Powstanie. Stacjonowali m.in. w Zalesiu Dolnym pod Warszawą. Oni byli nastawieni przyjaźnie i właściwie tak opieszale się zachowywali, że w końcu wycofano ich z Warszawy.
      Uściski serdeczne ślę :)

      Usuń
    2. Ja też widziałam wczoraj na bloggerze, że Beata coś opublikowała, ale po kilku linijkach wiedziałam, że potrzebuję dłuższej chwili, by przeczytać i trochę w tym potrwać, więc otworzyłam dopiero dziś.

      Usuń
    3. I znowu powtórzę, że to dla mnie niezwykle cenne - Wasza uwaga i uważność i tan czas, na który tu Was zatrzymuje jest jakby dla Nich hołdem, uszanowaniem ... dla tych wszystkich, bez wyjątku, którzy wtedy wyszli z domu przy ul. Filtrowej 62 w Warszawie opuszczając swoje dotychczasowe życie ...

      Dziękuję :*

      Usuń
  4. trudno coś mądrego napisać. chyba powtórzę, że to, co się wtedy działo w Warszawie przechodzi ludzkie pojęcie. żaden film, ani książka nie są w stanie oddać strachu tych ludzi. myślę, że tez bym przeżywała i za wszelką cenę szukała wiadomości, gdyby ktoś z mojej rodziny tam był. może chociaż duchowo można przejąć na siebie skrawek ich cierpienia. w końcu wszyscy jesteśmy w jakiś sposób powiązani we wszechświecie. wiem, brzmi dziwnie, ale ja myślę, że tak jest

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polly, wcale nie brzmi dziwnie. Wręcz przeciwnie - ja odczuwam silną więź, która łączy mnie ze wszystkimi moimi zmarłymi - nawet z tymi, których nie znałam...
      Uściski Ci posyłam Kochana. I wiesz myślę o Tobie kilka razy dziennie. Tylko nie poczuj się dotknięta. Zawsze kiedy biorę do ręki dzbanek wylicytowany od Frau Be. Ten dzbanek jest śliczny. A różyczki na nim tak pogodne i wesołe jak TY:)))

      Usuń
    2. dotknięta, ja? a po czemuż to? :) ja jestem szczęśliwa, ot co :))) i to dobrze, że o mnie myślisz, bo dobrej energii potrzebuję jak nie wiem co :)
      naprawdę wierzę, że wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani. ci co żyją i ci co nie. te dusze to energia taka jak i my. wszystko jest energią, myśli też. dlatego, kiedy o mnie myślisz dajesz mi kawałek swojej dobrej energii :)
      buziaki :***

      Usuń
    3. Cieszę się Polly i wysyłam Ci MOC serdecznej energii :)))

      Usuń
  5. No właśnie - doskonale rozumiem tę Twoją chęć, żeby historia Twoich przodków wybrzmiała - doskonale to ujęłaś. Tak strasznie mi żal tych ludzi. Zawsze bardzo się wczuwam w to, co oni mogli przeżywać :( Takie opowieści wyzwalają we mnie uczucie wdzięczności, że żyję w czasach, kiedy te potworności należą już do historii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Violu, że ze mną współodczuwasz :*
      Najserdeczniej ściskam :)

      Usuń
  6. Człowiek wiele może, i to w dwie strony: wiele dobrego i wiele złego czynić. To budujące i przerażające jednocześnie...

    Niestrudzona Poszukiwaczko, pokłon dla Ciebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Fibulo i też się nisko kłaniam Czytelni/cz/kom :) To fantastyczna świadomość, że Ktoś jeszcze o Nich wie, że rozumie, współczuje ich losu ...

      Usuń
  7. wiesz, Beato, co dla mnie jest najbardziej przerażające? że ludzkość od tysięcy lat tworzy cywilizację, kulturę, naukę. konstruujemy wspaniałe narzędzia i maszyny, podbijamy kosmos.. ale nie potrafimy żyć w pokoju, a każda kolejna wojna pokazuje, że nasze okrucieństwo jest niezmienne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I mnie to zadziwia ... chociaż na naszym kontynencie przez ostatnie pół wieku wojen jakby mnie. Ale cóż to jest w porównaniu z tysiącleciami. I jedno jest pewne, że tak naprawdę pokój zawsze jest bardzo kruchy :( My przyzwyczailiśmy się do spokoju, do tego, że bomby na głowę nie lecą, więc trudno nam wyobrazić sobie jak można przeżyć takie zagrożenia.
      Serdeczne uśmiechy posyłam J :)

      Usuń
  8. Trudno cokolwiek dodać :) Podobnie jak Ktoś wyżej nie chcę Cię czytać z doskoku, lecz w chwili, gdy mogę to zrobić z namysłem, gdy mogę delektować się Twoją opowieścią, powrócić do powiązanych wpisów i próbować posklejać z nich jakąś całość. Wiem, że tego nie dokonam, że nie da się złożyć tych puzzli, ale łączenie fragmentów daje wiele. Zastanawiam się, jakim cudem różne "celebryty" puste (choć może to też pozory, trudno osądzać) rażą tanim tombakiem, a takie szczere złoto jak Ty chowało się tak długo po różnych zakamarkach :) Masz pasjonującą historię rodzinną i już wiadomo, czemu jesteś taką tu Królową. Pamiętasz, dlaczego tak mówię, prawda? Bo ja tak, oj tak. Ściskam Cię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znów się purpurowię , ale z radości, bo miło czytać takie słowa Wiolu :)

      A w nawiązaniu do celebrytów ;-) W ubiegły piątek miałam okazję przeżyć na własnej skórze "zaproszenie" do opublikowania rodzinnych zdjęć w kolorowej prasie, ale raczej tej zwanej "brukową". Do dziś jestem w szoku :( A podobne mechanizmy działają też w prasie z wyższej półki, tzn. powyżej 5zł.
      Najserdeczniej Cię pozdrawiam :)

      Usuń
    2. Zostań więc celebrytką, ale taką "z wyższej półki" ;) Przynajmniej jakość prasy się podniesie. Serdeczności!

      Usuń
    3. Odrzuciłam zaproszenie - poznawszy warunki i celebrytka nie zostanę - oby nigdy ;-)
      Uściski Wiolu :)

      Usuń
  9. Cóż można napisać mądrego w obliczu tak wielkiej tragedii ludzkiej czasów wojennych, bo ludność cywilna cierpi najbardziej; wielcy bawią się pionkami na mapie świata w zaciszu wypasionych gabinetów, nie licząc się z ludzkim życiem; najbardziej przeraża mnie okrucieństwo, tkwiące w ludziach; pozdrawiam, Beato.

    OdpowiedzUsuń
  10. Aby zło osiągnęło "wojenne" rozmiary, musi być najpierw "podkarmione". Wojna i jej okrucieństwo nie wzięły się znikąd. Najpierw trzeba zdemoralizować przyszłe pionki (te, które się udaje), aby móc się nimi posługiwać. Smutna, prosta prawda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem w tym, że tak łatwo jest karmić zło :(

      SMBO Tesiu :)

      Usuń
    2. To prawda. Chyba właśnie łatwiej niż dobro.

      Kilka ostatnich dni spędziłam w W. I gdy tam jechałam (Pendolino! :-) przeczytałam Twój wpis. Miałam zamiar nawet skoczyć w wolnej chwili na Filtrową, aby osobiście zobaczyć o czym mowa ;-), ale program się tak zagęścił, że miałam wątpliwości ostatniego dnia, czy zdążę na autobus powrotny.

      SMBO :-)

      Usuń
    3. Byłaś w W :)i to Pendolino :D
      Na Filtrowej byłam kilka lat temu, znalazłam klatkę schodową, bo w późniejszej korespondencji z PCK udało mi się ustalić nr mieszkania (prawdopodobnie, bo stare pisma już wyblakły) . Tam trochę tak, jakby czas się zatrzymał...

      Usuń
    4. Otóż to! :-D
      Lubię miejsca "prowadzace" w inne czasy.

      Usuń