czwartek, 31 grudnia 2015

Staromodne życzenia...


W maju 1980 roku, na maturze z języka polskiego, analizowałam twórczość Mikołaja Reja i Jana Kochanowskiego. Starałam się wykazać jak współczesne, ba nieomal nowoczesne, spojrzenie na świat, życie i ludzi miał ten drugi w porównaniu z pierwszym z wymienionych.


Minęło 35 lat, a ja wciąż z przyjemnością konstatuję, że lubię czytać Jana Kochanowskiego, i że dla mnie wciąż jest aktualny. Trafny i zwięzły przekaz wprost do serca.


Jan Kochanowski

Na dom w Czarnolesie

Panie, to moja praca, a zdarzenie Twoje;
Raczyż błogosławieństwo dać do końca swoje!
Inszy niechaj pałace marmórowe mają
I szczerym złotogłowiem ściany obijają,
Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gnieździe ojczystym,
A Ty mię zdrowiem opatrz i sumieniem czystym,
Pożywieniem ućciwym, ludzką życzliwością,
Obyczajmi znośnymi, nieprzykrą starością.

Wszystkim Wam, drodzy moi Czytelnicy, ze szczerego serca życzę tego, czego sami dla siebie pragniecie. Niech przyjdzie to, czego Wam braknie, a wiecznie trwa to, co niesie szczęście. Niechaj Wam się darzy!
 
Dla siebie wybieram to, o czym marzył Jan Kochanowski :)

Do siego Anno Domini 2016.




poniedziałek, 28 grudnia 2015

Wypadek na własne życzenie.


Chyba większość wypadków, nieszczęśliwych zdarzeń, wydarza się z powodu nieuwagi właściciela nieszczęsnego ciała. Poza tym przeważnie przyczyn jest kilka. Tak też było ostatnio ze mną.

 We wtorek przed Wigilią odebrałam telefon od kogoś z rodziny, najpierw były życzenia, co oczywiste. Pożyczyłyśmy sobie nawzajem, to jest takie miłe. Potem jednak rozmowa toczyła się dalej i dotyczyła naszych wspólnych spraw, czyli sądowych zmagań w związku z Wólką Pracką. 

Kiedy szykuję święta, każda minuta jest cenna, bo u mnie czasu niewiele, za to pracy huk. Szczęśliwi emeryci często zapominają jak ma „lud pracujący”. Oni mają czas i potrzebę kontaktu z ludźmi, choćby przez telefon. Powinnam była grzecznie przeprosić, umówić się na pogadanie w tej sprawie po świętach, albo po Nowym Roku i rozmowę zakończyć. Mnie jednak brak jest takiej podstawowej asertywności, choć tyle szkoleń, kursów, książek na ten temat już zaliczyłam. Jak przychodzi co do czego, to wyłazi ze mnie ta grzeczna dziewczynka, która nikomu nie odmawia.

Akurat piekłam ciasto w prodiżu. Poczułam swąd spalenizny i … w prawej ręce telefon, a lewą, bez rękawicy, złapałam za uchwyt przy prodiżowej przykrywie. Uniosłam ją niedużo i wtedy kłąb wrzącej pary buchnął wprost na niczym nieosłoniętą dłoń. Krzyknęłam z bólu i do słuchawki powiedziałam: poparzyłam się. Wsadziłam rękę pod zimną wodę, a spalonym ciastem i prodiżem zajął się Jedynak. Rozmowa jeszcze chwilę trwała, zanim z siebie wydusiłam, że muszę kończyć, bo bardzo mnie boli.

Poparzeniu uległy cztery palce, oprócz kciuka. To dość mocne poparzenie, bo zrobiły się rozległe pęcherze. Mąż szybko przywiózł mi z apteki bardzo dobre i skuteczne lekarstwo, które nazywa się „Hydrosil”. Troszkę koi ból, który przez pierwsze godziny jest silny, ale przede wszystkim reguluje nawilżenie skóry. Z czystym sumieniem polecam. Taki żel powinien być na wszelki wypadek w każdej apteczce.

Na szczęście to lewa ręka, więc prawą mogłam jakoś upichcić świąteczne potrawy. Nawet nic im nie brakowało i to już jest jeden plus.

Po drugie miałam okazję doświadczyć pomocy i troski swoich domowników. To też jest miłe, być zaopiekowaną, wiedzieć, że masz obok siebie osoby, na które zawsze możesz liczyć, które ci współczują i chcą twego dobra.

Po trzecie zaczęłam odczuwać wdzięczność i radość z tego, że na co dzień jestem zupełnie sprawną osobą, samodzielną, samowystarczalną. To naprawdę wielkie szczęście, a zupełnie niedoceniane. Tak jakby sprawność naszego ciała była oczywistą oczywistością. Nota bene daną nam raz na zawsze. A nie jest łatwo mieć do dyspozycji tylko jedną rękę, nawet, jeśli to prawa ręka. 

Po czwarte zaczęłam doceniać współczesne czasy, w których są takie nowoczesne leki. I na dodatek stać mnie na ich zakup. Nic się nie „paprze” i powoli, ładnie się goi.

Po następne miałam bolesną, dokuczliwą nauczkę, więc jest nadzieja, że zapamiętam na dłużej. I może jednak nauczę się być bardziej asertywna.

A po kolejne, skoro dostałam „karę” od losu, to dla równowagi musi być też nagroda. O nagrodzie będzie już niebawem J



niedziela, 20 grudnia 2015

Odświętne życzenia


Znowu zbliża się Boże Narodzenie. A przecież dopiero co było poprzednie. Jak to dobrze, że jest taki dzień, taki ciepły, choć grudniowy.

Każdemu, kto tu zagląda, Znajomemu i Nieznajomemu, ale też tym, których kocham i również sobie samej, z tej okazji najgoręcej życzę wielu kochających, dobrych, mądrych, szczerych i prawych ludzi wokół, a w sercu spokoju i ukojenia. Niech ogarnie nas taka dziecięca radość i zachwyt, którego doznawaliśmy w Wigilijny Wieczór kiedy byliśmy mali, ale i ufność, że w naszym życiu wciąż wszystko jest możliwe.

Tym, którzy wierzą, że oto Dobry Bóg znowu daje nam szansę i przypomina, że  kiedyś posyłał nam tu na ziemię Swego Syna, życzę wielu Łask Bożych.

Innym Miłym Czytaczom posyłam wiele serdeczności, z nadzieją, że będą spełniać się Wasze życzenia, marzenia i plany i że będziecie szczęśliwi. 

Niechaj nam się darzy !


Ślę do Was gołąbka pokoju.

A właściwie to kaczkę pokoju :)


Kwa, kwa , kwa ...

niedziela, 13 grudnia 2015

Radość z pomyłki weterynarza.




Powiedzieć, że się bardzo cieszymy, to za mało. Codziennie głaszcząc suńkę, patrząc na nią, podając leki, wychodząc na spacer, dziękujemy za tę pomyłkę weterynarza. Mijają kolejne miesiące, a to podarowany czas. Doceniamy ten bonus od losu, jesteśmy za to wdzięczni. Pieska pozwala nam też każdego dnia uświadamiać sobie to, że warto cieszyć się każdą wspólną chwilą i tym, co się ma. 

We wrześniu ubiegłego roku lekarze weterynarii zdiagnozowali u naszej suczki Dingi raka płuc, guza wielkości 5 centymetrów. Biopsja dawała wyniki jednoznaczne. To złośliwy rak, taki sam jak ludzki. Do tego postępująca niedomykalność zastawki dwudzielnej serca i rozrost lewej komory, uniemożliwiają jakiekolwiek zabiegi chirurgiczne. Odmówiliśmy leczenia raka chemią, licząc na to, że komórki raka, które były wówczas w stanie rozpadu, nie zregenerują się i nie dadzą przerzutów. Lekarz onkolog dawał psinie pięć miesięcy życia. I dał zalecenie: życie ma być przyjemne, dotąd, dokąd się da.

Na szczęście lekarz źle ocenił jej życiowe szanse. Minęło własnie 15 miesięcy. Nasza psica jest wciąż z nami, a jej stan zdrowia nie pogarsza się. Poza tym, że szybciej się męczy, wszystko jest w porządku. Dostaje trzy różne leki na serce, psi geriawit, olej z wiesiołka i tran z rekina. Poza tym jedzonko gotowane, a potem miksowane z wodą: mięso lub ryba, warzywa i ryż. Mając paszczę pozbawioną wszystkich zębów musi się nieźle nawywijać językiem, aby taka porcję wsunąć.  Na deser tarte jabłko z tłuczonym z bananem. Tabletki przyjmuje z odrobiną drożdżowego ciasta.

To prawda, że Dinga się starzeje, a więc chód staje się sztywniejszy, więcej i mocniej śpi, gorzej słyszy i marniej widzi, ale to przecież normalne w jej wieku. Zdarza jej się ustawić przy drzwiach wyjściowych od strony zawiasów, albo pójść w przeciwną stronę. Tak starcza głupawka. Poza tym nadal ma świetny apetyt, a czasem chętkę na zabawę. Wtedy szaleje na kanapie, wywala się na plecy i robi głupie miny. Dogadzamy jej, bo życie ma być przyjemne. Wtedy i nasze życie jest przyjemniejsze. Pieska kocha nas niezmiennie, więc czy można się nie odwzajemniać? Choć Klarka twierdzi, że to za-wzięcie i za-żarcie ;-)

Niechaj tak będzie jak najdłużej! 






A tu wygłupy na kanapie, nie każdy tak potrafi :)


sobota, 5 grudnia 2015

Warszawski zmierzch.



Zmierzcha się już przed godziną szesnastą. Pięknie zachodzi słońce nad Warszawą. Choć, czy to jest Warszawa, czy raczej pokryta betonem wieś Imielin? 

Niezmiennie mnie to zadziwia, jak miasto pożera pola, łąki, sady, wchłania strumienie i stawy. Wszystko to było tu, we wsi Imielin, zanim stała się częścią Warszawy, a dokładniej warszawskiej dzielnicy Ursynów.









Wciąż trudno mi się pogodzić z ekspansją szkła i aluminium, która zmiata z powierzchni miasta stare, zabytkowe budowle. W imię nowoczesności, postępu, rozwoju?
Ten ogołocony plac to tereny po Browarze Haberbuscha i Schiele, założonego w 1846 roku. W czasie Powstania Warszawskiego zboże i cukier z magazynów browaru stały się bardzo ważnym źródłem zaopatrzenia dla powstańców w tej części miasta. Po wojnie browar znacjonalizowano i odbudowano. Ważono tu piwo jeszcze na początku XXI wieku. 

Stare musi odejść, żeby zrobić miejsce dla nowego. Zastanawiam się, czy ten nowy świat mi się podoba?




.


niedziela, 22 listopada 2015

Cudny Stragan dla Wzruszaczy.



Przepiękne, niezwykłe kartki świąteczne Edyty z bloga Strzępki i Okruchy . Są niepowtarzalne i takie ... wysmakowane. I do tego niespotykane nigdzie indziej, autorskie kubki porcelanowe.

A będą tam też i moje różne wełniaki :) Fantów na Straganie będzie bardzo dużo i oferta będzie uzupełniana. Koniecznie zajrzyjcie, jest co podziwiać i co kupować.



Będą tam też moje szarości :) Tak, tak, SZAROŚCI ...
Chociaż kociakom wełniakom zrobiłam kolorowe ubranka.



Naprawdę wielki mięciutki jamnik do przytulania.
Taki niezwykły piesek kratkę - długość bez ogona 65 centymetrów :)


Torba borba, wełniana, mieści A4




Kocie mitenki, obszerniejsze, mogą być nakładane  na rękawiczki.


Otuliś, tak miękki, jak kocie futerko, i tak szarobury :)


Do tego czapka, równie mięciutka.




Dobre na jesienne mgły...



Ta torba do nabycia tylko na Straganie dla Wzruszaczy :)

W Domu Tymianka zwierzęta naprawdę są kochane. Wiem, bo byłam i widziałam : Hura, byłam u Tymianków.

środa, 18 listopada 2015

Przekleństwo prawdy historycznej. (10)



Po raz trzeci i już ostatni (obiecuję :)) wracam do spotkania z kuzynem Zezatem, w maju 2005 roku. Podczas tego wieczoru był jeszcze jeden moment, kiedy zrobiło mi się bardzo, bardzo przykro. Wahałam się, czy o tym napisać, ale cóż, przecież to prawda już dziś historyczna.

Zezat pokazał mi wówczas drzewo genealogiczne, które własnoręcznie, na początku lat 90-tych XX wieku,  narysował dla niego Ktoś Spokrewniony ze mną bardzo blisko (odtąd będzie nazywany przez mnie „Kaes”). Umieścił na nim czworo swoich dzieci: dwoje – z pierwszego małżeństwa i dwoje z drugiego. Jest też na tej kartce papieru mój ojciec Rafał, z wpisanym rokiem śmierci 1966. Jednak gałąź tu się zamyka – mój ojciec nie ma dziecka!!! Z zapisu Kaesa wynika, że mój tata był bezdzietny, a mnie po prostu nigdy nie było. Naprawdę zapomniał o moim istnieniu, gdy rysował to piękne, rozbudowane drzewo genealogiczne naszej rodziny? A przecież mam takie zdjęcie, gdy Kaes trzyma mnie za rękę, a ja mam może około roku. Mam też zdjęcie z pogrzebu ojca, gdy niedaleko mnie stoi Kaes. No cóż, widocznie dla niego umarłam razem z Rafałem. Zastanawiam się, do czego było mu to potrzebne? Co zyskał na tym, że nigdy i w niczym nie byłam uwzględniona, ani we wspólnych odwiedzinach na cmentarzu, ani podczas rodzinnych uroczystości, ani (a może przede wszystkim) na tej kartce papieru? Nigdy nie zapomnę tamtej chwili, bo ukłuło mnie to w samo serce… 

Gdy oglądałam te zapisy Kaes nie żył od kilku lat, więc zapytać o intencje nie było można. A i on nie miał już szansy na własnoręczne dopisanie mnie do tego spisu krewnych.

Dla historycznej, a jakże!, ścisłości dodam, że w naiwnym odruchu naprawienia tej „pisarskiej omyłki”, od razu chciałam dopisać się na tym drzewie genealogicznym pod moim ojcem.
– O, co to, to nie! – zaprotestował od razu historyk Zezat.
– To jest już historyczny dokument i nie wolno w nim niczego zmieniać! 

 I tak kłamstwo historyczne żyje sobie nadal własnym życiem. Skoro tak, to odkłamię tę „prawdę” chociaż tutaj.

Zezat obiecał mi, że wszystko, co u niego zobaczyłam zeskanuje i dlatego nie robiłam jakiś szczegółowych notatek. Co prawda uprzedzał, że teraz ma mało czasu, studiuje, ale się postara. Zaciekawiona pytam, czy to studia doktoranckie, historyczne, na co on pochrząkuje i mruczy, nie udzielając więcej informacji. Jak nie chce się chwalić, to nie. 

Potem mieliśmy z mężem okazję obejrzeć inne ciekawe eksponaty prywatnego muzeum Zezata. Godna podziwu pasja kolekcjonerska ocaliła dla mnie to, co prawdopodobnie skończyłoby na śmietniku. Dzięki Ci Boże, choćby i za to. 

Wracaliśmy z mężem późnym, ciepłym wieczorem na Ursynów, zawzięcie dyskutując, o tym wszystkim, co się wówczas wydarzyło, z głowami pełnymi przeróżnych myśli, które jeszcze długo w nocy nie pozwalały zasnąć. 

Niebawem zaczęłam upominać się u Zezata o obiecane kopie dokumentów, bo były mi one bardzo potrzebne do dalszych poszukiwań. Co jakiś czas dzwoniłam, prosiłam, ale kuzyn – muzealnik ciągle wymyślał nowe powody, przez które nie mógł zadość uczynić mojej prośbie. Mijały miesiące, a w końcu lata. Błagałam, gniewałam się, a nawet go straszyłam – wszystko na próżno.  Mnie samej trudno w to uwierzyć. Czekałam przeszło SZEŚĆ lat. Przez te sześć z hakiem lat mój kuzyn, stary kawaler Zezat,  ożenił się, powołał na ten świat dwoje dzieci i … skończył wreszcie studia. Rozumiem, że miał co robić, ale czas mojego oczekiwania uważam za wymyślną torturę i dlatego nie mogę sobie podarować tej odrobiny złośliwości.

Ciąg dalszy nastąpi, bo naprawdę nastąpił.

Może i byłam niewyraźna, ale przecież byłam !
Tu na zdjęciu z tatą Rafałem. Zrobione w Parku Żeromskiego na Żoliborzu.
W tle Plac Wilsona, wówczas pod nazwą Komuny Paryskiej.Wiosna 1962r. 


Poprzednie odcinki z wcześniejszymi numerami są pod tagiem SAGA, reszta moich rodzinnych opowieści w zakładce KORZENIE.

sobota, 14 listopada 2015

Francjo, płaczę z Tobą...


Płaczę z Tobą Francjo nad Twoimi dziećmi. Cóż więcej mogę, niż podarować  Ci dziś białą i czerwoną różę z trójkolorową kokardą ?

Tymi kwiatami przytulam Cię Francjo do serca i wołam: „ nie pozwalam wam zabijać”! 


Niech nie myślą, że można zabić wolność, można zabić radość, stłumić swobodny śmiech, przerwać taniec i śpiew. Włosy dziewczyn biegnących do swoich ukochanych nadal będzie rozwiewać wiatr. Będą się całować pod rozgwieżdżonym niebem i tańczyć pijąc czerwone wino. A potem trzymając się za ręce pójdą z psem na spacer. 

Barbarzyńcy nie wiedzą, że wolności nie da się rozstrzelać, jeśli im na to nie pozwolimy. Ja nie pozwalam!



Vive La France !

14 listopada 2015 - pod Ambasadą Francji w Warszawie.





Pisałam niedawno o dzwonkach wolności:


Dzwonki wolności

środa, 11 listopada 2015

Jestem dumna


Naprawdę jestem dumna z tego, że jestem Polką i że to Polska jest moją Ojczyzną. Nasza historia jest trudna, bolesna, ale umieliśmy ponieść miłość do Polski przez dziejową zawieruchę. Czyż to nie jest piękne? I z tego też jestem dumna. 

Dziś nie musimy biec na barykady z okrzykiem „Niech żyje Polska”. Nie musimy za Nią ginąć. Wystarczy, że będziemy prawymi, uczciwymi, przyzwoitymi ludźmi. Będziemy dobrzy dla siebie nawzajem i dla stworzeń, które dzielą z nami ziemię.  Wystarczy, że będziemy Polską kochać, tak jak nasi ojcowie, dziadowie i pradziadowie. I, że będziemy wdzięczni za to, że dziś jest niepodległa.

Zanim nadszedł 11 listopada 1918 roku miliony Polaków walczyło o wolność dla Polski. Najpierw w obcych armiach trzech zaborców. Walczyło w nich prawie 3 miliony Polaków, a pół miliona poległo, zmarło lub zaginęło bez wieści. Przez to, iż nasi zaborcy stanęli przeciwko sobie, walka po każdej ze stron była krokiem do niepodległości Polski. 

Mój dziadek macierzysty Jan Rychłowski walczył o Polskę w armii rosyjskiej. To zdjęcie prezentuję po raz pierwszy. Jest to zdjęcie zrobione ze zdjęcia, więc dziadek musiał utrzymywać potem kontakty z kimś, kto posiadał oryginał tego zdjęcia. Nie umiem powiedzieć, jaki to oddział, ani wskazać daty wykonania tej fotografii. Różne przesłanki wskazują na to, że było to wojsko powstałe i walczące gdzieś w okolicach Baku. 


Mój dziadek Jasiek siedzi w samym centrum zdjęcia, w trzecim rzędzie, za tym  ważnym „generałem”, z prawej strony, widać też jego prawą dłoń. Był wówczas bardzo młodym człowiekiem, ale wiedział, że Polska jest najważniejsza. 

Mam po dziadkach kilka pamiątek związanych z Marszałkiem Józefem Piłsudskim, bo Marszałka Dziadek Jasiek i Babiśka bardzo szanowali. Ta pocztówka przedstawia Komendę POW (Polska Organizacja Wojskowa) w 1917 roku. W środku stoi Komendant Józef Piłsudski. Takie pocztówki kupowało się w międzywojniu, aby wesprzeć różne, patriotyczne inicjatywy.



I chociaż nie świeci słońce, a po niebie przewalają się deszczowe chmury, 11 listopada to jeden z najpiękniejszych dni w roku. Taki biało-czerwony...

P.S.
„Uczciwy człowiek – rzetelny w postępowaniu, szanujący cudzą własność, niezdolny do oszustwa, działający zgodnie z przyjętymi zasadami moralnymi lub prawem”. Tyle słownik. 

Pisałam też o tym wcześniej:
.Kruchy dar
.Polska wreszcie
.Trudny krok w dorosłość

poniedziałek, 9 listopada 2015

Maniery blogosfery.


Może to nie była do końca świadoma decyzja, bo i skąd miałabym mieć taką świadomość? Założyłam bloga, no i już. Technicznie pomagał Jedynak, a zawartość, to już ja sama. I tak to się zaczęło.

Dopiero mając swojego bloga zaczęłam zwiedzać blogosferę, poznawać innych piszących, przez pryzmat tego, co sami piszą. Zbierałam doświadczenia, podpatrywałam innych. Pomocną dłoń wyciągnęła do mnie Klarka Mrozek podpowiadając coś w sprawie komentarzy. Pomału nabierałam pewności, a sympatia do wielu blogujących osób i ich stron umacniała się. Ja dodałam do obserwowanych kogoś, ktoś dodał mnie. Ja zaczęłam komentować u kogoś, a ktoś u mnie. Nie zawsze oczywiście działa to na zasadzie „wymiany dóbr”. Są przecież blogi, które odwiedzam, nie odzywając się ani słówkiem. Zapewne są też tacy czytający u mnie.

Może to się wydać dziwne (komuś spoza blogosfery
J))), ale do wielu, niewidzianych przecież nigdy w rzeczywistości osób, poczułam szczerą sympatię. Zresztą, czy to takie dziwne? Skoro towarzyszymy swoim blogowym pobratymcom w codzienności, podróżach po świecie, czasem życiowych dylematach, twórczości i pieczeniu ciasta, wylęganiu się kacząt J , a nawet wczytujemy się w historię budowy domu, to czemu się dziwić? W tej internetowej przestrzeni sama przecież też zostawiam kawałek swego życia, a pewnie również odrobinę siebie.

Czasem ktoś milknie na długie tygodnie, a nawet miesiące i to powoduje, że zaczynam się martwić, czy to tylko zmiana zainteresowań, czy może stało się coś poważnego.

Ostatnio zajrzałam do takiego bloga, który właśnie zamilkł na długo. I oto zamiast znajomego obrazka pokazuję się napis: „Ten blog jest otwarty tylko dla zaproszonych czytelników. Wygląda na to, że nikt nie zaprosił Cię do czytania tego bloga…”

Zrobiło mi się jakoś głupio. Właściwie nie wiem czemu, bo przecież każdy, w każdej chwili, może przestać chcieć się ze mną bawić i zabrać swoje zabawki do swojej zamkniętej już dla mnie piaskownicy. Może chce pisać o bardziej intymnych rzeczach, nie dla każdego oka przeznaczonych. Rozumiem to. Nie wiem tylko jak powinnam się zachować, bo mam tę osobę nadal w obserwowanych blogach, a przecież obserwować go nie mogę. Osoba ta ma zresztą mnie nadal wśród obserwowanych blogów, a ja nie mam nic przeciwko temu.

Co powinno się zrobić w takiej sytuacji? Jak to jest przyjęte w blogosferze? Czy powinnam usunąć spośród obserwowanych blogów taki,  do którego czytania już nie jestem zaproszona?  

Zaległe zdjęcie z zaćmienia księżyca. Wcale nie był czerwony :(

wtorek, 3 listopada 2015

Tajemnice tekturowych teczek. (9)



Wracam do pamiętnego dla mnie spotkania z kuzynem Zezatem. Wtedy w maju 2005 roku po raz pierwszy dowiaduję się, że mój dziadek Zygmunt Sokołowski miał w sumie dziewięcioro rodzeństwa. Do tej pory wiedziałam o cioci Muszce, Izie Obuchowskiej, ciotce Marylce nauczycielce i Zosi, która była w obozie w Ravensbruck. Spośród braci dziadka pamiętałam o oficerze Kazimierzu Sokołowskim, który został po wojnie w Anglii, bo ciotki ufundowały mu tablicę pamiątkową w naszym kościele św. Stanisława Kostki. No i jeszcze wrył się w pamięć ten groźnie wyglądający Władysław Sokołowski, który był inżynierem i budował kolej żelazną na Syberii, a po wojnie uczył w technikum budowlanym, do którego chodził mój ojciec Rafał i jego brat Krzysiek. Chodziła tam też moja mama i to tam poznała braci Sokołowskich, z których młodszy został jej mężem, a moim ojcem.

Nic nie wiedziałam o Wandzie, Stanisławie i o Mieczysławie. O tym ostatnim Zezat wiele wie i jak mówi „załatwił” jego rehabilitację. Okazuje się, że kapitan Mieczysław Sokołowski po wojnie nie złożył broni i walczył w szeregach WiN (Wolność i Niezawisłość), czyli był „żołnierzem wyklętym”. Schwytali go ubecy i osądzili w 1946 roku. Został skazany  na karę śmierci, podobno za szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych. Zezat podarował mi kserokopię „Protokołu egzekucji”. To niezwykle wstrząsający dokument.



Niejako na pociechę, jeśli w ogóle można to tak nazwać, w połowie lat 90-tych XX wieku zakończył się proces rehabilitacji kpt. Mieczysława Sokołowskiego. Mój stryj Krzysztof Sokołowski doprowadził z pomocą Zezata do przywrócenia czci swemu stryjowi Mieczysławowi. Kuzyn wyjaśnia mi, że na cmentarzu Powązki Wojskowe jest miejsce, gdzie upamiętniono polskich żołnierzy wyklętych pomordowanych przez funkcjonariuszy nowego ładu. Uprzedził mnie również, że pomylili stopień wojskowy i Mieczysław Sokołowski figuruje na tej ścianie pamięci jako porucznik.

Pamiętam jak Babiśka opowiadała mi o tamtych czasach, o tym, jak ludzie czuli się sterroryzowani. O tym, że jakieś represje dotknęły też mego dziadka Jaśka. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem i nie mogłam tego pojąć, jak to było możliwe, że tak Polak przeciwko Polakowi. Babiśka opowiadała mi też o tych żołnierzach, którzy nie złożyli broni i walczyli dalej, o WiN i o NSZ, o sfingowanych procesach i o egzekucjach. Babiśka na pewno nie wiedziała o losie brata mojego ojczystego dziadka, czyli o Mieczysławie Sokołowskim. Zastanawiam się nawet, czy wiedział o tym mój ojciec, bo przecież nigdy nikomu o tym nie mówił. Moja mama prawie nic nie wiedziała o historii rodziny Sokołowskich, może z wyjątkiem tego, że Kazimierz Sokołowski był wojskowym i nie wrócił z Wielkiej Brytanii po wojnie. No i o Władysławie, bo był dyrektorem szkoły, do której uczęszczała. 

To u Zezata i od niego, po raz pierwszy usłyszałam, jak nazywali się moi pradziadkowie Stanisława i Arkadiusz Sokołowscy i że wszyscy pochodzą z Ukrainy,  kresów wschodnich, ale tych najdalszych, z obszaru I Rzeczpospolitej. Zobaczyłam też zdjęcie prababki, która zrobiła na mnie wrażenie bardzo surowej osoby. Podobnie dostojnie prezentował się również mój pradziadek Arkadiusz Sokołowski, który, jak się okazało, był lekarzem. Zezat ma jego zdjęcie w otoczeniu personelu medycznego w jakimś szpitalu. 

Ma jeszcze listy Kazimierza Sokołowskiego z frontu wojny polsko-bolszewickiej, pisane do jakiegoś wuja doktora Palmirskiego. Same nowości, bo o wuju Palmirskim też nie słyszałam, a w dodatku to nie był wuj mego ojca, lecz mego dziadka. 

Zobaczyłam jeszcze gryps pisany do mego dziadka Zygmunta uwięzionego na Pawiaku. Napisany był przez moją babcię Hankę i mówił o tym jaki to Krzysio dzielny, bo nie płakał, kiedy oblał się wrzątkiem. O moim tacie Rafale, nie było tam ani słowa. Był jeszcze drugi gryps, tym razem z Pawiaka od Zygmunta do synka Krzyśka, zwanego Kiki, z pochwałami dla dzielnego synka i ze słowami wiary, że wyrośnie z niego pożyteczny i dzielny człowiek. I wtedy przeleciało mi przez głowę pytanie: ciekawe jak oni tam z góry oceniają nasze życie i postępki?  Czy są zadowoleni, z tego że staram się poskładać  do kupy te okruchy pamięci, które po nich tu na ziemi pozostały? Czy docenią mój trud, inwencję, a czasem i desperację?  A zresztą przecież tak naprawdę robię to dla siebie i dla moich wnuków, których jeszcze nie widać nawet na dalekim horyzoncie. 

Mijały kolejne godziny, a ja miałam mętlik w głowie. Mąż przytomnie o coś tam dopytywał, a ja czasem ocierałam ukradkiem łzę wzruszenia. Zupełnie mnie wzięło, gdy Zdzisiek wyjął coś, co było dodatkowo pozawijane w osobne bibułki, które odwijał przy pomocy pęsety. To był ekshumacyjny depozyt rzeczy po Zygmuncie i Hance. To były rzeczy, z którymi mój dziadek uciekał z powstańczej Warszawy i z którymi zginął. Były tam wizytówki i ich wspólne zdjęcie z Hanką. Młoda dziewczyna ubrana w płaszcz z futrzanym kołnierzem trzyma pod rękę młodego mężczyznę w studenckiej czapce z daszkiem. Jasny kolor to znak, że studiuje na Uniwersytecie Warszawskim. Do tego śmieszne spodnie pumpy i niezbyt długa kurtka. Na nosie charakterystyczne okrągłe okulary. To niewątpliwie Zygmunt, a ta dziewczyna obok to Hanka.  

Oglądałam te małe karteczki przez lupę starając się zachować w pamięci najdrobniejsze szczegóły. Zdjęcie jest mocno zniszczone, emulsja miejscami wyżarta, aż do papieru. Zygmunt miał je pewnie w kieszeni ubrania. Jakież to dojmująco smutne. Ta ich okrutna śmierć w tak młodym wieku, osierocenie dzieci i ich tragiczne rozstanie. Jakie to zadziwiające, że dzięki tej wspólnej fotografii jakby umierali razem, Hanka i Gad, bo tak na niego mówiła. I teraz po sześćdziesięciu jeden latach od chwili ich śmierci dowiaduję się jak wyglądała moja babcia z tego skażonego śmiercią zdjęcia, które mieszka od kilkudziesięciu lat pod dachem kuzyna Zezata. 

Moja Hanka… Inaczej ją sobie wyobrażałam. Wydaje mi się, że w ogóle nie jest do mnie podobna. O rany, wszystko mi się pomieszało, przecież to ja nie jestem podobna do niej.  To ona jest moją babcią, choć jest taka młoda, ale to ja jestem starsza, bardziej doświadczona, mądrzejsza i roztropniejsza. Oj, Boże, co wyście narobili dzieciaki …

Ciąg dalszy nastąpi, bo naprawdę nastąpił.

Ponieważ wspomniałam o cioci Muszce, która wychowała mego tatę Rafała, polecam – jeśli ktoś nie czytał – wpis o niedzielnym obiadku z zamierzchłej przeszłości, czyli co może zapamiętać pięcioletnie dziecko:
.Wystarczająco ważne korzenie

Poprzednie numerowane "odcinki" Korzeni są pod tagiem SAGA.


niedziela, 25 października 2015

Bajka terapeutyczna dla niejadków.



Oto bajka terapeutyczna, a właściwie baśń :)  napisana przeze mnie dla dziecka, które nie lubi jeść i to jest poważny problem. Prawidłowe odżywianie jest bowiem podstawą zdrowia i rozwoju każdego żywego organizmu, a zwłaszcza dziecka. Poniżej bajkowego tekstu pomądrzyłam się troszkę w temacie niejadków. Być może ten problem pojawił się w waszej rodzinie. Bajka go nie zlikwiduje, a jedynie może pomóc w jego zrozumieniu i przezwyciężeniu. 
To będzie bardzo długi wpis, ale poprzednio zamieszczona bajka terapeutyczne cieszy się powodzeniem, więc może i ta się komuś przyda.

BAJKA O PTAKU – CHUDZIAKU

Działo się to całkiem niedawno i zupełnie niedaleko. W domu na skraju lasu mieszkał sobie pięcioletni Krzyś, razem z Mamą, Tatą i starszą siostrą Olą. Domownicy mieli swoje ulubione zwierzątka. Mama miała pieska, który łasił się do jej nóg, albo skakał z radości, gdy tylko pojawiała się po powrocie z pracy, tata miał rybki w akwarium, podpływające do szybki, gdy on się zbliżał, a kotek chyba najbardziej lubił Olę. Ola uczyła się grać na gitarze, więc gdy siadała na krześle przy stole ze swoim instrumentem, kotek wskakiwał na blat, usadawiał się naprzeciwko niej i łapką próbował dosięgnąć strun, tak jakby chciał grać razem z nią.  Krzyś był najmłodszy w rodzinie i żadne ze zwierząt nie chciało go słuchać i lubić go najbardziej.

Krzyś i Ola mieszkali na poddaszu domu, każde w swoim małym pokoiku. Mieli dużo różnych zabawek, ale Krzyś oprócz zabawy samochodami w wyścigi, często wyglądał przez okno w swoim pokoju. Lubił to, bo widoku nie zasłaniały mu drzewa rosnące wokół domu i mógł nieraz obserwować przelatujące wyżej lub niżej ptaki. Zastanawiał się wtedy dokąd one lecą, jakie są ich ptasie rodziny i gdzie mieszkają. Wiedział, że są też ptaki odlatujące na zimę do ciepłych krajów, które na wiosnę wracają, aby tu złożyć jajeczka i wysiedzieć młode pisklęta. Nawet razem z tatą Krzyś zrobił budkę lęgową dla ptaszków, która zwisła na drzewie w ich ogrodzie. 

Krzyś lubił patrzeć w niebo, zwłaszcza wtedy, gdy był smutny. A często bywał smutny. I nie dlatego, że nie miał zwierzątka, które byłoby tylko jego, ale dlatego, że dorośli w przedszkolu albo w domu, często się na niego złościli. Największe pretensje mieli do niego nie o to, że nie posprzątał porozrzucanych zabawek, ani nawet nie o to, że czasem kłócił się Olą, ale o to, że … nie lubił jeść. I tak było w rzeczywistości, bo Krzyś był po prostu niejadkiem.
Rysunek - Maks :)

Kiedyś, kiedy Krzyś siedział sobie sam w swoim pokoju i wyglądał przez okno, zobaczył pierwsze odlatujące, pewnie do ciepłych krajów, ptaki. Były to bociany, dzikie gęsi i kaczki, ale jeszcze nie te szaro-niebieskie sójki, bo te odlatywały jako ostatnie, na koniec jesieni. Ptaki zawsze zbierały się w większe stada, bo dla bezpieczeństwa nie latały w pojedynkę, jak samoloty pasażerskie.
odpowiedział: 
– Chyba nieodpowiednio przygotowywałem się do odlotu do ciepłych krajów. Kiedy już nauczyłem się latać i wyfrunąłem z naszego gniazda, rodzice mówili mi co powinien robić. Trzeba było cały dzień szukać pędraków, chrząszczy, a nawet myszy i żab, i zjadać je, aby mieć siłę do latania i żeby wyrabiać sobie mięśnie. Ja jednak najbardziej lubiłem oglądać kwiatki kwitnące na łące, latające motyle, a najbardziej to obserwować płynące po niebie obłoki. I wiesz, powiem ci coś jeszcze, ja po prostu nie lubię jeść. – powiedział chudy bocianek i i zamilkł speszony tym swoim szczerym wyznaniem.

– To zupełnie tak jak ja – odparł bez namysły chłopiec i poczuł , że ptak jest mu bardzo bliski. Krzyś zastanawiał się też, co powinien zrobić w takiej sytuacji i pomyślał, że musi wytłumaczyć coś swemu nowemu przyjacielowi. Najpierw zapytał jednak jak ma na imię.
– Wszyscy nazywali mnie Chudziak, a ty jak się nazywasz?
– Mam na imię Krzyś. Widzisz Chudziaku, choć obaj nie przepadamy za jedzeniem i nie jest ono dla nas tak ważne jak na przykład zabawa, to jednak musisz zrozumieć, że bez jedzenia nie będziesz mógł latać z innymi bocianami. Jeśli teraz chciałbyś to zmienić poproszę rodziców, żeby pomogli mi ciebie dożywiać. – zaproponował chłopiec. 
Bocian od razu poweselał i odparł bez namysłu:
– Naprawdę mógłbyś to zrobić? To byłoby super! I wiesz, mam jeszcze jedno marzenie. Chciałbym mieć na imię Ikarek.

Krzyś poprosił, aby ptak poczekał na niego spokojnie na dachu, a on pobiegnie do rodziców po pomoc. Zbiegł na dół po schodach i opowiedział rodzicom, że obok jego okna na dachu wylądował bocian, że jest bardzo chudy i słaby, i że nie ma siły lecieć do ciepłych krajów. Mama z tatą przez chwilę zastanawiali się jak można pomóc zwierzęciu. Można byłoby wezwać eko-patrol, który odwiózłby zwierzę do ZOO do ptaszarni, gdzie doczekałby do wiosny, ale chłopiec upierał się, żeby bociek został z nimi. W końcu rodzice zgodzili się, ale pod jednym warunkiem, że to on będzie karmił bocianka-niejadka. Krzyś oczywiście zgodził się bez wahania. Poszli razem z tatą na górę, a mama szykowała miejsce dla nowego domownika w garażu. Ptak osłabiony z głodu i wyczerpania łatwo dał się złapać i spokojnie zachowywał się w nowym miejscu zamieszkania. Mama zrobiła mu w kącie coś jakby gniazdo ze starej, niepotrzebnej już kołdry, wysłanej filią i warstwami podartych papierów, które zastępowały słomę. Krzyś postawił dla niego miskę z wodą. Potem razem z tatą i Olą sprawdzili w Internecie, czym można karmić bociany. Ptak zaczął dostawać od chłopca różnorodny pokarm. Różnego rodzaju świeże, pokrojone drobno mięsko, trochę kupionych w sklepie zoologicznym suszonych owadów, a czasem pestki z dyni i słonecznika, ale też troszeczkę owoców i warzyw, których bociany zwykle nie jedzą. Nie było to łatwe zadanie, bo niejadek nie od razu nabrał apetytu. Zaczęto więc od małych porcji, które stopniowo były zwiększane. Ikarek, bo tak nazywał go jego przyjaciel Krzyś, najchętniej jadłby same słodkie gruszki, które bardzo mu zasmakowały, ale chłopiec wiedział, że nie można żywić się tylko słodkościami. Pilnował też, aby ptak dostał i zjadł swoją porcję rano zanim wszyscy wyjdą z domu i zaraz po powrocie domowników. Kiedy była jesień, a pies i kot zamknięte w domu, Krzyś wyprowadzał bociana na spacery po ogrodzie. Gdy nastała sroga zima trzeba było do garaży wsawić grzejnik, żeby Ikarek nie marzł. Przecież o tej porze roku powinien być wraz ze swym rodzeństwem i rodzicami w Afryce. Na pewno trochę za nimi tęsknił, ale bardzo polubił już swoją nową rodzinę, a najbardziej Krzysia.

Tymczasem mijał miesiąc za miesiącem, bocian przybywał na wadze i mężniał. Problemem było tylko to, że  nie mógł trenować latania. Krzyś, chcąc dawać skrzydlatemu przyjacielowi dobry przykład, też pomału przestał grymasić przy jedzeniu. Początkowo trochę zmuszał się na siłę, i jadł, jak to mówiła babcia Krzysia „przez rozum”. Przekonał się też do jedzenia wielu nowych potraw, których kiedyś nawet nie chciał spróbować. Zrozumiał, jak naprawdę jest to ważne, żeby jeść różne, pożywne produkty, i że to z jedzenia wszystkie żywe organizmy mają siłę do robienia wszystkich ważnych rzeczy i że kiedy dobrze się odżywiają to rosną zdrowo. Bardzo cieszył się, że Ikarek w końcu zaczął jeść z apetytem, urósł i stał się zupełnie dorosłym bocianem.

Wreszcie nadeszła wiosna i na łąki za lasem przyleciały z ciepłych krajów bociany. W niedzielę tata powiedział do Krzysia, że trzeba zawieźć Ikarka na łąkę, żeby mógł żyć ze swoja naturalną, bocianią rodziną.  Chłopcu było bardzo, bardzo smutno na myśl o rozstaniu z przyjacielem, ale czego się nie robi dla tych, których kochamy? Bocian został włożony do dużego pudła z otworami, przez które do środka wpadało powietrze. To dlatego, żeby nie denerwował się w czasie jazdy.  I tak tata z Krzysiem, mamą, Olą i Ikarkiem pojechali na łąkę. Zanieśli pudło na jej skraj i otworzyli je, żeby ptak sam mógł z niego wyjść. Najpierw wychylił głowę, a potem powoli wygramolił się na trawę. Rozglądał się uważnie po dawno niewidzianej, ale znajomej okolicy. Wreszcie w oddali zobaczył przechadzające się bociany. Wtedy rozpostarł szeroko swoje duże, białe, zakończone na czarno skrzydła. Zmachał nimi kilka razy, wykonując jednocześnie kilka mocnych podskoków w górę, aż wreszcie oderwał się od powierzchni ziemi. Nogi wyprostował do tyłu, a długą szyję skierował ku przodowi. Szybko wznosił się w górę, a lot nie sprawiał mu żadnych trudności. Był silnym i pięknym ptakiem, bo Krzyś dobrze go karmił przez zimę. Ikarek  zrobił dwa okrążenia nad chłopcem, który z ziemi ze wzruszeniem przyglądał się swojemu dorodnemu wychowankowi. I wreszcie ptak odleciał do swoich bocianich braci, a rodzina Krzysia wróciła do swego domu na skraju lasu. 

Jakoś tak kilka dni później, gdy Krzyś swoim zwyczajem wyglądał przez okno w pokoju na poddaszu usłyszał, że coś potężnego wylądowało na dachu. Wychylił się i wtedy zobaczył stojącego opodal bociana. Nie był to jednak mały zabiedzony Ptak-Chudziak, ale piękny, dorodny Ikar. Skrzydlaty przyjaciel odezwał się po chwili milczenia:
– Kochany Krzysiu, mój najlepszy przyjacielu, przyleciałem, żeby ci podziękować, za to, że mnie uratowałeś i że nauczyłeś mnie jakie ważne jest dla zdrowia prawidłowe odżywianie. Chcę ci też podziękować za twoją przyjaźń. – umilkł wzruszony, bo czuł, że za chwilę może się rozpłakać.
– Kochany Ikarku – odpowiedział równie poruszony chłopiec – ja też chcę ci podziękować nie tylko za przyjaźń. Dziękuję ci również za to, jak wiele się przy tobie nauczyłem. Gdy nie mam ochoty na jedzenie i najchętniej rozgrzebałbym wszystko na talerzu i zostawił, albo grymasił, że tego nie lubię, a tamtego nie chcę, to właśnie wtedy myślę o tobie. Przypominam sobie wówczas jak tobie tłumaczyłem, że musisz jeść, aby być mężnym bocianem i od razu sam nabieram ochoty na jedzenie. Bo przecież nauczyciel, nie może być chudszy od swojego ucznia,  prawda?  
I dwaj przyjaciele roześmiali się głośno i radośnie, a ich śmiech odbijał się echem od ściany lasu, a może nawet docierał do pobliskiej łąki, na której co roku zatrzymywały się bociany, przylatujące do Polski z ciepłych krajów. 

KONIEC
Rysunek - Ada :)



Jeśli spodobała Ci się moja bajka i chcesz przeczytać ją jakiemuś niejadkowi – zapraszam. Jednak jeśli masz zamiar wykorzystać ten tekst komercyjnie, najpierw skontaktują się ze mną, bo ja jestem autorką tej bajki.


A teraz krótkie rozważania na temat niejadków. Oczywiście za problem właściwego odżywiania dzieci odpowiedzialni są jedynie dorośli, a nie dzieci, więc „wina” nie leży po stronie naszych pociech, ale po naszej, rodziców. Dzieci  różnią się między sobą poziomem tzw. apetytu, przeżywają też okresy buntu wobec propagowanych przez nas zasad żywieniowych, ale to nie zmienia faktu, że MUSIMY im zapewnić odpowiednie dla wieku pożywienie, zbilansowane co do ilości i zawartości kalorycznej, a także bogate w składniki niezbędne do prawidłowego rozwoju i urozmaicone. To my je uczymy jak bezpiecznie przechodzi się przez ulicę, ale też wpajamy pewne nawyki żywieniowe. Czy znacie to powiedzenie: JESTEŚMY TYM CO JEMY?

Dawanie dzieciom byle jakiego jedzenia, byle by coś jadły, uleganie presji dziecka, jest nie tylko rodzajem zaniedbywania, ale także błędem wychowawczym. Takie postępowanie prowadzi do zachwiania naszego autorytetu, gdyż rozmywają się granice, w ramach których dziecko powinno funkcjonować. Ustalanie granic ma na celu zapewnienie naszym pociechom jasnych i przede wszystkim bezpiecznych obszarów codziennego bytu. Dzieci, które wychowują się w świecie „bez granic” tracą poczucie bezpieczeństwa


Jeśli to one, a nie rodzice, „rządzą” w sprawie odżywiania, czyli w jednej z fundamentalnych kwestii dotyczących prawidłowego rozwoju, to ich życie wywrócone zostaje do góry nogami. Wyobraźcie sobie sytuację odwrotną: to wasze dzieci, osoby jeszcze nieświadome wielu rzeczy, mające małe doświadczenie życiowe i małą wiedze teoretyczną, zaczynają decydować, co wy powinniście jeść, w co się ubrać w zależności od panującej na dworze pogody, i to one serwują wam leki kiedy jesteście chorzy. To one wybierają wam pracę i decydują jaki powinniście wziąć kredyt. Czy czulibyście się w takim świecie bezpiecznie? 
A przecież potrzeba bezpieczeństwa, jest pierwszą i najważniejszą z potrzeb, ważniejszą od miłości czy uznania. 

Należy jednocześnie podkreślić, że stawianie granic nie może być łamaniem podmiotowości dziecka, dlatego  ich ustalanie jest dla rodziców trudnym zadaniem. Każdy ma prawo do posiadania upodobań, w tym również żywieniowych,  i do dokonywania wyborów. Nasza pociecha może ustalać z nami jakie potrawy lubi bardziej, które mniej, a które napawają ją wstrętem. Z tych ostatnich powinniśmy na pewno zrezygnować. Dziecko ma prawo uczestniczyć w wyborze menu, na zasadzie: w sobotę moglibyśmy zjeść moją ulubioną zupę pomidorową i kotlety mielone. To jednak oznacza, że np. w środę będziemy jeść rosół i potrawkę z kurczaka. Warto odwracać kolejność dań w tygodniu – najpierw te mniej lubiane, a potem te „lepsze”. Nie może być tak, że dziecko lubi tylko parówki i to one stanowią podstawę jego wyżywienia. Parówki mogą być (przeczytajcie w Internecie, z czego są produkowane) jedynie niezdrowym wyłomem od wartościowego jadłospisu. Zróbcie razem z dzieckiem prawdziwą kartę dań, aby tak jak w restauracji mogło robić zamówienia. Wyjaśnijcie, oczywiście stosownie do wieku dziecka, jakie znaczenie dla jego organizmu ma prawidłowe odżywianie, ale nigdy nie straszcie, że się rozchoruje i umrze, albo nigdy nie urośnie większe, albo wiatr je porwie. Wtedy przerzucacie odpowiedzialność z siebie na dziecko, a ono samo będzie kompletnie załamane!

Powinniśmy pytać o to, dlaczego coś dziecku nie smakuje, a coś bardzo lubi, bo nie zawsze chodzi jedynie o smak, czasem może to być „brzydki wygląd”, temperatura, albo zapach. Jeśli dziecko grymasi potraktujcie je jak dorosłego. Zapytajcie: chcesz dosolić czy może odrobinę pieprzu, a może maggi.Uważajcie, żeby nie przesadzić, bo jedzenie stanie się naprawdę niezjadliwe.   Powinniście dbać o estetykę podawania posiłków i czynienie ich atrakcyjnymi. Stosujcie różne „ozdobne” bajery, uśmiechy z ketchup’u, oczu z ogórków, wąsy ze szczypiorku itp. Jeśli wasze dziecko to lubi, włączajcie je do ich przygotowania. Możecie spróbować nadać zwykłym potrawom nowe, „ekscytujące” nazwy. A może domowe jedzenie „upodobnić” do uwielbianych przez dzieci fast food’ów: bułka, majonez, sos pomidorowy, pełnowartościowy kotlet mielony, sałata, ogórek, pomidor, ser żółty. Jeśli dziecko lubi mięso mielone, róbcie je pod różnymi postaciami, ale zawsze z mięsa najlepszego gatunku – nie kupujcie gotowych zestawów mielonego, tylko zlecajcie zmielenie wskazanego mięsa. Pamiętajcie o surówkach i warzywach na gorąco i oczywiście o  owocach.

I jeszcze jedno – działajcie na podświadomość. Nie podawajcie dziecku sporych porcji na małych talerzach. Raczej odwrotnie – na dużym talerzu, mała porcja. Zapewniajcie dziecku „sukces”: podajcie mniej niż zwykle i niech uda mu się zjeść do końca. Musicie odwrócić teraz ten utrwalony obyczaj, że dziecko zawsze zostawia jedzenie na talerzu, a walka toczy się o to, ile zostawi. Nie obrażajcie się i nie szantażujcie dziecka, za to, że nie chce zjeść, ale zawsze chwalcie, gdy zje to, co dostało do jedzenia. Mówcie o swoich pozytywnych uczuciach: starałam/em się, żeby przyrządzić to danie tak, aby ci smakowało, bardzo się cieszę, że  mi się udało, albo cieszę się, gdy masz ochotę zjeść, to co dla ciebie przygotuję,  ale nie mów: „tak się starałam, a ty znowu marudzisz”.  Uwaga: jeśli to tylko możliwe do zorganizowania, starajcie się wszyscy jeść wspólnie. Widzicie reklamy w telewizji?  Rodzina zawsze razem, czy to przy porannej kawie, czy przy niedzielnym obiedzie. Może w reklamie to tylko chwyt reklamowy, ale w życiu wspólne jedzenie spaja więzi. 

I jeszcze jedno: najprawdopodobniej wasze dziecko je posiłki również w placówkach edukacyjnych, czyli w żłobku,  przedszkolu lub w szkole. Obiad podawany jest tam około godziny 12-13-tej. Gdy odbieracie swoje dziecko o 16-17-tej, od głównego posiłku dnia upłynęło już wiele godzin. W domu około godziny 18-tej można zjeść wczesną, ale za to pożywniejszą kolację. Niech to będzie danie na gorące, coś „jednogarnkowego”, albo zupa z wkładką, albo zapiekanka. Nie można jednak najadać się przed snem, gdyż będzie to wpływać na zaburzenia snu.

No i na zakończenie kilka słów o KONSEKWECJI. Jeśli wasze dziecko jest Niejadkiem – Chudziakiem, to konsekwencja jest niezwykle ważna. Apetyt jest skutecznie zabijany przez tzw. podjadanie. Podjada się głównie słodycze, mączne przekąski, jakieś suche pieczywo, chipsy, paluszki itp. Ustalcie z dzieckiem jeden „słodki” dzień, np. słodką sobotę, lub ewentualnie jeden tylko słodki, malutki deserek (jeden czekoladowy cukierek) dziennie. Ustalcie, że robiąc po drodze zakupy spożywcze, dziecko nie może w drodze do domu zjeść suchej bułki, lub batonika. Od raz przyjętej zasady nie ma wyjątków – na tym polega konsekwencja. I nie myślcie, że jesteście okrutnymi rodzicami, bo nie daliście się złamać płaczem i błaganiem.  Ustalcie też z dalszą rodziną, czy przyjaciółmi, że prezentem z okazji spotkania niech będą owoce, świeże lub puszkowane, pięknie zapakowany słoiczek miodu lub dobrego dżemu, książeczka do czytania lub rysowania, kwiatuszek w doniczce, który dziecko będzie pielęgnować,  a nie SŁODYCZE. Nasze dzieci to nie ŚMIECI!

Jeśli chcecie wprowadzić zmiany, to róbcie to stopniowo, a nie wszystko naraz, bo wtedy będzie to rewolucja. Jeśli wasze dziecko ma już kilka lat, ustalajcie wiele rzeczy wspólnie, ale pamiętajcie o GRANICACH, oraz o swojej odpowiedzialności za prawidłowy rozwój dziecka. 

No, to się pomądrzyłam. Sama wiem, jak trudno jest zmieniać przyzwyczajenia, nawyki, i to nie tylko żywieniowe. I wiem też, że nie od razu Kraków zbudowano, ale zawsze warto próbować !   


Dałam sobie prawo do tych rozważań, bo po pierwsze wychowywałam niejadka, a po drugie jestem też podwójnym pedagogiem: Wydział Pedagogiki Uniwersytetu Warszawskiego ( 1986r) i Akademia Pedagogiki Specjalnej w Warszawie (2008r.)

Trzymam kciuki za niejadki i ich opiekunów :) 

wtorek, 20 października 2015

I wreszcie nadszedł. (8)



Wracam do korzeni i do tego dnia, który wreszcie nadszedł, do pierwszego spotkania z kuzynem Zezatem. Był maj 2005 roku. Jechałam do jego mieszkania razem z mężem, mając ze sobą paczkę wykwintnych ciastek ze starej, warszawskiej cukierni Pana Blikle, zabierając też ze sobą wiele pytań i wątpliwości. 

Piękna, przedwojenna kamienica usytuowana w dawnej dzielnicy Warszawy prezentuje się wciąż okazale. Jasna, odnowiona elewacja z rzędami okien podzielonych szprosami na trzy części i balkony z żeliwną, prostą konstrukcją, witały nas zapowiadając spotkanie z przeszłością. To charakterystyczna zabudowa z lat 20-tych  XX wieku. Spółdzielczy dom, jeden z pierwszych inteligenckich domów w okolicy, miał przed wojną 38 mieszkań, a w każdym miejsce dla służącej – wnękę w kuchni. Posługę świadczyły wówczas dziewczyny z okolicznych mazowieckich wsi. Podobno przedwojenny stróż, taki ichni Pan Popiołek, pełnił swoją służbę do połowy lat 50-tych. Mieszkańcy, w większości inteligenci, pomimo, że wielu kupiło mieszkania na kredyt, żyli na dobrej stopie. Latem wypoczywali na Helu, albo w górach, a zimą bawili się w stołecznych lokalach. Dopiero kryzys w latach 30-tych zmusił ich do wprowadzenia rygorów oszczędnościowych, a nawet wynajmu pokojów sublokatorom. W tym domu przed wojną mieszkała rodzina matki Zezata.

Przekraczamy z mężem pięknie kutą bramę i już na klatce schodowej tej kamienicy czujemy się wyjątkowo. Posadzka półpięter w czarno białe geometryczne wzory, kwiaty doniczkowe na parapetach jasnych okien i krzesełko dla „utrudzonego wspinacza”. Całość prześwietlona światłem wpadającym przez duże okna i elegancka. Bez korzystania z przygodnego siedziska udaje nam się dotrzeć do drzwi gospodarza. Dzwonię i po chwili otwiera nam Zezat. 

Tak właśnie go sobie wyobrażałam. Mojego wzrostu, czyli niski, raczej szczupły i szpakowaty. Na nosie tkwią okulary z bardzo grubego szkła – widać gołym okiem, że ma znaczną wadę wzroku, a może nawet lekkiego zeza. Pomimo tego, że dzień jest ciepły, wewnątrz panuje przyjemny chłód. Wszystkie pomieszczenia usytuowane są wzdłuż długiego, wąskiego korytarza, na którego końcu znajduje się dość duży, ale przejściowy pokój jadany. Jeszcze dalej, na samym końcu mieszkania jest nieduża kuchnia i łazienka. Okna wszystkich pomieszczeń wychodzą na podwórze. To sprawia, iż wydaje mi się, że mieszkanie zostało podzielone na pół wzdłuż osi korytarza, i to co widzimy, to tylko połowa przedwojennego mieszkania. 

Gospodarz oprowadza nas z satysfakcją po perfekcyjnie wysprzątanym mieszkaniu, gdzie każdy mebel, rzecz i ozdoba jest jak najbardziej w „stylu i na miejscu”. Wszystko tu pasuje do siebie i do właściciela, nawet głośno skrzypiąca, stara podłoga. Cudowne, zaczarowane pudełeczko, a właściwie małe muzeum. Już za chwilę kustosz odsłoni przed nami rąbek tajemnicy… 


Tymczasem zaparza herbatę, przyniesione przez nas szarlotki i serniki rozlokowuje na porcelanowym talerzu, a potem nas samych usadza wokół stołu w pokoju jadalnym.

Cisza, spokój i półmrok, bo słońce oświetla akurat przeciwległą ścianę kamienicy. To słońce prowadzi mnie do okna i każe przypatrzeć się mieszkaniom naprzeciwko.
Wtedy to Zezat, nadal z trudnym do ukrycia cieniem dumy, nie tylko z pięknego miejsca zamieszkania, ale też niezwyczajnego sąsiedztwa, rzuca mimochodem:
– O, tam właśnie na wprost mieszka Bardzo Ważny Polityk wraz z małżonką.
– Na którym piętrze? – dopytuję z ciekawością. Pada odpowiedź, ale już nie kontynuujemy tego tematu. Nawet nie przeczuwałam, że niebawem spotkam się z tym człowiekiem, a to spotkanie wywrze nieoczekiwany, bardzo pozytywny wpływ na moje życie.  Bo w moim życiu nic nie dzieje się przypadkiem ...

Wracam jednak do stołu. Ze szklanek usadowionych na spodeczkach popijamy herbatkę i jemy ciasteczka, a ja już nie mogę się doczekać tego wszystkiego, czego ciągle nie wiem – historii o mojej rodzinie. Tymczasem pasjonat wszelkiej historii opowiada jak to po śmierci Marylki (siostry mojego dziadka Zygmunta Sokołowskiego), w 1981 roku brat mego ojca zaprosił jego, Zezata,  do „likwidacji” mieszkania na ulicy Mickiewicza. To właśnie to mieszkanie, w którym zamieszkał po wojnie mój tata wraz z rodzeństwem, wychowywany przez siostry mego nieżyjącego dziadka. Po ślubie z tatą mieszkała tam też moja mama, a w końcu przez pierwsze dwa lata życia, ja sama.

Oczywiście nie znałam planów mego stryja co do tego mieszkania, gdyż nie utrzymywał ze mną kontaktów, a mieszkał poza Warszawą. Za to z moim kuzynem i jego rodzicami, a i owszem.
 Już wtedy mając 19 lat, Zezat miał bzika na punkcie historii, a w mieszkaniu ciotek mojego ojca znalazł wiele cennych, z muzealnego punktu widzenia, eksponatów. Zabrał stamtąd jedynie interesujące go „papiery”. Potem mieszkanie zostało sprzedane. Podobny los spotkał przedmioty należące do ciotki Zofii mieszkającej na ulicy Kościelnej. Przed sprzedażą jej mieszkania Zezat także ocalił cenne dokumenty. Pieczołowicie przechowuje je do dziś. A we mnie mieszają się uczucia zazdrości i wdzięczności, podsycając sięgającą zenitu ekscytację. 

Wreszcie gospodarz  przynosi tekturowe teczki i jeden po drugim pokazuje nam swoje skarby, przedmioty niegdyś należące do rodziny Sokołowskich: przedwojenne dowody osobiste rodzeństwa mojego dziadka Zygmunta, jakieś papiery wartościowe, legitymacje, zdjęcia, książeczki wojskowe, listy, świadectwa, bileciki, wizytówki, kwity i tym podobne. Trafiają się jakieś  metalowe znaczki i może jeszcze jakieś drobiazgi, ale jest tego tyle, że już mam mętlik w głowie.  

Do tego Zezat dorzuca garść informacji o ich właścicielach, ale nie jest to zbyt wiele ponad to, co wynika z treści dokumentów. I tak trudno mi wszystko spamiętać, bo prawie wszystko, to dla mnie nowość. Czasem wydaje mi się jakbym słuchała jakiejś opowieści historycznej, a nie dziejów swojej rodziny. Próbuję coś notować, ale fala wzruszenia mąci rozum i ciągle zapominam, że powinnam zapisywać. Tak naprawdę jestem oszołomiona. Oto dowiaduję się, że mój dziadek Zygmunt miał nie pięcioro, ale dziewięcioro rodzeństwa. Było ich dziesięcioro!!! To niesamowite! Po raz pierwszy słyszę jak miał na imię mój pradziadek i to, że mój pradziadek, Arkadiusz Sokołowski, był lekarzem! 

Muszę tu zrobić przerwę, ale ciąg dalszy nastąpi :)

Poprzednie „odcinki”  tej opowieści mają numery i można je znaleźć pod tagiem „SAGA”.