środa, 1 sierpnia 2018

Pamięć o tamtym pierwszym dniu sierpnia





Niezależnie od tego gdzie jestem i jak bardzo pochłaniają mnie wir codzienności, każdego 1 sierpnia moje myśli są przy Tych, którzy byli w Warszawie wtedy w 1944 roku. Myśli biegną do Tych, którzy wtedy tu zginęli: moich Dziadków Hanny i Zygmunta Sokołowskich, do Włodka Karlińskiego i do bez mała dwóch setek tysięcy innych ludzi dzielących ten okrutny los z moimi krewnymi. Myślę też o Tych, którym udało się przeżyć to piekło. Piekło Powstania Warszawskiego zgotowane warszawiakom przez Niemców zasługuje na wieczną pamięć i powinno być przestrogą, o której nie wolno zapomnieć.

Znów słuchałam wspomnień Tych, którzy wtedy walczyli, będąc nieomal dziećmi, i znów mówili o tym przemożnym, dominującym wówczas uczuciu, czy pragnieniu, wręcz przymusie jawnego, zbiorowego, zbrojnego przeciwstawienia się niemieckim najeźdźcom. Tak mnie wychowano, że i ja to doskonale rozumiem. Pamiętam, rozumiem, podziwiam i nie oceniam.


Żoliborz - pod pomnikiem Zgrupowania Żywiciel




Moi Dziadkowie Hanna i Zygmunt Sokołowscy
- oboje zginęli w Powstaniu Warszawskim, osierocili troje dzieci.


Moja Babcia Hanna Sokołowska -
sanitariuszka  Zgrupowania Chrobry II
pseudonim "Isia"

sobota, 5 maja 2018

Prosty rachunek..







I nie chce wyjść inaczej :(
Wstaję o 5-tej rano. A dokładnie drapię się z łóżka jak jakiś paralityk, z trudem i bólem stawiając pierwsze koślawe kroki. Podgrzewam psie jedzenie, daję je psom, kiedy zjedzą zmywam po nich. Potem robię sobie wałówkę do pracy na cały dzień, łącznie z małym obiadem. Piję kawę, łykam tabletki, czasem zagryzę kromką pieczywa. Następnie poranna toaleta, makijaż, ogarnięcie łóżka i już mogę szykować kundle na spacer. Dobrze, że już jest ciepło i nie trzeba zakładać im swetrów, tylko szelki, obroże,  smycze i obowiązkowo kagańce. Jeśli nie wyjdę z nimi o 7-mej, to się spóźniam do pracy. Z pracy wychodzę o 16-tej, potem czasem małe zakupy, w domu jestem przed 17tą. Muszę biec z psami na spacer, ten najdłuższy, spokojny, który trwa około 45 minut, Wracamy, rozbieram kundle, czyszczę łapy, albo (i) podogony. Szykuję psom jedzenie, daję tabletki, zmywam po nich. Co drugi dzień gotuję psom żarcie na dwa dni. Jestem wolna przed 19-tą. Ostatni spacer zaliczamy między dziewiątą a dziesiątą wieczorem. Dbam, aby spędzić w łóżku noc nie krótszą niż 7 godzin, bo od dziecka cierpię na bezsenność.


A przecież jeszcze trzeba się zakręcić po domu, coś sprzątnąć, ugotować, albo uszyć. Muszę też znajdować czas na psią naukę, bo to bardzo ważne. Siad, połóż się, zostań, do mnie, stój, noga, albo odejdź, abym to ja mogła wyjść pierwsza przez drzwi, a nie być wyciągana przez wrzeszczącego Titka. Chodzę na szkolenie z Titkiem do szkoły „DOGadajcie się”, a Tłiksia uczę w domu. Nie ma miesiąca, abym nie musiała z którymś futrem biec do weta. Staram się też dziergać coś, aby wymieniać na dobro :) Nie oglądam TV, trudno znaleźć czas na książkę. Nie mam też czasu na buszowanie po internecie.
Bardzo ważny jest dla mnie czas na modlitwę, na wyciszenie, na odczuwanie i wyrażanie wdzięczności.

A wdzięczna mogę być za tyle dobrych rzeczy :) Właściwe, to wszystko mam czego mi potrzeba. Mam rodzinę, bliskie osoby, które dzielą ze mną to życie. Mam te dwa kundle ze schroniska: Titka i Tłiksia, nie są co prawda idealne, ale któż jest? Za to na pewno są kochane, wdzięczne, oddane. Niedomagają na zdrowiu, nie znają dobrych manier, ale już jest o wiele lepiej. Leczymy się i uczymy się.
Mam dach nad głową i wróciłam na mój ukochany Żoliborz. Wciąż mnie to rozczula. Dziś znowu przechodziłam obok domu, w którym zaczęło się moje życie :)   Codziennie drepcę starymi ścieżkami.
Mam pracę, która pozwala mi uzyskiwać środki potrzebne do życia i do tego, aby jeszcze pomagać innym.
I wreszcie znowu mam wiosnę!
W końcu mam jeszcze na tyle zdrowia i siły, aby to wszystko ogarnąć.

Oczywiście mogłabym narzekać na to, co mnie cały czas boli, na to, co mi przeszkadza, na to, co mnie kosztuje wysiłek i na to, co mi utrudnia życie. Mogłabym utyskiwać na otaczający mnie świat, że taki, a nie inny, na ludzi, że podli, małostkowi, żądni pieniędzy, nieczuli na krzywdę. Mogłabym narzekać na mróz i na deszcz, i na spiekotę i na wichurę. No i oczywiście mogłabym się zżymać na przeciwników politycznych, w zamian za to, jak oni wyrażają się o mnie. Mogłabym, tylko po co?
Szkoda mi energii i czasu.   Zmieniam to, na co mam wpływ. Wierzę, że nawet najmniejsze dobro, powiększa sumę dobra na świecie. Wybieram bycie zadowoloną, z tego co mam, bo to czego nie mam, to czasu na zmarnowanie.



P.S.

Wczoraj dzięki Titkowi uratowaliśmy jeża. Na pomoc przyjechał ekopatrol ze Straży Miejskiej. A już krukowate czaiły się, aby go dopaść. To Titek go wywęszył. Nie wiem, czy jeż przeżyje, ale wiem, że nie zginął cierpiąc. To taka malutka kropelka dobra :)

Nad tak zwanym kanałkiem na żoliborskiej Kępie Potockiej. Idziemy tam spacerkiem 20 minut :)




Alejka platanów
 Po takim trzygodzinnym spacerowaniu psy są padnięte.









O proszę, umiemy już "siad" :)
 A to już nasze własne podwórko. Uprasza się o wychodzenie z psami poza teren :)










Pod naszym oknem :)
                                 

,                    

czwartek, 21 grudnia 2017

Jak to dobrze, że są Święta :)


I jak to dobrze, że tyle dobra z tej okazji powstaje: dobrych myśli, dobrych intencji, dobrych emocji i dobrych życzeń. I jak to dobrze, że mamy komu dobrze życzyć :) I jak to dobrze, że nie tylko od święta.

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Wam Mili Czytacze, aby radość i spokój tych świątecznych dni pozostały z Wami na długo. Niechaj mnoży się dobro w nas, bo ono zło zwycięża ! Nie tylko w Noc Pańskiego Narodzenia...

P.S.
Całego świata nie zmienię, ale cały świat tych dwóch sierściuchów zmieniłam :)

Ich świat się zawalił. Przeżyły śmierć swojego ukochanego pana ( bo pan dla psa jest najukochańszy, nawet jeśli nie jest dobry) i na pewno było to dla nich straszne. Trafiły do Schroniska na Paluchu, czyli z domowych pieleszy do betonowego boksu, do nieustającego jazgotu setek psów, do jednego spaceru dwa razy w tygodniu. Cały czas miały biegunkę. Po pięciu miesiącach zdecydowano, że trzeba ich rozdzielić, bo dwupaka nikt nie chciał adoptować.

A jednak są razem! Znowu mają pańcię, ciepły kąt, miękkie piernaty,  pełną miskę, codziennie trzy półgodzinne spacery,  leczenie i głaskanie.

A w poprzednie Święta nawet mi przez myśl nie przeszło, że znowu będę miała psa. Ot, życie ... jest piękne :)   


















piątek, 24 listopada 2017

W sprawie psów się pomyliłam.


Wybaczcie, ale znowu o tych psach muszę.


Jak sobie człowiek coś wmówi i jak się czymś zasugeruje, to żeby żabami padało i tak nie zobaczy oczywistej oczywistości. I będzie się upierał przy swoim i zaprzeczał temu, co gołym okiem widać, i naginał fakty do swojej błędnej teorii .
Tak było ze mną i z psimi bliźniakami. Co do nich to się sromotnie pomyliłam. No, żeby tak się dać ograć, tak pomylić ? Ja, psiara, niby wyjadaczka, ha, ha, ha.

W schronisku ocenili wiek Twixa na 9-10 lat, a Tito na 7-8. Już w schronisku zasugerowałam się tym, że Tito (biały) jest taki biedny, taki piszczący, skomlący i z podkulonym ogonem, a Twix (czarny) spokojny, węszy w trawie, ma swoje sprawy, nie łasi się przesadnie, tylko do psów bojowy i rzuca się na przechodzące obok. Co widzę? Twix jest opoką i przewodnikiem dla Tito.

Potem w domu obserwuję jak Tito w momentach jakiejkolwiek ekscytacji podbiega do Twixa i liże go po pyszczku. No to myślę – mały Tito nie dorósł, ciągle jest jak szczeniak i do swojego przewodnika, większego i silniejszego psa,  podbiega jak szczenię do matki. Kiedy Twix się kładzie Tito biegnie i kładzie się obok, przytula się do kumpla, wręcz do niego przywiera. Tito wszędzie pełno, chce być zauważony i głaskany, przepycha się do kolan psiej matki. A Twix leży sobie spokojnie, czeka na swoją kolej, małego pędziwiatra w drzwiach przepuszcza. Podziwiam, jak Twix to wszystko znosi ze spokojem, i myślę: taki zrównoważony pies, wie, że mądry głupiemu (za przeproszeniem) ustępuje.

Trzeba mi było przeszło dwóch miesięcy na  spostrzeżenie, że jest zupełnie na odwrót i że się bardzo pomyliłam, choć sygnały były oczywiste.
To Tito rządzi Twixem. I być może to Tito jest starszy od Twixa. Don Tito Makarroni Spagettino – ojciec chrzestny Olaboga. Histeryczny Ducze, jak mówi mój mąż, bo Tito właściwie boi się bardzo wielu rzeczy, a może nawet boi się sam siebie. To nerwus, czujny i śpiący jak wróbel na gałęzi. Cały świat jest na głowie Tito. To Tito musi wychodzić pierwszy przez drzwi i ujadać, jeszcze zanim wyjdzie na klatkę schodową. To już na szczęście przeszłość, bo udało mi się oduczyć go tego rytualnego szczekania. Wzięłam się i jego na sposób i udało się.  Tito liżąc Twixa po pysku, choć ten nie jest z tego powodu szczęśliwy, po prostu dominuje nad nim i wciąż mu o tym przypomina. Tito układając się do leżenia przytula się do Twixa i kładzie na nim głowę – kolejny przejaw dominacji i na dokładkę wygodnictwa – traktuję go jak miękką poduszkę. Na spacerach Tito rwie do przodu – on musi prowadzić naszą wycieczkę, obszczekiwać wszystko, co się rusza, bo on, Tito, musi odstraszać niebezpieczeństwa, choć sam się boi. Olaboga! Twix idzie spokojnie troszkę z tyłu albo obok mnie, nie ciągnie na smyczy – no chyba, że musi się rzucić na psa. Tito jako pierwszy określa, czy jakiś pies jest do polubienia, czy do rzucenia się – jak do polubienia, to przymilnie piszczy (jak szczeniak) i merda ogonem, jak do rzucenia się to milczy i wtedy Twix się rzuca. Jeśli Twix się rzuca to Tito mu pomaga. Tito zawsze musi być pierwszy, a jeśli akurat głaszczę Twixa, to podbiega, wciska się między nas, odtrąca Twixa, odpycha moją rękę. Tito terrorysta o niewinnych oczkach. I to te oczęta mnie tak zmyliły. O Don Tito, mały przebiegły mafioso, nabrałeś mnie.

Tito zwany Titek-Sprytek to nietuzinkowy pies. Nie tylko z powodu wyglądu, ale również z zachowania. Z nim nie sposób się nudzić. Jest przymilny, do poznanych ludzi sympatyczny, w parku ma już kilka ludzkich fanek. A ostatnio, po wieczornym spektaklu poderwał dwie aktorki z teatru Komedia. Titele-Serdele, albo Spagetka, jak ten piesek z kreskówki „Psi żywot”. Tam był Staflik i Spagetka, tylko ubarwienie miały na opak.

Twix to super pies z jedną małą wadą, bo rzuca się na niektóre psy. Poza tym jest spokojny, niekłopotliwy, nie nachalny, delikatny w kontaktach z ludźmi. Przymilny, ale nie narzuca się. Nauczył się podawać łapę. Pięknie bawi się zabawkami i to tak trochę jak kot: podrzuca do góry i skacze na nią, rzuca sobie do przodu i podbiega. Umie też się uśmiechać pokazując na chwilkę ząbki. Nasz pierwszy pies Kajtek robił tak na komendę „uśmiech”. Twix ma mięciutkie, milutkie, aksamitne futerko, tak jak nasza Dinga. Czasem zrobi jakąś minę tak jak Dinga, czasem spojrzy jak ona, ale na tym koniec podobieństw. Dinguni, Tuni, Pusi, mojego Lalika  nikt nie zastąpi.

Każdy pies jest inny, niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju. I każdy pisze w naszym życiu zupełnie inną historię....



















.