czwartek, 14 stycznia 2016

Kijowski karnawał 1910, czyli wieczorki kostyumowe. (J.R. cz. III)





I u nas nadszedł czas karnawałowych balów, choć może częściej są to dyskoteki niż wielkie imprezy. Niektórzy chętniej spotykają się w klubach, inni zaś balują na tak zwanych domówkach. Za czasów Janki Rybówny nazywano je wieczorkami kostyumowymi. 



„14 lutego, niedziela [1910r.].
Byłam w Kościele. Wracałam z Alą i szedł Mezer z Danielskim. Okazało się, że z kosyumowego wieczorku nic nie wyszło. Po kościele poszłam ze Stasiem i wujkiem Eugeniuszem do kupieckiego na muzykalny poranek i czas mi zszedł ogromnie wesoło. Była Anielcia Fredro, z którą obmawiałyśmy projekt kostyumowego wieczorku u nich. Po powrocie do domu zastałam Władka. Od wujka dostałam ładny bukiet z palmą i jak go niosłam, każdy się oglądał z pytającym wzrokiem. Dowiedziałam się, że przyjechali wujostwo Ż z zagranicy i przywieźli mi moje marzenia, śliczne złote serduszko w dowód pamięci od wujka, a od Cioci ładny modry soczek. Niewiem dla czego ale i Mania mi przywiozła z kontraktów miłą, japońską jedwabną chusteczkę. Jednym słowem dostałam sporo upominków. Wieczorem przyszła p. Masia, Kamcia i Oleńka, no i dzień był zakończony tańcami, wesolutki.”



Janko, miła moja, najmilsza, podążam Twoimi kijowskimi śladami. Idę obok i patrzę na Ciebie. Widzę, jak łowisz ciekawskie spojrzenia przechodniów. Lubisz skupiać na sobie czyjeś zainteresowanie. Przypominasz mi mnie samą, kiedy byłam w Twoim wieku. Ubierałam się ekstrawagancko i też sprawiało mi radość, kiedy przykuwałam czyjś wzrok. Teraz mam prawie 55 lat i przegapiłam, ten moment, w którym mężczyźni na ulicy, czy w autobusie, jeszcze na mnie spoglądali. Kiedy zdałam sobie sprawę, że już tego nie robią, zrobiło mi się smutno. No, ale to nie miało być o mnie, ale o Tobie, Janko kochana.



Szkoda, że nie wspomniałaś, do którego kościoła chodziłaś. Wiem, że wtedy w Kijowie funkcjonowały już dwa kościoły katolickie, ten pod wezwaniem Św. Aleksandra przy ulicy Kościelnej, nieomal w centrum jednaj z polskich dzielnic oraz nowo wybudowany pod wezwaniem Św. Michała. 



Bardzo mnie nurtuje, kim był Staś, a tym bardziej tajemniczy wujek Eugeniusz. Nie wydaje mi się, żeby mógł to być wujek - brat mamy, bo to by znaczyło, że również moja prababka, a Twoja ciotka, Stanisława Sokołowska, miała brata. Przecież Eugeniusz Borewicz nie pojawił mi się w żadnym z widzianych przez mnie drzew genealogicznych. Fakt, że wszystkie narysowała ta sama osoba, więc może to o niczym nie świadczy. Równie zagadkowe jest dla mnie wujostwo Ż.



No, cóż, przyznam się, że zżera mnie ciekawość, czy Anielcia Fredro to jakaś krewna TEGO Fredry. Być to może, wcale nie jest wykluczone, bo i to imię takie fredrowskie.



Ucieszyłam się przeczytawszy, że taką radość sprawiły Ci karnawałowe upominki i że złote serduszko stawiasz na równi z modrym soczkiem. Poza tym, widzę, że lubisz muzykę i tańce. Ja też kiedyś najlepiej bawiłam się tańcząc, a tańczyłam często, nawet sama ze sobą. Będąc w Twoim wieku do odtwarzania muzyki miałam gramofon, magnetofon najpierw szpulowy, potem kasetowy, do tego radio, a w telewizji też zdarzały się ciekawe koncerty. A Ty, Janko, z czego słuchałaś muzyki? Chyba w grę wchodzi tylko fonograf. A może sama grałaś na jakimś instrumencie? Nic o tym nie piszesz, a szkoda...



W Domu Kupieckim przy ulicy Chraszczatyk (Kraszczatyk), w którym byłaś na muzykalnym poranku, dziś mieści się Narodowa Filharmonia Ukrainy. Widać budynek miał świetną akustykę, skoro nadal jest taki „muzykalny”.



Jednak najbardziej ze wszystkiego uradowała mnie wzmianka, że po powrocie do domu zastałaś Władka. Jestem pewna, że to Władek Sokołowski, starszy brat mojego dziadka Zygmunta. Władek urodził się w Nosówce w 1893 roku, w 1910 roku miał 17 lat, mógł być Twoim rówieśnikiem. Pewnie, kiedy przyjeżdżał do Kijowa zawsze odwiedzał Ciebie i Twoją mamę, a swoją ciotkę Amelię. Coś mi się zdaje, że lubił Cię Janko i że chyba mu się podobałaś. Kiedy go poznałam, ja byłam małą dziewczynką, a on nie był już Władkiem, ale groźnie wyglądającym Władysławem. Na ścianie swojego malutkiego, warszawskiego mieszkania powiesił sobie wielgaśny portret „Władysław Wielki w wielkim fotelu” i już sama nie wiem, którego bardziej się bałam, tego prawdziwego, czy tego namalowanego. Dopiero w ciągu ostatniej dekady dowiedziałam się, jak ciężko go los doświadczył, ale o tym wspomnę kiedy indziej.



Tymczasem wesoło mi na duszy, że dzięki Twojemu pamiętnikowi mogę Cię poznać i polubić, Janko. To nasze spotkanie po 106 latach, to prawdziwy cud :)

Władek,
czyli Władysław Sokołowski,
wygląda na tym zdjęciu właśnie na 17-18 lat.
Może to rok 1910 ?


Dom Kupiecki w Kijowie
zdjęcie stąd: Tu

Kościół św. Aleksandra w Kijowie
zdjęcie stąd: TU


Poprzednie wpisy o Jance Rybównie są tu:
.Część I - wehikuł czasu
Część II - Kijów 1910


33 komentarze:

  1. Super-ciekawie to opisałaś. Widzę, że także lubisz "dialogować" z nie całkiem obecnymi ;-). Umiesz wnikać w ludzkie historie, co okazuje się zarówno wtedy, gdy wchodzisz w świat Janki jakby był obecnym, jak i gdy zauważasz dlaczego Władysław Wielki przestał być Władkiem.

    P.S. Mnie bardzo odpowiada brak spojrzeń w autobusie. Bo zaraz się zastanawiam, czy się gdzieś kiedyś poznaliśmy, a ja nie pamiętam, albo czy mam chwycić za lusterko i sprawdzić, czy nie mam liścia na głowie, czy też chodzi o coś jeszcze gorszego ;-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytam pamiętnik Janki znowu i znowu i wciąż z Janką gadam :) Idę sobie ulicą, a tu nagle pstryk i jestem w Kijowie. Myśli uciekają w tamtą stronę.

      P.S.

      A mnie trochę żal, że jestem taka przezroczysta ;-)

      Usuń
    2. Pamiętniki w ogóle są niezwykłą literaturą. A co dopiero autorstwa osoby, z którą jest się jakoś związaną. Tak, teleportacja bardzo ułatwia i urozmaica życie :-).

      P.S. Jeśli tak, to pora to zmienić :-).

      Usuń
    3. P.S Zmieniam. Ubieram się tak kolorowo i dziwacznie, że patrzą na mnie. Kobiety. Wczoraj mnie zaczepiła Pani w moim wieku na przystanku autobusowym i powiedziała, że jestem pięknie kolorowa, jak Peruwianka. Byłam w rogatym zestawie, tym czerwono-różowo-pomarańczowo-amarantowym.

      Usuń
    4. Właśnie tak pomyślałam, że kolorowa jesteś, to przecież nie przezroczysta... Facetów, to ja do końca nigdy nie pojmę, ale któryś w blogosferze klarował, że gdy kobieta jest w szpilach i ma makijaż, to jest właśnie to, podczas gdy inny osobnik przekonywał, że im więcej natury, tym lepiej. Myślę BB, że najlepiej nie zaprzątać sobie tym głowy :-).

      Usuń
    5. Mnie podoba się bycie w środku, ani nie zupełnie surowa, ani nie zmalowana jak tapeta. A w ogóle to najważniejsze, żeby się mężowi podobać, wciąż i wciąż :)Toż to w końcu najważniejszy facet ! A reszta to już margines.

      SMBO x 1000 :)

      Usuń
    6. Też lubię takie makijaże :-). Co do znaczenia męża, to święta racja. Jednak dodałabym, że jest jeszcze jedna osoba, której warto się podobać przede wszystkim (mam nadzieję, że wiesz o kogo chodzi, znasz bardzo, bardzo dobrze ;-):-):-). I teraz po mojemu wszystko gra :-).

      SMBOX1100:-)

      Usuń
    7. Tesiu, oczywiście, że znam i staram się jej podobać, choć to ona najlepiej wie, jak się zmieniłam ;-)

      SMBO x 1500 :)))

      Usuń
    8. Nie wiem jeszcze kiedy dostrzeżesz w pełni swoje piękno, ale to na pewno nastąpi :-).

      SMBOX1500;100-900:-)

      Usuń
    9. To się pewnie stanie wtedy, kiedy wewnętrzny krytyk pójdzie sobie precz ;-)

      SMBO x milion :)i już!

      Usuń
    10. Mnie się wydaje, że trzeba go zachęcić. Badeni pisał w tej sprawie o jakimś kopnięciu... Bardzo to szybkie i skuteczne :-).

      :*

      Usuń
    11. Masz rację Tesiu ... i Badeni też :*

      Usuń
  2. To takie piękne, wzruszające i tak żywo odmalowane :)
    Ale żeby taka podróż w czasie była możliwa, to musiałaś Beatko wykonać olbrzymią i żmudną pracę, by teraz tak swobodnie prowadzić nas przez ten dawno miniony świat i dla nas go ożywiać. Szacun!
    P.S.
    Korzystanie z samochodu ogranicza okazje do łowienia męskich spojrzeń. Chyba w ramach testu atrakcyjności ryczącej czterdziestki powinnam karnąć się kilka razy środkami MPK ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Psie w Swetrze, a praca to żadna, bo to czysta przyjemność :)

      P.S.
      Ryczące czterdziestki są bardzo atrakcyjne, więc bez obaw możesz wsiąść do autobusu :)

      Usuń
    2. Psie w Swetrze, Twoje P.S. ubawiło mnie do łez :-D.

      Usuń
  3. ciekawy sposób wymyśliłaś na przedstawienie fragmentów.
    Zaskoczyłaś mnie i oczywiście bardzo mi się spodobał Twój pomysł.

    ładny modry soczek- nie wydaje mi się, że chodzi o sok, byłoby chyba smaczny, mogło chyba chodzić o jakiś kapelusik lub inny dodatek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może sakiewka, woreczek....

      Usuń
    2. Mnie soczek też zaskoczył, może to jest dobry trop Alis, z tym woreczkiem :)

      Usuń
    3. Jak nic o "saczek" chodzi!
      http://sjp.pwn.pl/doroszewski/saczek-I;5494501.html

      Zazdroszczę....nie to niedobre słowo...fajnie że możesz tak odkrywać przeszłość, dopasowywać kolejne kawałki układanki. Super!

      Usuń
    4. Julio, genialne, to jest saczek !!! Modry saczek ! Jesteście Dziewczyny genialne. :) Tak mi też o "kontraktach" podpowiedział Wachmistrz.

      Wespół w zespół i co dwie, trzy, cztery głowy, to nie jedna :)
      Dzięki.

      Usuń
    5. Służę pomocą, jakby co :)
      Uszczknęłam trochę Twojej frajdy z rozwiązywania pamiętnikowych zagadek :)

      Usuń
    6. W ten sposób moja radość się pomnaża, bo razem z Wami tu na blogu jest taka pełniejsza :)

      Usuń
  4. Beztroska i piękno. Wspomnienia są piękne, ważne i wyjątkowe. Czekam na dalej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beztroska przewija się przez te wszystkie Jankowe dni. Niech się bawi, puki czas. Najgorsze jeszcze przed nią ...

      Uściski posyłam do Ciebie, Małgosiu :)

      Usuń
  5. Ale fajnie, że piszesz zwracając się do Janki.

    I zagadka "modrego soczku" się rozwiązała. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od pierwszego czytania pamiętnika zaczęłam z nią prowadzić dialog. Tak jakoś naturalnie mi to przyszło.

      Nawet w Internecie szukałam, z czego wyciska się sok, żeby był modry. I nie znalazłam. I słusznie.

      Usuń
  6. Jak ja uwielbiam takie rzeczy :) Jest coraz ciekawiej, chociaż za każdym razem wydaje mi się, że już lepiej być nie może ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiolu, zawsze może być lepiej :))) Ja w to wierzę, również w genealogicznych odkryciach !

      Usuń
  7. świetna jest ta Twoja opowieść. wiesz jakoś mi się nasunęło porównanie do książki "godzina pąsowej róży". podobnie jak bohaterka książki przenosisz i siebie i mnie w tamte czasy, których jestem ogromnie ciekawa. czasami myślę, że bardziej pasuję do tamtych niż do tych :) będę uradowana, jeżeli uraczysz mnie kolejnymi fragmentami pamiętnika. wskoczę razem z Tobą w suknię z gorsetem, wsiądę do zaczarowanej dorożki i odbędę podróż po starych dobrych czasach :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś zaczytywałam się w "Godzinie ...", marzyłam o takiej niesamowitej przygodzie. I też uwielbiałam tamte czasy z gorsetami :) Dzięki Tobie, Polly, dostrzegłam, że to teraz wskazówki cofają się i marzenie się spełniło :)

      Usuń
  8. aaaaaa i ciekawe jak by wyglądał w dzisiejszej odsłonie Władysław Sokołowski. myślę, że dzisiejszy 17-stolatek nie wyglądałby tak dostojnie. inne czasy, mniej poważne i nie wymagające aż takiej dyscypliny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, że dzisiejsze nastolatki mają więcej luzu ... i chyba więcej możliwości, aby siebie spełniać, wyrażać, kształtować. Czy to doceniają ?

      Usuń
  9. Właśnie skończyłam czytać "Saszeńkę" Simona Montefiore, czasy odrobinę późniejsze niż rok 1910, I wojna, rewolucja, potem czasy stalinowskie ... co prawda fikcja literacka, ale poparta faktami historycznymi; a u Ciebie bardzo ciekawe odniesienie do pamiętnika Janki, to jak wehikuł czasu, myślę, że doskonale odnalazłabyś się, przeniesiona o 100 lat wcześniej; gdyby zdarzyło mi się być kiedyś w stolicy, wypatrywałabym na ulicach Kolorowego Ptaka, to na pewno byłabyś Ty; pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń