środa, 18 stycznia 2017

Jeszcze płaczę, czyli żałoba pozbawiona praw po stracie psa.







Wyobraź sobie Kogoś, kto zjawia się w twoim życiu, bo tak postanowiłaś wspólnie z mężem i ze swoim dzieckiem. Wyobraź sobie, że z niecierpliwością oczekujesz na pojawienie się w waszym domu tego Kogoś. Jesteś pełna ciekawości, jak to będzie tym razem, bo to już trzeci Ktoś w twoim życiu i podekscytowana nie możesz się doczekać tego dnia, gdy wreszcie będziecie razem.

Tymczasem szykujesz „wyprawkę”: miejsce do spania, naczynia, zabawki i inne akcesoria, kupujesz i czytasz książki o prawidłowym rozwoju, żywieniu i wychowywaniu Kogoś. Odliczasz dni i w końcu nadchodzi ten, w którym Ktoś pojawia się wśród waszej trójki. Pierwsze karmienie, pierwszy spacer, pierwsza noc. Czujnie nasłuchujesz, czy Ktoś śpi spokojnie. A on wierci się i drepce, nasłuchuje, bo wszytko jest nowe i na razie obce.

I odtąd już każdy dzień będzie zaczynać od tego, że Ktoś szczęśliwy, że wstałaś przywita cię radośnie. Zanim sama zjesz śniadanie najpierw nakarmisz swojego Ktosia i w ogóle dbanie o zaspokojenie jego potrzeb, będzie bardzo ważne. Będziesz Ktosia uczyć, żeby nie był niesforny i ciszyć się z każdej nowej, a potrzebnej umiejętności. Wręcz będziesz dumna, jeśli obcy ludzie zauważą jego mądrość i urodę. Strzyżesz, czeszesz i przytulasz. Kiedy trzeba karcisz i okazujesz swoje niezadowolenie. Z czasem będziecie rozumieć się bez słów, wystarczy gest, albo odpowiednia mina. Będziesz martwić się, jeśli Ktoś zdradza objawy choroby i biegniesz z nim do lekarza. Szukasz dobrego, takiego do którego możesz mieć zaufanie. Odczuwasz ulgę, gdy Ktoś wyzdrowieje i znów jest radosny i pełen wigoru. Ktoś towarzyszy ci we wszystkim, co robisz w czasie wolnym od pracy i dodatkowych zajęć poza domem. Oczywiście spędzacie też razem wakacje. No i przyznaj się, Ktoś stale leży obok ciebie na kanapie i śpi razem z tobą w jednym łóżku. Więc jego oczy wpatrzone w ciebie z miłością widzisz zanim zgaśnie światło i kiedy rano podniesiesz zaspane powieki. I dodaj jeszcze, że to nie są oczy twojego męża, który nadal śpi i pochrapuje. Ty musisz wstać, bo Ktoś jest głodny i na pewno chce mu się siusiu.

I tak jest przez kilkanaście lat, dzień w dzień, noc w noc. Niestety Ktoś choruje coraz częściej i coraz bardziej. Opieka i pielęgnacja kochanego chorego pochłania cię i angażuje. Martwisz się, bardzo się martwisz, płaczesz i miotasz w emocjach, ale już nic nie możesz zrobić. Nic sensownego, co odwróciłoby nieuchronny bieg rzeczy, bieg życia aż po kres. Z dosłownie rozdartym sercem podejmujesz decyzję o zakończeniu życia Kogoś, do kogo nie tylko się przywiązałaś, ale naprawdę pokochałaś. I w końcu przeżywacie wspólnie tę ostatnią trudną noc i ostatni jeszcze trudniejszy dzień, w którym wszystko jest ostatnie. Patrzysz wciąż na wskazówki zegarka, które przesuwają się nieubłaganie i wciąż przybliża się ta straszna godzina, kiedy serce twojego kochanego Ktosia przestanie bić. Walczysz sama ze sobą, aby odwołać dzisiejszą śmierć i jednak skazać Ktosia na jeszcze trochę cierpienia i bólu, bo przecież nie wiesz, czy już nie ma siły przeżywać go dłużej. A może jednak poczekać? Może jutro wydarzy się jakiś cud, może coś się poprawi?
Ostatkiem niezrozumiałego przez samą siebie racjonalizmu nie dzwonisz do lekarza, żeby nie przychodził wieczorem ze śmiercionośnym zastrzykiem. Czekasz i trwasz przy Ktosiu w jego ostatnich godzinach i minutach życia. Trzymasz się, żeby nie wzmagać niepokoju i nie podkręcać wiszącego w powietrzu strasznego napięcia. Twój Ktoś umiera cichutko, bez cierpienia, z łebkiem złożonym w Twojej dłoni. I dopiero wtedy gdy już nie oddycha głośno zaszlochasz przytulając się do jego futerka, do nieruchomego ciała...


Taka była Dinga, piękna, mądra, dzielna.
A w jej oczach widziałam wierność i psią miłość.
Piszę ten post, na pociechę tym, którzy tak jak ja przeżywają żałobę pozbawioną praw po stracie zwierzęcia towarzyszącego, psa, kota, albo innego stworzenia. Piszę dlatego, żeby nie myśleli, że są nienormalni, że wciąż płaczą i cierpią po śmierci swojego Kogoś.

Dziś mijają dwa miesiące od dnia, w którym umarła nasza Dingusia. Nie ma już z nami kochanej psinki, naszego Słodzika. I nie ma dnia, abyśmy jej nie wspominali, a ja przez te dwa miesiące może tylko kilka razy nie płakałam.

Mało jest publikacji o uczuciach osób, które doznały takiej straty. To jak się okazuje temat wstydliwy, a na pewno marginalizowany. Trafiłam jednak na dobry tekst pt. „Psychologiczna analiza przeżyć osób po stracie zwierzęcia towarzyszącego” Urszuli Bieleckiej i Beaty Miruckiej z Uniwersytetu w Białymstoku (klinij, tu jest tekst tego artykułu) .


Wiem, że mój smutek, żal i łzy po śmierci mojej suczki, to nie jest nic dziwacznego, a jedynie żałoba pozbawiona praw. Takim terminem obejmuje się również inne przypadki, gdy „otwarte przeżywanie żałoby, nie jest usankcjonowane przez współczesną kulturę zachodnią”, np. po śmierci byłego współmałżonka, czy po poronieniu wczesnej ciąży. Od właścicieli zwierząt oczekuje się, że szybko przezwyciężą żal. A tymczasem więzi nawiązywane ze swoim zwierzęciem, z uwagi na fakt, iż nieco przypominają opiekę nad dzieckiem, z którym przechodzi się kolejne etapy rozwoju, a już na pewno ma się poczucie całkowitej zależności zwierzęcia od nas, są bardzo silne. Często silniejsze niż w stosunku do rzadziej widywanych krewnych. 




Podobno proces żałoby zamyka się w obrębie roku. Mamy za sobą pierwsze przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia bez Pusinki, i nie było komu domagać się o wylizanie karmelowej pomady. Pierwszy Sylwester, bez obaw z powodu fajerwerków i pierwszy śnieg, bez radości, że spadł, pomimo łap oblepionych śnieżnymi kulkami. Wczoraj pierwszy raz ugotowałam zupę. Niby nic, ale dotychczas zupa była gotowana na wywarze z psiego mięska. I jeszcze wiele takich pierwszych razów „bez” przed nami. 



Obserwuję, jak zmieniają się moje uczucia i przechodzę kolejne etapy żałoby po stracie najlepszej pieseczki. Z nadzieją patrzę w przyszłość, która przyniesie ukojenie zasmuconemu sercu, potrzeba tylko czasu... 


P.S.
Już kiedy braliśmy Dingę z psiego azylu obiecaliśmy sobie, że to będzie nasz ostatni pies. Z wielu różnych, ważnych powodów, również zdrowotnych, lokalowych i finansowych nie przygarniemy już żadnej psiej biedy.                   :*** 

A teraz zamęczę Was zdjęciami. Jest ich tyle, żebym i ja mogła tu wpadać na oglądanie-wspominanie.


Taką ją znalazł nasz synek w internecie w grudniu 2003r.,
za pośrednictwem Fundacji Canis i Pani Ewy Gontarek.
Jestem tutaj. Czy weźmiesz mnie do swojej rodziny,
 wydawały się prosić te piękne oczy.
I wzięliśmy do siebie i nawet uszyliśmy (no dobrze, ja uszyłam) elegancki paltocik.



I wszyscy hołubili tego chudziaczka.
Do weta trzeba było od początku biegać:(



Kaczko, kochasz mnie? Bo ja ciebie bardzo :)

Pies kanapowy z ulubionym księżycem.

Zdarzało się czasem  spanko na posłanku :0
A jednak co łóżko, to łóżko !


Kiedyś miała też wszystkie ząbki !
Kiedy wszystkie ząbki usunięto, karmili mnie papkami
i wszystko wokół było uświnione. To przez ten niesforny jęzorek.



Leżenie na plecach to ulubiona pozycja nie tylko Welsh Corgi, ale też polish corgi ;)
Co masz dla mnie?



Wspólne szydełkowanie :)

Beze mnie nigdzie nie pojedziecie!

Na wczasach w Wildze.



Na wczasach w Wildze :)
Dama z Łasiczką ?



Moja "50"tka sześć lat temu :)
8 marca 2011r. moje imieniny z nieodłączną Dingusią.



Małe dziewczynki lubią różowy

Na górze róże, na dole fiołki...

Luty 2011, królowa może być tylko jedna !

Na stare lata robi się dziwne rzeczy  ;/ (05.05.2016r.)

.
Pusieńku, Tunieczko, Myszaczku, Laliku, Dinguniu
byłaś najlepszym psem w moim życiu, dlatego tęsknię i płaczę po tobie :*
I nie tylko ja...



Zapraszam też do lektury:
.Odeszła najlepsza suczka
.Radość z pomyłki weterynarza
.Zwariowani właściciele psów
.Nie kupuj kota, weź psa, cz.1
.Nie kupuj kota, weź psa, cz.2

niedziela, 20 listopada 2016

Odeszła najlepsza suczka



W piątek wieczorem 18 listopada 2016 roku odeszła nasza najlepsza suczka Dinga.





Adoptowaliśmy ją z psiego azylu w styczniu 2004 roku. Wydaje mi się, że te wspólne lata przeminęły bardzo szybko. Dobrze pamiętam naszą pierwszą wspólną noc, a już za nami ta ostatnia. 


Od czasu diagnozy choroby nowotworowej minęły dwa lata i trzy miesiące. Wtedy onkolog dr. Jagielski przewidywał maksymalnie pięć miesięcy życia. Jednak, na szczęście, bardzo się pomylił, bo to była bardzo dzielna suczka z wielką wolą życia. Pomimo tego, że w ogóle była pieskiem dość chorowitym mężnie stawiała czoła różnym dolegliwościom. Od trzech i pół roku, kiedy trzeba było usunąć wszystkie ząbki, z pyszczka zwieszał się języczek i wyglądała jeszcze bardziej rozczulająco. 

W ostatnich miesiącach wymagała szczególnie troskliwej opieki, ale była tak miłym i wdzięcznym psem, że nie było to dla nas trudnym obowiązkiem, ale skromnym rewanżem za  jej dobro, mądrość, piękność, a przede wszystkim miłość, którą nam okazywała. Żeby nie porzucając pracy zawodowej sprostać opiece nad nią, od trzech miesięcy wstawałam codziennie o czwartej rano. Podawanie leków, karmienie półpłynnym jedzeniem, pielęgnacja, nie mogły odbywać się w pośpiechu, trzeba było na to czasu. Nasz pokój dzienny zamienił się w zakład opiekuńczo leczniczy z całodobowym dyżurem. W dzień, podczas naszej obecności w pracy, odwiedzała ją „opiekunka zastępcza”, czyli dziewczyna naszego syna, studiująca nieopodal. To ona podawał jej środkowy posiłek. Ja wykorzystałam też resztę urlopu i zwolnienie lekarskie. Niestety pomimo naszej opieki i wysiłków weta stan jej zdrowia ostatnio bardzo się pogorszył. Nowotwór okazał się potworem, a możliwości ratowania jej się wyczerpały.

I w końcu nadszedł czas, kiedy byłam zmuszona podjąć tę najtrudniejszą decyzję o podaniu jej śmiertelnego zastrzyku. Wet nazywa to eutanazją, ale byłoby to eutanazją, jeśli to ona powiedziałaby mi, że już dłużej nie ma siły żyć. Niestety nie umiała mi tego powiedzieć, a więc ja musiałam zdecydować za nią.

W ten ostatni piątek powiedziałam jej, że wieczorem rozstaniemy się na zawsze i że umrze bez bólu po podaniu do żyły zastrzyku  z przedawkowaną narkozą. Wcześniej dostanie zastrzyk domięśniowy z lekką narkozą, po to, aby nie miała świadomości, że umiera. Ustaliliśmy też z naszym weterynarzem, że na dwie godziny wcześniej ostatni raz ją zbada i poda zastrzyk przeciwwymiotny. To dlatego, że pierwszy zastrzyk w procesie usypiania zwierzęcia, zwany premedykacją, często wywołuje torsje, a tego bardzo chcieliśmy uniknąć, aby nie przysparzać suńce dodatkowych cierpień tuż przed śmiercią. To był dobry pomysł.


Kiedy potem wieczorem przyszedł do nas wet nie podniosła się już ze swojego posłania na jego widok. Była bardzo spokojna, ale też bardzo zmęczona chorobą. Po podaniu śmiertelnego zastrzyku zasnęła szybko, spokojnie, cichutko. Wyglądała jakby spała. Odeszła nasza ukochana malutka najlepsza suczka Dingusia, Pusia, Tunia, Słoneczko, Laliczek, nasz Słodzik...

Pusieńkę pochowaliśmy na psim cmentarzu „Psi Los” w Koniku Nowym pod Warszawą. Do wspólnego grobu przyjęły ją dwa pieski mojej teściowej. To najweselszy cmentarz, jaki w życiu widziałam. Pełen kolorowych wiatraczków kręcących się na wietrze, zdjęć psów i kotów, pełen wzruszających słów wyrytych w kamieniach o tych najwierniejszych z wiernych, naszych czworonożnych przyjaciołach.



Nasz przedostatni dzień


I najsmutniejszy ostatni poranek.





Ostatnie zdjęcie w piątkowym słońcu.
Właśnie to było najsmutniejsze w ten dzień, że tyle rzeczy
zrobiłyśmy dla siebie ostatni raz :***


Dingusiowe miejsce ostatniego spoczynku.


Na psim cmentarzu w Koniku Nowym.


A tak było jeszcze rok temu. Właśnie taką ją zapamiętamy,
piękną, grzeczną, miłą, bardzo dzielną,
najlepszą suczkę  na świecie.


sobota, 10 września 2016

Też moje święto :)


Dziś miałam trzecią w ciągu ostatnich sześciu miesięcy wolną od dodatkowej pracy sobotę. Bo dziś było Święto 23 Bazy Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, połączone ze świętowaniem zakończenia pewnego niezwykłego programu, w którym miałam szczęście uczestniczyć. Program pod nazwą „Kosynierzy Warszawscy” stworzony przez Fundację Historyczną Lotnictwa Polskiego, polegał na namalowaniu na statecznikach współczesnych, myśliwskich samolotów MIG-29 podobizn wspaniałych pilotów słynnego polskiego dywizjonu myśliwskiego 303 „Warszawskiego”, który brał udział m.in w Bitwie o Anglię, w czasie II wojny światowej. Spadkobiercami tradycji lotniczych tego najsłynniejszego polskiego dywizjony lotniczego są piloci 23 BLT. Oficjalne przekazanie spuścizny dywizjony 303 przez tamto pokolenie w ręce żyjących w wolnej Polsce pilotów wojskowych z 23 Bazy Lotnictwa Taktycznego nastąpiło 17 maja 1996 roku, wraz z odsłonięciem pamiątkowej tablicy przez gen. Witolda Urbanowicz, najbardziej wsławionego w bojach dowódcy dywizjonu 303. 

A mnie przypadł w udziale zaszczyt pomagania przy namalowaniu na MIGu-29 o numerze 59 portretu majora pilota Zdzisława Henneberga. O moim niezwykłym genealogicznym bonusie pisałam w notce Wierzę w przeznaczenie. To dzięki Jance Rybównie, która wyszła za mąż za Stanisława Henneberga, to nazwisko pojawiło się w moim drzewie genealogicznym. 

Wciąż doskonale pamiętam tamten niesamowity, wrześniowy dzień sprzed czterech lat, kiedy wdrapałam się na MIGa-29 i cierpliwie wyklejałam szablon do portretu asa lotnictwa „Dzidka” Henneberga, jednego z dowódców dywizjonu 303. Opisanie tego niezapomnianego wydarzenia na blogu wciąż czeka w kolejce. I koniecznie muszę to zrobić.

A dziś razem z mężem, który mi wtedy towarzyszył i dokumentował fotograficznie każdy etap prac, dostaliśmy pamiątkowe dyplomy uznania i podziękowanie za udział w projekcie „Kosynierzy Warszawscy”, podpisane przez Dowódcę 23 Bazy Lotnictwa Taktycznego płk. Macieja Trelkę i Prezesa Fundacji Historycznej Lotnictwa Polskiego Roberta Gretzyngiera. 

Pamiątką po tym programie, oczywiście poza podobiznami słynnych pilotów na współcześnie latających myśliwcach, jest wydany kalendarz na rok 2017 ozdobiony zdjęciami samolotów „Kosynierzy Warszawscy”.

I już się kończy ten miły, lotniczy dzień. Były spotkania ze znajomymi, piękne pokazy lotnicze, kiełbasa z musztardą i gofry ze śmietaną, no i oczywiście przecudna, wciąż letnia pogoda. Takie moje wcale nie małe święto :) 

Pamiątkowe zdjęcie z mężem i z naszymi dyplomami :)


Dyplomy były w eleganckiej oprawie.


Piękna pamiątka. Jestem dumna :)

.
Obelisk na terenie 23 Bazy Lotnictwa Taktycznego
w Mińsku Mazowieckim




Okładka kalendarza


"Mój" Henneberg zdobi kartę z majem.


I wylądował....


A teraz kilka pamiątkowych zdjęć z września 2012 roku, kiedy wizerunek mjr. pilota Zdzisława Henneberga umieszczony został przez Roberta Gretzyngiera i Wojtka Matusiaka, z moją niewielką pomocą, na MIG-29 o numerze 59.









niedziela, 31 lipca 2016

Nie zapomnij o nas.


 „Tyle żyjemy, ile żyje pamięć o nas.” Jan Karski



Kilka dni temu przekonałam się, że prawie trzydziestoletni mężczyzna, który kilka lat temu zamieszkał w Warszawie, pracuje tutaj i wynajmuje mieszkanie, nie wie, co wydarzyło się w stolicy Polski 1 sierpnia 1944 roku. Przekonałam się na własne uszy i oczy. I trudno było mi w to uwierzyć.

Bardzo Was proszę opowiedzcie o Powstaniu Warszawskim swoim dzieciom, nauczcie je jakiejś powstańczej piosenki. Porozmawiajcie o Powstańcach i o ówczesnych mieszkańcach Warszawy ze znajomymi, z rodziną, z przyjaciółmi, współpracownikami, albo z sąsiadami. Jeśli możecie wywieście biało-czerwoną flagę, a wieczorem w oknie zapalcie świecę. Niech Oni znajdą też miejsce w Waszej modlitwie, albo w wieczornej zadumie. 

Bardzo Was proszę, nie zapomnijcie o Nich. Nigdy...


Tytuł tego wpisu „Nie zapomnij o nas” pożyczyłam od twórców pięknej akcji-zbiórki publicznej na rzecz budowy i renowacji miejsc pamięci oraz mogił powstańczych 1944 roku.



I znowu przypomnę Wam moich najbliższych, tych, którzy wzięli udział w Powstaniu Warszawskim. A właściwie powinno być tych zdjęć więcej, bo przecież byli tu w tym czasie również inni członkowie mojej rodziny, a los ludności cywilnej w Warszawie był może jeszcze bardziej tragiczny, niż tych, którzy walczyli w powstaniu.


Moi dziadkowie ojczyści: Hanka Sokołowska,
 sanitariusza w Zgrupowaniu Chrobry II, śmiertelnie ranna w brzuch
przy Dworcu Pocztowym 11 sierpnia 1944r.
Zmarła w nocy w szpitalu Powstańczym na ul. Śliskiej 51.
Zygmunt Sokołowski, zginął w okolicy Alej Jerozolimskich 123.
Pochowany na chodniku pod tym adresem.

Kpt. Mieczysław Sokolowski "Dakowski", brat dziadka Zygmunta.
Z-ca dowódcy Grupy Bema AK, odtworzonego w strukturach AK przedwojennego 1 DAK im. Bema.
1 sierpnia dowodził w gruncie rzeczy samobójczym atakiem
na niemieckie koszary przy ul. Podchorążych. Przeżył powstanie i wojnę.
Skazany na śmierć za działalność w WiN, rozstrzelany w wojskowo-ubeckiej katowni
(GZIW)na rogu ul. Chałbińskiego i ul. Oczki,  30 listopada 1946r.

Krysia Żółcińska - Łączniczka, pseudonim „Grażyna”.
W Powstaniu przy Komendzie Głównej AK – pułk „Baszta” – batalion „Karpaty” – kompania K -4 (łączność). Walczyła na Mokotowie, potem przejście kanałami na Śródmieście Południowe. Z Powstania wyszła z ludnością cywilną.

Włodzimierz Karlińskibrat wujeczny mojej babci Hanki. W Powstaniu Warszawskim był łącznikiem, pseudonim „Zbych”. Był harcerzem. Przydzielony do Grupy Północ  A.K.– zgrupowanie „Róg” – batalion „Gustaw” – kompania harcerska. Walczył na Starym Mieście. Poległ 13 sierpnia 1944 roku na ul. Kilińskiego w wyniku eksplozji zdobycznego niemieckiego „ciężkiego nosiciela ładunków”, przez ludność Warszawy zwanego czołgiem pułapką. Miał 15 lat. 



Janina Karlińska, bliźniacza siostra Włodka, zwana w rodzinie Ninką.  W Powstaniu była strzelcem, pseudonim „Kuna”. Oddział A.K. - I Obwód „Radwan”(Śródmieście) –WSSpoł. (Wojskowa Służba Społeczna). Walczyła w Śródmieściu. Wyszła z Powstania z ludnością cywilną. 

Prawie 200 tysięcy zabitych, tych, którym przyszło wtedy tu żyć i walczyć dziś cichutko prosi: nie zapomnij o nas... 


Mur Pamięci, Muzeum Powstania Warszawskiego 30.07.2016.