sobota, 7 czerwca 2014

Zobaczyć Powstanie Warszawskie.

Od czterech tygodni zbierałam się na odwagę, żeby pójść do kina na film „Powstanie Warszawskie” zrealizowany przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Rodzice mojego ojca, czyli dziadkowie ojczyści Hanna i Zygmunt Sokołowscy oboje zginęli wtedy w 1944r. Ona miała 31 lat, (choć przyznawała się jedynie do 30-tu), a on 32. Mieli troje dzieci, mój ojciec –najmłodszy- miał wtedy 5 lat.

Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz w życiu usłyszałam o powstaniu, ale musiałam być bardzo malutka, bo wydaje mi się, że wiedziałam o nim od zawsze, tak jak o tym, że to właśnie wtedy dziadkowie zginęli. Kiedy byłam już trochę starsza o powstaniu opowiadała mi babcia macierzysta – Babiśka. Jednak o moich tamtych dziadkach nie wiedziała nic konkretnego. Nie mogłam się też tego dowiedzieć od ojca, bo on zginął, kiedy ja miałam 5 lat. Do jakichkolwiek szczegółów tamtych powstańczych wydarzeń dotarłam dopiero 10 lat temu. Ale zawsze, od kiedy pamiętam tematyka powstania żywo mnie interesowała. Szukałam dziadków w książkach i na zdjęciach.

Oglądałam też fragmenty kronik powstańczych, które są tworzywem tego kinowego filmu. Czarno-białe kadry pokazywano wielokrotnie w TV, był też taki specjalny cykl – powstanie dzień po dniu. Oglądałam je również w Muzeum Powstania Warszawskiego. Na pewno nie wszystkie, ale wiele z tych obrazów widziałam. Zawsze mam nadzieję, że dostrzegę coś, co będzie się wiązało z moimi dziadkami. Ciągle szukam ich śladów.

W kinie na widowni było kilkanaście osób w różnym wieku. Przez cały film nikt nie odezwał się ani słowem, nie zadzwoniła niczyja komórka i nieomal wszyscy doczekali na siedząco do końca napisów, którym towarzyszyła piękna piosenka o marzeniach o wolnej Polsce, o poświęceniu i miłości.

Nie przypuszczałam, że złożenie fragmentów kronik, pokolorowanie filmu i dodanie dźwięków oraz dialogów wypowiadanych przez uchwycone w kadrze osoby, przyniesie tak niesamowity efekt. Dla mnie ten film jest obezwładniająco wzruszający i poruszający. Dźwięki kierują moją uwagę do rzeczy, na które dotychczas nie zwróciłam uwagi. Na to, co działo się w tle. Kolor nie tylko przydaje waloru autentyczności, ale we mnie spowodował odczucie, jakby to wszystko stało się wczoraj. Dźwięk i kolor umieścił mnie wewnątrz tych wydarzeń. Nad moją głową przelatują niemieckie sztukasy, z boku wybuchają bomby. Słyszę skwierczenie ognia pochłaniającego wnętrza palących się domów. I tylko nie czuję swądu spalenizny i tylko dym nie gryzie w oczy. I tylko nie czuję smrodu rozkładających się ciał, ale słyszę brzęczenie much unoszących nad trupami. Nie szkodzi że nie ma zapachów, i tak to co widzę i słyszę żalem rozdziera mi serce.

I tylko czasem z pokazywanymi okolicznościami nie koresponduje uśmiech obecny na twarzach filmowanych ludzi. To „efekt kamery”. W tamtych czasach, robienie zdjęć, czy pozowanie do kamery wywoływało automatyczny odruch uśmiechu. Czasem też do tego uśmiechu zachęcał sam operator. W końcu kronika była robiona na zlecenie biura propagandy. Można jednak wyłowić momenty, gdy w kadrze pojawia się ktoś nieświadomy, że jest filmowany. Są więc twarze umęczone do granic możliwości, smutne i przerażone.

Ponieważ o powstaniu trochę wiem, z opowieści babci i innych krewnych, z dziesiątek przeczytanych książek, wspomnień, historycznych opracowań i filmów, ta wiedza nakładała mi się na widziane obrazy. Operator pokazuje wnętrze jakiegoś pomieszczenia, to chyba piwnica, w której jest wiele osób. Przez gwar głosów przebija sie głośny, żałosny płacz dziecka. Potem kamera pokazuje kobietę, która w hamaku z prześcieradła buja dziecko. Wyjmuje niemowlę, a ja widzę tylko jego wielkie oczy. To są oczy śmiertelnie głodnego dziecka. Czytałam, że od początku powstania starano się zabezpieczyć krowy i dawane przez nie mleko, które było racjonowane właśnie dla niemowląt. Rozdzielano też zapasy mleka w proszku. Dla wszystkich jednak nie starczało. A kiedy brakło wody, wycieńczone matki niemowlaków traciły pokarm i nie miały czym karmić swoich dzieci. Ich piersi wyschły, ich dzieci umierały z głodu.

Kamerzysta pokazuje też parę razy psy, np. wielkouchego młodego buldożka angielskiego. Los zwierząt w powstaniu, wobec hekatomby ludzi, jest tematem pobocznym, ale pojawia się w literaturze. Czytałam więc o psach obdzieranych ze skóry, oczywiście o zabijanych koniach, i o tej krowie- żywicielce z Powiśla. I o kocie sąsiadki usmażonym na paście do podłogi. Niektórym ludziom i zwierzętom udało się przeżyć. Moja teściowa (miała 14 lat i była z matką na ul. Hożej w Śródmieściu) wyszła z powstania ze znalezionym w jakiejś piwnicy ratlerkiem.

Patrzę z rozdartym sercem na obracane w ruinę miasto. Jest zrujnowany kościół Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Przed wojną moi polegli dziadkowi ochrzcili tu swojego najstarszego syna Krzysia. Po wojnie tu wzięli ślub moi rodzice, a potem tu mnie ochrzcili. Ten kościół zawsze rozpoznam. Operator pokazuje perspektywę Alej Jerozolimskich w kierunku Wisły. W unoszącym się kurzu dymie majaczą wieżyce mostu Poniatowskiego. Ostatnie fragmenty filmu to obraz potwornych zniszczeń miasta. Wypalone do szczętu szczytowe ściany kamienic, powykręcane żelazne zbrojenia, morze gruzu. Ich ukochana Warszawa została zamordowana jak dziesiątki tysięcy tych, którzy tu żyli przed 1 sierpnia 1944 roku.

Ten film, w moim przekonaniu, powinien zobaczyć każdy, dla którego słowo Polska nie jest nic nieznaczącym zlepkiem liter. A może nawet ci, którzy nucą pod nosem piosenkę Marii Peszek
„...po kanałach z karabinem nie biegałabym, nie oddałabym ci Polsko, ani jednej kropli krwi, sorry Polsko...”


Poniżej kilka zdjęć książek, które mnie wychowywały, uczyły patriotyzmu, informowały, były nadzieją na znalezienie ważnych śladów i takich, nad którymi mogłam tylko gorzko zapłakać. Staram się tę wiedzę propagować wśród młodych. Niektórych obdarowują takimi książkami. Cóż można dziś zrobić więcej ponad to, aby pamiętać i dbać by ta pamięć nie zginęła tak jak oni w 1944. Nic więcej. Sorry Polsko...
.

7 komentarzy:

  1. Trochę tego jest. Zastanawiam się, czy nie ma w Tobie złości na bezsens tego wszystkiego, na nieliczenie się z cywilami przez rząd na uchodźstwie. Bo trudno mi uwierzyć, że wszyscy oni, jak jeden, choćby i najwięksi patrioci, gotowi byli przez to przechodzić. I czy te matki przedłożyłyby wolność ojczyzny nad śmierć głodową albo inną własnych dzieci. Ja bym nie przedłożyła.Tym większy szacunek należy się Im - że musieli, że nie dano im szansy, że to ich spotkało. Pozdrawiam Cię gorąco i dziękuję za ten osobisty wpis. Uściski:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za ten komentarz. Odzwierciedla nasz współczesny sposób myślenia o życiu, o śmierci, o poświęceniu.Choć ból rodzica po starcie dziecka zapewne jest niezmienny. Śmierć Dziadków miała przemożny wpływ na życie mojego ojca i Jego rodzeństwa. Tak jak Jego śmierć na moje życie. Odpowiedź na Twoje pytania nie jest prosta. Napisałam notkę o próbie spojrzenia na Powstanie oczyma mojej nieżyjącej Babci, ale waham się czy ją zamieścić.Jest mi żal, że Im się nie udało to Powstanie i że nie udało się przeżyć. Bo gdyby się udało, jakże inne byłoby spojrzenie na Ich ofiarę. A tak często pojawia się słowo bezsens. Jestem pewna, że nikt kto wtedy zginął nie chciałby, aby jego śmierć określono mianem niepotrzebnej. Myślę też, że tamto pokolenie inaczej kochało Ojczyznę. A oceny pozostawiam historykom, choć czasem bardzo bolą. Serdeczności, Beata

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiesz, to nie jest tak, że teraz, z pozycji "mądry Polak po szkodzie" mówi się o bezsensie. I nie jest też tak, że słowo "bezsens" podważa Ich patriotyzm, ofiarność, szlachetność najwyższej często próby. Ten "bezsens" stanowi jedynie (albo aż) zarzut wobec politycznych decyzji podejmowanych gdzieś w bezpiecznej oddali i opartych właśnie na patriotyzmie, ofiarności oraz szlachetności ludzi, którzy ufali, gotowi byli na wiele (może z wyjątkiem matek, będę się upierać, matka ma perspektywę o wiele szerszą niż polityczno-ojczyźniana, ma perspektywę ludzką, ale to nie matki robiły wtedy politykę i to nie matki wywołały tę wojnę). Fakt swego rodzaju "wykorzystania" najszlachetniejszych uczuć zwykłych cywilnych ludzi i narażenie ich na pewną śmierć nie zasługuje na pochwałę. A określenie "bezsens" w żadnym razie nie odnosi się do ich patriotyzmu ani go nie podważa. Jest wręcz przeciwnie: zasługują na jeszcze większy szacunek, gdyż ich szczere uczucia zostały wykorzystane. Powinnaś opublikować to o Babci, to jest potrzebne. Uściski!

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzięki za zrozumienie i wsparcie. Wiesz teraz w Warszawie, w pewnych kręgach wstyd się przyznawać do "powstańczego rodowodu", do tego to doszło. Ten blog powstał również po to, abym w dziale "Korzenie" opisała to co o swoich przodkach, w tym przede wszystkim o Dziadkach, pozbierałam w ciągu ostatnich 10 lat.Serdeczności. BB

    OdpowiedzUsuń
  5. przywędrowałam z bajki o księżycu. Byłam na filmie, obejrzałam. Pozostawił we mnie ( podkreślam- mój odbiór) wiele różnych wrażen, nie potrafię pięknie pisać, zresztą post u mnie też jest. Dziś wiem na pewno, nie wolno nam oceniać. Możemy mieć własne zdanie, w sercu własny ból, ale nie mamy prawa oceniać. Moi Dziadkowie byli na robotach. Oboje mają zdjęcia ze znaczkiem "P" Czy mam dziękować, ze przeżyli wojnę, czy mam płakać, że zmarła Babcia w 48? Nie mam prawa ich oceniać. To wiem. To wiem na pewno. Mogę dziękować, że moje Dzieci żyją w spokojniejszych czasach
    pozdrawiam serdecznie Ala :)

    OdpowiedzUsuń
  6. http://mojaalis.blogspot.com/2014/05/paacyk-michla-zytnia-wola.html
    pozwoliłam zamieścić sobie link do Twojego postu

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. I to jest Alu najważniejsze - nie mamy prawa oceniać ludzi, którzy wtedy żyli i podejmowali swoje decyzje - mieli do nich pełne prawo. A my, współcześni, cóż możemy o tym wiedzieć? Wychowani w innym świecie, w innych warunkach, doznający zupełnie innych uczuć. Staram się czasem patrzeć ich oczami, choć to prawie niemożliwe. B.

    OdpowiedzUsuń