środa, 18 stycznia 2017

Jeszcze płaczę, czyli żałoba pozbawiona praw po stracie psa.







Wyobraź sobie Kogoś, kto zjawia się w twoim życiu, bo tak postanowiłaś wspólnie z mężem i ze swoim dzieckiem. Wyobraź sobie, że z niecierpliwością oczekujesz na pojawienie się w waszym domu tego Kogoś. Jesteś pełna ciekawości, jak to będzie tym razem, bo to już trzeci Ktoś w twoim życiu i podekscytowana nie możesz się doczekać tego dnia, gdy wreszcie będziecie razem.

Tymczasem szykujesz „wyprawkę”: miejsce do spania, naczynia, zabawki i inne akcesoria, kupujesz i czytasz książki o prawidłowym rozwoju, żywieniu i wychowywaniu Kogoś. Odliczasz dni i w końcu nadchodzi ten, w którym Ktoś pojawia się wśród waszej trójki. Pierwsze karmienie, pierwszy spacer, pierwsza noc. Czujnie nasłuchujesz, czy Ktoś śpi spokojnie. A on wierci się i drepce, nasłuchuje, bo wszytko jest nowe i na razie obce.

I odtąd już każdy dzień będzie zaczynać od tego, że Ktoś szczęśliwy, że wstałaś przywita cię radośnie. Zanim sama zjesz śniadanie najpierw nakarmisz swojego Ktosia i w ogóle dbanie o zaspokojenie jego potrzeb, będzie bardzo ważne. Będziesz Ktosia uczyć, żeby nie był niesforny i ciszyć się z każdej nowej, a potrzebnej umiejętności. Wręcz będziesz dumna, jeśli obcy ludzie zauważą jego mądrość i urodę. Strzyżesz, czeszesz i przytulasz. Kiedy trzeba karcisz i okazujesz swoje niezadowolenie. Z czasem będziecie rozumieć się bez słów, wystarczy gest, albo odpowiednia mina. Będziesz martwić się, jeśli Ktoś zdradza objawy choroby i biegniesz z nim do lekarza. Szukasz dobrego, takiego do którego możesz mieć zaufanie. Odczuwasz ulgę, gdy Ktoś wyzdrowieje i znów jest radosny i pełen wigoru. Ktoś towarzyszy ci we wszystkim, co robisz w czasie wolnym od pracy i dodatkowych zajęć poza domem. Oczywiście spędzacie też razem wakacje. No i przyznaj się, Ktoś stale leży obok ciebie na kanapie i śpi razem z tobą w jednym łóżku. Więc jego oczy wpatrzone w ciebie z miłością widzisz zanim zgaśnie światło i kiedy rano podniesiesz zaspane powieki. I dodaj jeszcze, że to nie są oczy twojego męża, który nadal śpi i pochrapuje. Ty musisz wstać, bo Ktoś jest głodny i na pewno chce mu się siusiu.

I tak jest przez kilkanaście lat, dzień w dzień, noc w noc. Niestety Ktoś choruje coraz częściej i coraz bardziej. Opieka i pielęgnacja kochanego chorego pochłania cię i angażuje. Martwisz się, bardzo się martwisz, płaczesz i miotasz w emocjach, ale już nic nie możesz zrobić. Nic sensownego, co odwróciłoby nieuchronny bieg rzeczy, bieg życia aż po kres. Z dosłownie rozdartym sercem podejmujesz decyzję o zakończeniu życia Kogoś, do kogo nie tylko się przywiązałaś, ale naprawdę pokochałaś. I w końcu przeżywacie wspólnie tę ostatnią trudną noc i ostatni jeszcze trudniejszy dzień, w którym wszystko jest ostatnie. Patrzysz wciąż na wskazówki zegarka, które przesuwają się nieubłaganie i wciąż przybliża się ta straszna godzina, kiedy serce twojego kochanego Ktosia przestanie bić. Walczysz sama ze sobą, aby odwołać dzisiejszą śmierć i jednak skazać Ktosia na jeszcze trochę cierpienia i bólu, bo przecież nie wiesz, czy już nie ma siły przeżywać go dłużej. A może jednak poczekać? Może jutro wydarzy się jakiś cud, może coś się poprawi?
Ostatkiem niezrozumiałego przez samą siebie racjonalizmu nie dzwonisz do lekarza, żeby nie przychodził wieczorem ze śmiercionośnym zastrzykiem. Czekasz i trwasz przy Ktosiu w jego ostatnich godzinach i minutach życia. Trzymasz się, żeby nie wzmagać niepokoju i nie podkręcać wiszącego w powietrzu strasznego napięcia. Twój Ktoś umiera cichutko, bez cierpienia, z łebkiem złożonym w Twojej dłoni. I dopiero wtedy gdy już nie oddycha głośno zaszlochasz przytulając się do jego futerka, do nieruchomego ciała...


Taka była Dinga, piękna, mądra, dzielna.
A w jej oczach widziałam wierność i psią miłość.
Piszę ten post, na pociechę tym, którzy tak jak ja przeżywają żałobę pozbawioną praw po stracie zwierzęcia towarzyszącego, psa, kota, albo innego stworzenia. Piszę dlatego, żeby nie myśleli, że są nienormalni, że wciąż płaczą i cierpią po śmierci swojego Kogoś.

Dziś mijają dwa miesiące od dnia, w którym umarła nasza Dingusia. Nie ma już z nami kochanej psinki, naszego Słodzika. I nie ma dnia, abyśmy jej nie wspominali, a ja przez te dwa miesiące może tylko kilka razy nie płakałam.

Mało jest publikacji o uczuciach osób, które doznały takiej straty. To jak się okazuje temat wstydliwy, a na pewno marginalizowany. Trafiłam jednak na dobry tekst pt. „Psychologiczna analiza przeżyć osób po stracie zwierzęcia towarzyszącego” Urszuli Bieleckiej i Beaty Miruckiej z Uniwersytetu w Białymstoku (klinij, tu jest tekst tego artykułu) .


Wiem, że mój smutek, żal i łzy po śmierci mojej suczki, to nie jest nic dziwacznego, a jedynie żałoba pozbawiona praw. Takim terminem obejmuje się również inne przypadki, gdy „otwarte przeżywanie żałoby, nie jest usankcjonowane przez współczesną kulturę zachodnią”, np. po śmierci byłego współmałżonka, czy po poronieniu wczesnej ciąży. Od właścicieli zwierząt oczekuje się, że szybko przezwyciężą żal. A tymczasem więzi nawiązywane ze swoim zwierzęciem, z uwagi na fakt, iż nieco przypominają opiekę nad dzieckiem, z którym przechodzi się kolejne etapy rozwoju, a już na pewno ma się poczucie całkowitej zależności zwierzęcia od nas, są bardzo silne. Często silniejsze niż w stosunku do rzadziej widywanych krewnych. 




Podobno proces żałoby zamyka się w obrębie roku. Mamy za sobą pierwsze przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia bez Pusinki, i nie było komu domagać się o wylizanie karmelowej pomady. Pierwszy Sylwester, bez obaw z powodu fajerwerków i pierwszy śnieg, bez radości, że spadł, pomimo łap oblepionych śnieżnymi kulkami. Wczoraj pierwszy raz ugotowałam zupę. Niby nic, ale dotychczas zupa była gotowana na wywarze z psiego mięska. I jeszcze wiele takich pierwszych razów „bez” przed nami. 



Obserwuję, jak zmieniają się moje uczucia i przechodzę kolejne etapy żałoby po stracie najlepszej pieseczki. Z nadzieją patrzę w przyszłość, która przyniesie ukojenie zasmuconemu sercu, potrzeba tylko czasu... 


P.S.
Już kiedy braliśmy Dingę z psiego azylu obiecaliśmy sobie, że to będzie nasz ostatni pies. Z wielu różnych, ważnych powodów, również zdrowotnych, lokalowych i finansowych nie przygarniemy już żadnej psiej biedy.                   :*** 

A teraz zamęczę Was zdjęciami. Jest ich tyle, żebym i ja mogła tu wpadać na oglądanie-wspominanie.


Taką ją znalazł nasz synek w internecie w grudniu 2003r.,
za pośrednictwem Fundacji Canis i Pani Ewy Gontarek.
Jestem tutaj. Czy weźmiesz mnie do swojej rodziny,
 wydawały się prosić te piękne oczy.
I wzięliśmy do siebie i nawet uszyliśmy (no dobrze, ja uszyłam) elegancki paltocik.



I wszyscy hołubili tego chudziaczka.
Do weta trzeba było od początku biegać:(



Kaczko, kochasz mnie? Bo ja ciebie bardzo :)

Pies kanapowy z ulubionym księżycem.

Zdarzało się czasem  spanko na posłanku :0
A jednak co łóżko, to łóżko !


Kiedyś miała też wszystkie ząbki !
Kiedy wszystkie ząbki usunięto, karmili mnie papkami
i wszystko wokół było uświnione. To przez ten niesforny jęzorek.



Leżenie na plecach to ulubiona pozycja nie tylko Welsh Corgi, ale też polish corgi ;)
Co masz dla mnie?



Wspólne szydełkowanie :)

Beze mnie nigdzie nie pojedziecie!

Na wczasach w Wildze.



Na wczasach w Wildze :)
Dama z Łasiczką ?



Moja "50"tka sześć lat temu :)
8 marca 2011r. moje imieniny z nieodłączną Dingusią.



Małe dziewczynki lubią różowy

Na górze róże, na dole fiołki...

Luty 2011, królowa może być tylko jedna !

Na stare lata robi się dziwne rzeczy  ;/ (05.05.2016r.)

.
Pusieńku, Tunieczko, Myszaczku, Laliku, Dinguniu
byłaś najlepszym psem w moim życiu, dlatego tęsknię i płaczę po tobie :*
I nie tylko ja...



Zapraszam też do lektury:
.Odeszła najlepsza suczka
.Radość z pomyłki weterynarza
.Zwariowani właściciele psów
.Nie kupuj kota, weź psa, cz.1
.Nie kupuj kota, weź psa, cz.2

35 komentarzy:

  1. Nie wstydzę się tego, że płaczę po wszystkich moich psach, i dlatego Twoja żałoba po Suni jest dla mnie normalna; w naszym wypadku najlepszym lekarstwem na smutek było wzięcie następnego psa, bo ogród, nie ma problemu z wyprowadzaniem, i nie dziwię Ci się, że nie jesteś w stanie przygarnąć następnego stworzenia, bo to jest naprawdę obowiązek, na lata całe; chyba wiem, dlaczego na przedostatnim zdjęciu Sunia robi "dziwne rzeczy" ... kiedy moje psy chorowały, chowały się pod najciemniejszy krzak w kącie ogrodu, czasami trudno było je znaleźć, a nie odpowiadały na wołanie, może to ból każe szukać stworzeniu takiego ustronnego miejsca, przeczucie jakieś ... sama nie wiem, jak to nazwać; wiem po sobie, że czas przynosi ukojenie, ból stępia się, a smutek łagodnieje, tego Ci życzę, Kaczko, a raczej Wam, bo darzyliście wszyscy pieska miłością wielką, i miało to stworzenie wielkie szczęście, że trafiło do Waszego domu; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję Mario za słowa zrozumienia i otuchy, bo dobrze wiedzieć, że nie wszyscy są zdziwieni, że się człowiek długo smuci. U Dingusi to wchodzenie do szafki było akurat (chyba?) związane z tym co powoduje, że pies też wchodzi w kąt i nie wie jak wyjść, czyli raczej demencja. szła wzdłuż linii szafek szukając miejsca do położenia się i jak natrafiała na tę z półkami, to się tam kładła. To był jeszcze maj 2016, więc zdrówko się wtedy poprawiało. Za to od września, kiedy się pogorszyło i kiedy bolała brzuch po jedzeniu, chodziła w kółko, i gdyby miała możliwość pójścia "przed siebie" to na pewno by się gdzieś zaszyła na odludziu :(

      Ściskam Cię Mario serdecznie i łapę Amikowi i Mimi ściskam też, kwa, kwa.

      Usuń
  2. Beatko, mojej rodzinie zajęło więcej czasu opłakiwanie naszej suni niż rok i często zamyślałam się nad jej odejściem w moich tekstach. To był dla nas bolesny czas i chociaż minęło już kilka lat, nadal wspominamy naszą Normę, chociaż już nieco inaczej. Raczej na zasadzie porwónania i radości, że była z nami i było wtedy fantastycznie, przyjaźnie i miło. I nie zdecydowaliśmy się na kolejnego członka rodziny, ale służymy innym zwierzętom. Kociemu sąsiadowi, ktorego uwielbiamy i on nas. Chyba czuje, że czasami jest nam miło, kiedy się zjawia. Przytulam, rozumiem i posyłam dobre myśli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Małgosiu, przygarniam dobre myśli, wzmacniam się zrozumieniem :*

      I ja na pewno będę wspierać potrzebujące stworzenia, tak jak dotychczas. I jak zwykle z przyjemnością głaszczę sąsiadkę suńkę goldenkę Migę. W bloku jest inaczej niż w takim miejscu jak Twoje, więc na jakieś odwiedziny raczej się nie doczekam. a szkoda.

      Odwzajemniam przytulenia i kwakanie ślę ...

      Usuń
  3. po pierwsze - jak Ty się umiesz pięknie bawić, zazdroszczę!
    W sprawie żałoby - przeszłam, przeszłam też wyśmiewanie, że płaczę po kocie. One nam czasem dają więcej radości niż ludzie, dlatego płaczemy. Ale tego egoista nie pojmie.
    Przesyłam serdecznosci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Klarko i wzajemnie Cię pozdrawiam.
      Jestem też pewna, że ludzie, którzy mają i kochają zwierzęta mają większe zrozumienie dla takich osób w sytuacji po stracie zwierzęcia. To pewnie "oczywista oczywistość" ;)

      Usuń
  4. wzruszona....
    napiszę jeszcze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pięknie opisujesz waszą przyjaźń....
      i pokazałaś ja w piękny sposób. Teraz pozostana wspomnienia i to małe miejsce w sercu, już na zawsze zajęte. :)

      Usuń
    2. To prawda, Dingunia zawsze będzie w naszych sercach :*

      Usuń
    3. Beata Bartoszewicz19 czerwca 2014 21:11

      BB Kaczko, smigam po moim blogu i w tej dacie jeden z pierwszych Twoich komentrzy..

      ... tak wiele radości zostawiłaś,
      ... a ja tylko ciepłe słowo i wesoły uśmiech zostawiam, powodzenia i pociechy w smuteczkach- A.

      Usuń
    4. Beata Bartoszewicz19 czerwca 2014 21:11

      Bardzo dziękuję za znalezienie oryginału bajki o księżycu. Czytała mi ja ma, potem sama ją czytałam. I do dziś, gdy widzę na niebie rogalik księżyca, myślę sobie - był u skąpej sąsiadki :) Wielka frajda móc to przeczytać po latach przeszło czterdziestu pięciu . Beata

      własciwie to mogę cały komentarz skopiować, więc podrzucam :)

      Usuń
    5. Ach, Alis, dziękuję i za uśmiech i za przypomnienie, ze to już trzy lata minie niebawem, kiedy zostałam blogerką :)

      Ściskam najserdeczniej, kwa, kwa...

      Usuń
  5. Beatko, nie mogę powstrzymać łez. Leży tu koło mnie moja kochana Pysia, bez której nie wyobrażam sobie życia... Dlatego wiem, jak cierpisz. Tym bardziej, że pożegnałam już wcześniej dwie psie przyjaciółki i choć jednej nie ma że mną już 7 lat, a drugiej ponad rok, nadal na ich wspomnienie ściska mi się serce i mam łzy w oczach.
    Masz rację, uczucie do zwierzątka,które jest całkowicie od Ciebie zależne, ufa i kocha bezgranicznie, to coś znacznie silniejszego i ważniejszego niż relacja z dalszym krewnym. I mocniej przeżywa się jego stratę. Kiedyś pewien weterynarz powiedział mi, że wierzy że w niebie jest miejsce dla naszych braci mniejszych. Ostatnio taką nadzieję dał nam swoimi słowami Franciszek. I ja wierzę, że spotkam kiedyś Sońcię, Herusię, a w końcu i Pysieczkę. A Ty przytulisz swoją Dingusię. Bóg jest dobry...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Vilejko za współodczuwanie, za słowa otuchy :* I ja nie wyobrażam sobie, aby Dobry Bóg najpierw dał na psa, a potem już nic by nie było. Franciszek wywołał swoimi słowami burzę wśród ortodoksyjnych katolików, ale dla większości dał umocowanie dla ukrytej nadziei na spotkanie po tamtej stronie. Wierzę w to gorąco, że spotkamy się tam wszyscy :)

      Usuń
  6. wiem co to jest żałoba i doskonale rozumiem, że ma się ją nie tylko po stracie człowieka. pies to cudowny przyjaciel, dokładnie taki jakim go opisałaś. to zrozumiałe, że czujesz pustkę w miejscach i różnych sytuacjach, w których jeszcze tak niedawno była Dingunia i tej jej cudowne, pełne miłości oczęta. była naprawdę cudowna i razem wyglądałyście świetnie :)
    rozumiem o czym mówisz z ta zupą. ja miałam podobnie. dynia specjalnie kupiona dla Niej leżała prze miesiąc w kuchni i nie mogłam się zdecydować co z nią zrobić. wyrzucić, czy ugotować danie wymyślone specjalnie dla Niej. bo ostatnio wszystko było podporządkowane i zaplanowane dla Niej i już tak miało zostać do końca naszego zycia. tylko nikt nie przypuszczał, że aż tak krótkiego....za krótkiego.
    ściskam Cię mocno z całego mojego serca. życzę Ci spokoju i ukojenia.
    buziaki :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja odściskuję najserdeczniej Polly i ukojenia Tobie w Twojej bolesnej stracie życzę :***

      Usuń
  7. ściskam mocno w psim wątku, i może nie do końca w głównym wątku dodam tylko, że masz za***iste foty, babo :) ten kierunek bardzo mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uściski przyjęte z wdzięcznością :*

      To foty z okazji mojej 50tki, która ciągle przed Tobą Justynko :))) I mam nadzieję, że też się będzie działo !!! Choć to jeszcze tyle lat, a może właśnie masz mnóstwo czasu, żeby się nastawić na świętowanie ?

      Ja już się zastanawiam co by tu z okazji 60tki ;), choć też mam kilka lat na wymyślanie scenariusza obchodów.

      Usuń
  8. Bebetko, ja specjalistką od żałoby nie jestem, bo zawsze jakoś życie bardziej przyciąga moją uwagę i gdy czytałam Twój post i tak głównie widziałam oczami wyobraźni Twoją Dingę w tych wszystkich opisywanych przez Ciebie sytuacjach. Fotki podbiły jeszcze to wrażenie, że miałyście dobre wspólne życie. Dingusia w koronie - wymiata. Bardzo dystyngowanie wygląda w tej mocno różowej kokardzie. Z łepkiem w szafie rozbroiła mnie zupełnie, bo ja bardzo lubię ekstrawaganckie istoty. Pomyślałam, że Dinga to była artystyczna dusza i zaraz potem, że "dusza" brzmi bardzo nieśmiertelnie. I znowu wyszło mi, że życie zawsze bierze górę.

    P.S.1. Piękna z Ciebie kobieta :-).
    P.S.2. Kobieta, która zbyt rzadko pisze posty :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Tesiu, na pewno przyjdzie taki dzień, kiedy będą dominować tylko dobre wspomnienia, a smutne widoki z ostatnich miesięcy się zatrą. Z każdym dniem jest ciut lepiej, choć smutek czai się tuż za rogiem i napełnia oczy łzami.

      Dingusia była psem wyjątkowym (zresztą tak jak każdy dla swojego człowieka) i z ochotą uczestniczyła w tych przebierankach na moją 50tkę. Wręcz często pojawiała się w kadrze niezapraszana :) Remanent w zdjęciach w komputerze przypomniał wiele fajnych chwil.

      Na swoją Alfę wybrała mnie, więc pewnie też jakoś nasze dusze się przyciągały;) Nasz poprzedni pies Kajetan (prawdziwa przybłęda :)) na swojego pana wybrał mojego męża i był z nami ponad 14 lat. Suczka była bardziej moja, i tak to sprawiedliwie się ułożyło. W naszym 33 letnim małżeństwie 28 było z psem, więc trudno się jest przyzwyczaić do odmiennego stanu.
      Dziękuję Tesiu za miłe słowa :) A co do rzadko pisanych postów to mam nadzieję, że koniec marca będzie czasem, który pozwoli mi powrócić do swoich przyjemności. I popatrz trzeba było całego okrągłego roku pełnego bardzo trudnych wydarzeń, aby koło zmian się domknęło...

      SMBOX10000 :)

      Usuń
    2. Kochana BB, tak będzie :-). Kawał życia spędziliście z psiakami. Z opisów (także wcześniejszych) wynika, że suczki są... przyjemniejsze i bardziej pożyteczne. Co do sesji, to po Dindze ani trochę nie widać, że się wprosiła - umiała zachować pokerową mordkę lub też chłodny dystans damy. Co innego narzuca się za to ze zdjęcia w samochodzie :-). No i nie dziwię się, że wpraszała się do łóżka, bo gdzieś przecież musiała zwiesić tę swoją imponującą kitę (aby się sierść nie poplątała). Twoja teoria koła jest bliska mojej teorii spirali. Niby wracamy w te same kluczowe miejsca, ale za każdym razem patrzymy na nie z innego już poziomu. Coś jeszcze w tym komentarzu zwróciło moją uwagę i mam nadzieję, że za jakiś czas obie się do tego uśmiechniemy (w odpowiednim czasie nie omieszkam Ci o tym pozytywnym w moim odbiorze fragmencie przypomnieć :-). Na wpisy czekam niecierpliwie.

      SMBOX1000100:*

      Usuń
    3. A to zagadka, który to fragment, poczekam to zobaczę, bo pewnie tak będzie :)

      Usuń
  9. Jakoś nie wiem, co napisać. Posyłam więc, miast słów, wiele dobrych myśli i zrozumienia dla twojego smutku bez umiaru ale pełnoprawnego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobre myśli=dobra energia, z wdzięcznością przyjmuję :*
      BB

      Usuń
  10. Wzruszający wpis - rozumiem i emocje i uczucia - sam doświadczam jak mocna może być więź z psem - zwłaszcza takim ze schroniska -i nie wiem co to będzie, gdy przyjdzie się rozstać... Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy pewnie przeżywa straty troszkę inaczej, ale trudno przypuszczać, że rozstanie z Sasetką nie będzie bolało :( Trzeba po prostu każdego dnia jak najbardziej doceniać to, że jest z Wami, głaskać i cieszyć się czasem razem spędzanym.

      Ostatnio, bodaj w najnowszym numerze "Przekroju", przeczytałam o tym, że mężczyzna jest bardzo przywiązany do: żony, swojego samochodu,czegoś tam i czegoś, a najbardziej do swojego psa ;_)

      Serdeczności posyłam,
      BB

      Usuń
  11. Beatko, jak pewnie wiesz, pożegnałam już wiele zwierzaków. Wszystkich mi bardzo, bardzo brakuje. Niezależnie ile czasu minęło.
    Dlatego zawsze zapełniam "wolny wakat" i tworzę nowe - nie żeby zagłuszyć żałobę, lecz żeby lżej ją przeżyć, ze świadomością, że oto następnemu zwierzakowi poprawiam byt. Każda kolejna więź jest inna. Jedno zwierzę nie zastąpi drugiego. Ale... jest.
    Rozważ to. Może teraz czas na kota?
    No i cudnie razem wyglądacie na tych zdjęciach :))) Zaiste piękne kobiety dwie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Psie w Swetrze, dziękuję :)

      Miałam kota w pierwszej klasie podstawówki, ale tylko przez rok. I choć wszystkie stworzenia lubię (bardzo:), ale jednak moje serce jest zdecydowanie psiarskie.

      Podziwiam Twoje wielkie zaangażowanie w ratowanie potrzebujących stworzeń, nie każdy potrafi tyle z siebie dać. I wiem, że wielu osobom taki sposób na żałobę bardzo pomaga. Ja mam inaczej. Po poprzednim psie Kajtku, było pięć lat bez psa, aż się zdecydowaliśmy na kolejnego, czyli na Dingę.

      W naszym życiu teraz mała rewolucja, bo wyprowadzamy się właśnie z dotychczasowego mieszkania (zostawiamy w nim Młodego - niech się wreszcie usamodzielni) a my przenosimy się do miejsca, gdzie będąc w naszym wieku i kondycji chorobowej wzięcie psa byłoby ... lekkomyślnością.:(. To nie jedyna przyczyna naszej decyzji, ale też bardzo istotna.

      Tak jak radziłaś kiedyś, oglądałam stronę gdzie adoptuje się świnki morskie. Ale jednak świnka to nie to samo co pies :(

      Pozdrawiam najserdeczniej,
      Beata

      Usuń
    2. Jak się będziemy przeprowadzać na gumno, Potomka muszę wziąć ze sobą. Choć bardzo byśmy chcieli zostawić to mieszkanie i np wynajmować zanim się Tofik nie usamodzielni (nie wiem, czy to nastąpi kiedykolwiek, bo cwana bestyja kuma, że najlepiej się żyje koło mamusinej lodówki i pralki) ale nie damy rady finansowo. Trudno się mówi.

      Oczywista, że wieprzek to nie to samo, co pies - ale jest żywe, ciepłe i gada z człowiekiem. Jak dla mnie wystarczy ;)))

      Usuń
    3. A więc wyprowadzka na gumno, to nie taka sobie przymiarka, ale realne plany ! :) To stworzenia staną się "wolno chodzące" :)))

      Co do usamodzielniania męskich potomków, to najpierw mieliśmy plany, że my się tak po cichu będziemy wyprowadzać, tak po jednym pudełku, żeby Syn-ek nie wpadł w przerażenie, ale jednak sprawa stanęła na ostrzu noża i wyprowadzamy się raz a dobrze:) To po to, żeby zdążyć przez 30tką, jego nie naszą, niestety ;-)

      A Tofik ma jeszcze czas na wylot z gniazda.

      Usuń
  12. Dziękuję za ten wpis. Wiele lat temu pożegnałem mojego ukochanego psa. Miał na imię Kibic. Był dużym, czarnym pudlem, z długim, sterczącym ogonem. Był ze mną od wakacji kiedy zdałem do drugiej klasy podstawówki aż do wakacji kiedy skończyłem pierwszy rok studiów. To były mój najlepszy Przyjaciel. Dzielił ze mną wszystkie
    dobre i złe. Wspaniale pływał, wchodził na drzewa, wspinał się na skałki, wciskał się za mną do jaskiń, strzegł swojego osiedlowego terytorium przed intruzami, a kiedy trzeba było stawał do walki nawet z większymi od siebie (i wygrywał). Uwielbiał być głaskany i przytulany oraz podróżować samochodem (dosłownie wskakiewał do środka). Kilka lat zajęlo mi poradzenie sobie z Jego stratą. Do tej pory od czasu do czasu kiedy jestem w rodzinnym mieście jadę do lasu, w miejsce gdzie Kibic jest pochowany (kiedy żył uwielbiał biegać po tym lesie z nosem przy ziemi, kopać jamki pod świerkami).Opowiadam Mu co u mnie. A On jak zwykle słucha z głową na moich
    kolanach.

    Gallus

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gallusie, mam takie przekonanie, że podobnie jak kiedyś w życiu trafiamy na "swoją" połowę do "ludzkiego" kochania, tak jest też z psami. Nastają w naszym życiu, kochają nas i są kochane, ale zawsze za krótko :*

      Wyobraziłam sobie Ciebie i Kibica, który jak widać kibicował Ci we wszystkim, towarzyszył w dorastaniu, był kumplem.

      To wielkie szczęście, że tacy Przyjaciele dzielą z nami życie :)

      Serdecznie Cię pozdrawiam,
      BB

      Usuń
  13. Kilkanascie lat temu umarł na raka mój ukochany psiak, Kajtuś ( umarłm a nie zdechł). Był ze mną w ciężkich , życiowych momentach, gdy mojej rodzinie wygodniej sie było po prostu ode mnje odwrócić. Kajetan był zawsze j nke narzekał na gorszą karmę lub długie godziny spędzone samotnie w domu, gdy byłam w pracy. Kochałam go bardzo, a w nim było tyle miłości, że jej ślad jest we mnie do dzisiaj. Ponad rok temu, na profilu jednej z fundacji pro-zwierzęcych, zobaczyłam urwisa podobnego do mojego Kajtusia. Mało tego, na imie kial tez kajtus i... byl z tego samego miasteczka, gdzie mieszkalam z moim Kajtusiem Pierwszym... Decyzja zapadła natychmiast. Załatwiony zagraniczny, specjalistyczny transport i Kajtuś jechał już do mnie. Od roku jest moim kochanym Kajtusiem Drugim, w ktorym czuje czastke duszy Kajtusia Pierwszego, ktorego oplakiwalam bardzo dlugo, bez ogladania sie na tzw. Normy spoleczne...

    Jesli masz ochote na poznanie mojego kochanegk Kajtusia Drugiego, to zapraszam na moj blog na fb.
    Tytuł bloga to:

    Kajetan-pies to brzmi dumnie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz pierwszy w małżeństwie pies też miał na imię Kajtuś- Kajetan :). Był z umaszczenia podobny do Twojego Kajetana, podpalany tylko sierść miał szorstką i pręgowaną na czarno. Też bardzo dużo z nami przeszedł, bo i przeprowadzkę i narodziny dziecka, no i wielki smutek, kiedy mąż miał ciężki wypadek samochodowy. Kiedy po półtora miesiąca karetka przywiozła męża do domu, a sanitariusze położyli na łóżku, Kajetan od razu go zwęszył, choć zapachy były szpitalne, wskoczył na męża i tak silnie do niego przywarł, głowę wtulił w jego szyję i cały się trząsł z miłości. To było niesamowite :***

      Twojemu Kajetanowi życzę, żeby mu choroby nie dokuczały i żeby żył z Wami szczęśliwe dłuuugie lata :)

      Pozdrawiam, BB

      Usuń