czwartek, 27 marca 2014

Skrzydła u ramion



Jestem zauroczona. Od wielu lat pozostaję pod urokiem lotnictwa, latania, samolotów, szybowców i innych letadel, no i oczywiście małych i dużych modeli. Nie jestem pilotem i latam wtedy, kiedy ktoś chce mnie ze sobą zabrać na pokład. Sama to mogę sobie jedynie polecieć swoim małym, białym modelem Mini-Mag. To znaczy ja stoję na ziemi, a on sobie lata :)
Miałam okazję latać i tym i tamtym, ale jedno latanie pozostanie  we mnie na zawsze. Pozostanie na zawsze nie tylko w pamięci, ale i w sercu…

Foto: Lotnicza Spółka Ania i Jacek


Pewnej pięknej, wrześniowej niedzieli, która była ostatnim prawdziwie letnim dniem tamtego roku,  kapitan-pilot  Jacek Mainka zabrał mnie na lot żółtym tygrysem.  Samolot Tiger Moth  to legenda lotnictwa, samolot szkolno-treningowy, a ten konkretnie egzemplarz będący własnością  Jacka trafił do Polski w 2007 roku dzięki jego determinacji. Rok „urodzenia”  Tiger’a  to1940, a więc niejednego już nauczył latać. Do tego właśnie służyły tygrysy i w czasie II wojny światowej i przed nią i jeszcze nawet po niej. Dwupłat, dwumiejscowy, z podwójnym usterzeniem – instruktor siedzi z tyłu, a uczeń z przodu. Najważniejsze w nim jest jednak to, że jest to „kabriolet”, czyli samolot z odkrytą kabiną. Siedzisz sobie na fotelu, do którego przypinają cię tylko cztery niezbyt szerokie pasy. Pasy te schodzą się mniej więcej w miejscu twojej przepony – mają końcówki podobne do tych w samochodzie i są wsadzone do okrągłego zaczepu. Uwolnić się od nich można dosłownie jednym ruchem.
Więc siedzisz sobie  w kabinie, nad głową żółty baldachim górnego płata, a niżej po obu stronach połowy dolnego płata- wszystko połączone zastrzałami i spięte linkami.  Gondola dość ciasna, ale dzięki temu ma się wrażenie jakby się człowiek zrastał z tym samolotem. Uruchomienie silnika, jak to drzewiej bywało, następuje poprzez ręczne zakręcenie śmigłem. Zanim zostanie uruchomiony silnik pilot zawsze woła: „od śmigła”. To ostrzega mechaników i osoby znajdujące się w pobliżu samolotu, że śmigło pójdzie w ruch i że nie wolno się zbliżać. W gwarze lotniczej określenie „(ma) od śmigła” oznacza także kogoś,  kto jest zwariowany, zakręcony nie tylko na punkcie latania, ale w ogóle szalony i nie z tego świata. Ja oczywiście jak najbardziej mam od śmigła :)
Wracam jednak na lotnisko. A zatem  pilot sprawdza wszystko jak należy i już kołujemy na pas startowy. Słońce mamy na „piątej”, więc za plecami. I wreszcie obroty silnika zwiększają się. Tiger toczy się po trawiastym pasie posłusznie i tylko czasem podskakuje na jakiejś nierówności.  Dość szybko koła odrywają się od ziemi. To fantastyczny moment, kiedy człowiek czuje się, jakby zaczął ważyć mniej, jakoś tak miękko, posuwiście, bez oporu.  Jacek jeszcze dość długo leci nisko nad samym pasem i a gdy pas się kończy systematycznie pnie się w górę.

To jak się wtedy czułam trudno opisać sławami. Wiatr owiewa twarz, pęd powietrza oszałamia. Czuję jego zapach, jego gęstość, a nawet smak. Dzięki temu, że kabina samolotu  jest odkryta kontakt z powietrzem jest tak rzeczywisty, że właściwie namacalny.  Skrzydła samolotu jakby wyrastały mi wprost z ramion. Pilot pochyla samolot raz na prawe, raz na lewe skrzydło, potem zatacza kręgi w dół. Po chwili znowu pnie się w górę, zakręcając raz w jedną raz w drugą stronę. Zachodzące już słońce raz po raz zagląda mi w oczy. Chłodny pęd powietrza odbiera ciepło jego promieniom.  Czuję się jak ptak, czuję jakbym sama była tym żółtym samolotem. I tylko miarowy dźwięk silnika przypomina, że nie jestem ptakiem. Wszechogarnia mnie uczucie totalnej wolności, uwolnienia się od wszystkiego,  co pozostaje na ziemi, od tych śmiesznie małych problemików dnia codziennego, bolączek duszy i ciała, a nawet od tych tam bliskich i znajomych osób , które stoją  na dole i machają do mnie rękami.  Jestem tylko ja i ten przepiękny świat…
Foto: Lotnicza Spółka Ania&Jacek
O Boże, jak tu pięknie. Przestrzeń nieba poprzetykana promieniami słońca i podzielona przez  niewielkie, białe pasemka obłoków. A pod nami wrześniowe pola rozłożone jak prostokątne dywany, brunatne, albo ciemno zielone. Niektóre już równo zaorane i czekające na siew oziminy. Inne cieszące się jeszcze możliwością wzrostu w tych ostatnich dniach lata. Pomiędzy nimi drogi, polne, asfaltowe, jak wstążki. Przy drogach domy z czerwonymi dachami, z kominami, z których sączą się strużki białego dymu.
Foto: Lotnicza spółka Ania & Jacek


Kiedy moim oczom ukazuje się szarobura wstęga Wisły wrzeszczę z radości jak dziecko. Wydaje mi się  o wiele węższa, niż być powinna. To dlatego, że bardzo suche lato spłyciło jej wody. Och,  jak pięknie wije się  w zakolach, w swoim korycie, którego brzegi porastają drzewa i krzewy. Na jej wschodnim brzegu duże połacie piachu. Widać na nich ślady kół krążącego samochodu, którego kierowca szukał tu pewnie wrażeń jak z Dakaru.  Wisła jest pełna mielizn i małych, przybrzeżnych wysepek. Wygrzewają się na nich jeszcze plażowicze spragnieni odpoczynku. Widzę jak z entuzjazmem machają do mnie rękami.   Niedaleko stąd do Wisły wpływa mniejsza rzeczka, to na pewno Świder.  Przez chwilę śledzę na ziemi cień jaki rzuca nasz samolot. Jego zgrabna, nieduża sylwetka prześlizguje się po brzegu rzeki.
Czas zawracać. Nad lotniskiem Jacek robi „kosiaka” i wyraźnie widzę twarz mojego męża, wyciągnięte w górę ręce obserwujących nasz lot modelarzy. Jeszcze jedno okrążenie i zniżamy się do lądowania. W końcu koła dotykają ziemi, samolot wytraca prędkość, znowu podskakuje na nierównościach terenu. Jacek przez radio pyta mnie o wrażenia. Jestem tak oszołomiona, że odpowiadam chyba nie zupełnie składnie. Jedno co wiem, to że odczuwam wielką wdzięczność dla Jacek i oczywiście dla Ani, za to, że dane mi było przeżyć coś tak niesamowitego. To też wielki zaszczyt dać się unieść w powietrze tak niezwyczajnej maszynie. Nie jakiemuś tam seryjnemu samolotowi w komercyjnym locie, ale samolotowi „z duszą”, z takim historycznym rodowodem, staruszkowi-weteranowi.  Stojąc już na ziemi rzucam się na szyję właścicielom samolotu, ściskam i całuję. Wieeelkie dzięki, Kochani.
Zdjęcie zrobiłam innego dnia
Choć minęło już wiele miesięcy od tamtej niedzieli wciąż łatwo mi odtworzyć  to przeżycie, ciągle pozostaję pod wpływem tego lotu. Oczywiście nie jest już ono tak intensywne jak wtedy. Wówczas gdy zamykałam oczy widziałam, wręcz czułam jak lecę, a w nocy ciągle mi się śniło latanie żółtym tygrysem. To wspomnienie przywołuję zawsze wtedy, gdy coś mnie chce przytłoczyć, stłamsić i pozbawić radości.  Wyciągam je jak asa z rękawa z kilku ważnych powodów.
Foto: Lotnicza Spółka Ania & Jacek

Po pierwsze dlatego, że przypomina mi, jak zmiana perspektywy zmienia optykę tego co spostrzegamy. Próbuję wtedy popatrzeć na swój problem „z góry”, z boku, odsiać te nieistotne szczegóły, których z pewnej odległości już po prostu nie widać. To nie mój wynalazek – dawno temu wymyślili to starożytni filozofowie, a konkretnie stoicy, i przekonywali, że na swoje życie warto patrzeć z perspektywy kosmosu.  
Po drugie wracam do tamtego lotu dlatego, że pokazuje, jaką wagę ma WYSTARCZAJĄCE ZAUFANIE do tego co wokół nas: do Boga,  do ludzi (w tym również do siebie), do życia, do świata, a w nim szczególnie do mojej Ojczyzny. Kiedy wsiadałam do Tiger Moth’a wykazałam wystarczające zaufanie do pilota Jacka Mainki, wystarczające do tego, aby powierzyć mu siebie na tę chwilę. Podobne zaufanie okazuję przecież także innym ludziom w zwykłych codziennych sytuacjach i wcale się nad tym nie zastanawiam. Ufam na przykład motorniczemu metra, lekarzowi pierwszego kontaktu, czy weterynarzowi. Wierzę, że wystarczająco widzą co robią.  Mam zaufanie do bliskich osób, z którymi dzielę życie. Mam też zaufanie do siebie – po prostu wiem co JA robię, cenię swoją mądrość życiową, doświadczenie, wiedzę. Nie raz już wychodziłam z różnych życiowych opresji w całkiem zadowalający sposób. Wiem, że nie jestem doskonała, ale jestem wystarczająco dobra. Mam intuicyjne zaufanie do mojego życia i do Siły Wyższej, której obecność nie raz w swoim życiu odczułam – chcę wierzyć, że jestem otoczona taką Boską Opieką. Mam zaufanie do swojego życia, to znaczy mam nadzieję, że będzie wystarczająco dobre, aż do czasu kiedy po prostu się skończy.  Mam wreszcie zaufanie do tego świata, którego cząstką jest Polska. Świata, który jest taki piękny, pełen różnorodności, harmonii i dobra. Wystarczająco dobry dla mnie…




10 komentarzy:

  1. Beatko - wiesz, że lubię przysłuchiwać się temu, co mówisz... Wielkie dzięki, że stworzyłaś możliwość przysłuchiwania się Twoim słowom w "dowolnej chwili" ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten blog też dzięki Tobie. Jestem Wam wdzięczna za tak wiele, wiesz...

    OdpowiedzUsuń
  3. wędruję tak po różnych postach, ciekawie opisałaś latanie. pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bo uwielbiam latanie, a TAKIM SAMOLOTEM Z DUSZĄ TO I CIAŁO LATA I DUSZA:)

    OdpowiedzUsuń
  5. o, i długo nie musiałam czekać by dostać odpowiedź na moje pytanie do poprzedniego postu.
    I chyba Ci zazdroszczę podejścia do życia.

    OdpowiedzUsuń
  6. (Hej, Taka Jedna i cóż, że ze Szwecji ( http://krainatrolli.blox.pl/html ) , i już wiesz jakie jest moje latanie. A podejścia do życia uczę się każdego dnia, bo zasiedlający mnie pesymista ciągle walczy z optymista. Pa i "do zobaczenia"

    OdpowiedzUsuń
  7. Samą prawdę napisałaś o tym lataniu :-))).

    Nigdy nie leciałam samolotem z otwartą kabiną, ale jeśli tylko zdarzy się okazja, to skorzystam!

    OdpowiedzUsuń