wtorek, 3 listopada 2015

Tajemnice tekturowych teczek. (9)



Wracam do pamiętnego dla mnie spotkania z kuzynem Zezatem. Wtedy w maju 2005 roku po raz pierwszy dowiaduję się, że mój dziadek Zygmunt Sokołowski miał w sumie dziewięcioro rodzeństwa. Do tej pory wiedziałam o cioci Muszce, Izie Obuchowskiej, ciotce Marylce nauczycielce i Zosi, która była w obozie w Ravensbruck. Spośród braci dziadka pamiętałam o oficerze Kazimierzu Sokołowskim, który został po wojnie w Anglii, bo ciotki ufundowały mu tablicę pamiątkową w naszym kościele św. Stanisława Kostki. No i jeszcze wrył się w pamięć ten groźnie wyglądający Władysław Sokołowski, który był inżynierem i budował kolej żelazną na Syberii, a po wojnie uczył w technikum budowlanym, do którego chodził mój ojciec Rafał i jego brat Krzysiek. Chodziła tam też moja mama i to tam poznała braci Sokołowskich, z których młodszy został jej mężem, a moim ojcem.

Nic nie wiedziałam o Wandzie, Stanisławie i o Mieczysławie. O tym ostatnim Zezat wiele wie i jak mówi „załatwił” jego rehabilitację. Okazuje się, że kapitan Mieczysław Sokołowski po wojnie nie złożył broni i walczył w szeregach WiN (Wolność i Niezawisłość), czyli był „żołnierzem wyklętym”. Schwytali go ubecy i osądzili w 1946 roku. Został skazany  na karę śmierci, podobno za szpiegostwo na rzecz Stanów Zjednoczonych. Zezat podarował mi kserokopię „Protokołu egzekucji”. To niezwykle wstrząsający dokument.



Niejako na pociechę, jeśli w ogóle można to tak nazwać, w połowie lat 90-tych XX wieku zakończył się proces rehabilitacji kpt. Mieczysława Sokołowskiego. Mój stryj Krzysztof Sokołowski doprowadził z pomocą Zezata do przywrócenia czci swemu stryjowi Mieczysławowi. Kuzyn wyjaśnia mi, że na cmentarzu Powązki Wojskowe jest miejsce, gdzie upamiętniono polskich żołnierzy wyklętych pomordowanych przez funkcjonariuszy nowego ładu. Uprzedził mnie również, że pomylili stopień wojskowy i Mieczysław Sokołowski figuruje na tej ścianie pamięci jako porucznik.

Pamiętam jak Babiśka opowiadała mi o tamtych czasach, o tym, jak ludzie czuli się sterroryzowani. O tym, że jakieś represje dotknęły też mego dziadka Jaśka. Byłam wtedy jeszcze dzieckiem i nie mogłam tego pojąć, jak to było możliwe, że tak Polak przeciwko Polakowi. Babiśka opowiadała mi też o tych żołnierzach, którzy nie złożyli broni i walczyli dalej, o WiN i o NSZ, o sfingowanych procesach i o egzekucjach. Babiśka na pewno nie wiedziała o losie brata mojego ojczystego dziadka, czyli o Mieczysławie Sokołowskim. Zastanawiam się nawet, czy wiedział o tym mój ojciec, bo przecież nigdy nikomu o tym nie mówił. Moja mama prawie nic nie wiedziała o historii rodziny Sokołowskich, może z wyjątkiem tego, że Kazimierz Sokołowski był wojskowym i nie wrócił z Wielkiej Brytanii po wojnie. No i o Władysławie, bo był dyrektorem szkoły, do której uczęszczała. 

To u Zezata i od niego, po raz pierwszy usłyszałam, jak nazywali się moi pradziadkowie Stanisława i Arkadiusz Sokołowscy i że wszyscy pochodzą z Ukrainy,  kresów wschodnich, ale tych najdalszych, z obszaru I Rzeczpospolitej. Zobaczyłam też zdjęcie prababki, która zrobiła na mnie wrażenie bardzo surowej osoby. Podobnie dostojnie prezentował się również mój pradziadek Arkadiusz Sokołowski, który, jak się okazało, był lekarzem. Zezat ma jego zdjęcie w otoczeniu personelu medycznego w jakimś szpitalu. 

Ma jeszcze listy Kazimierza Sokołowskiego z frontu wojny polsko-bolszewickiej, pisane do jakiegoś wuja doktora Palmirskiego. Same nowości, bo o wuju Palmirskim też nie słyszałam, a w dodatku to nie był wuj mego ojca, lecz mego dziadka. 

Zobaczyłam jeszcze gryps pisany do mego dziadka Zygmunta uwięzionego na Pawiaku. Napisany był przez moją babcię Hankę i mówił o tym jaki to Krzysio dzielny, bo nie płakał, kiedy oblał się wrzątkiem. O moim tacie Rafale, nie było tam ani słowa. Był jeszcze drugi gryps, tym razem z Pawiaka od Zygmunta do synka Krzyśka, zwanego Kiki, z pochwałami dla dzielnego synka i ze słowami wiary, że wyrośnie z niego pożyteczny i dzielny człowiek. I wtedy przeleciało mi przez głowę pytanie: ciekawe jak oni tam z góry oceniają nasze życie i postępki?  Czy są zadowoleni, z tego że staram się poskładać  do kupy te okruchy pamięci, które po nich tu na ziemi pozostały? Czy docenią mój trud, inwencję, a czasem i desperację?  A zresztą przecież tak naprawdę robię to dla siebie i dla moich wnuków, których jeszcze nie widać nawet na dalekim horyzoncie. 

Mijały kolejne godziny, a ja miałam mętlik w głowie. Mąż przytomnie o coś tam dopytywał, a ja czasem ocierałam ukradkiem łzę wzruszenia. Zupełnie mnie wzięło, gdy Zdzisiek wyjął coś, co było dodatkowo pozawijane w osobne bibułki, które odwijał przy pomocy pęsety. To był ekshumacyjny depozyt rzeczy po Zygmuncie i Hance. To były rzeczy, z którymi mój dziadek uciekał z powstańczej Warszawy i z którymi zginął. Były tam wizytówki i ich wspólne zdjęcie z Hanką. Młoda dziewczyna ubrana w płaszcz z futrzanym kołnierzem trzyma pod rękę młodego mężczyznę w studenckiej czapce z daszkiem. Jasny kolor to znak, że studiuje na Uniwersytecie Warszawskim. Do tego śmieszne spodnie pumpy i niezbyt długa kurtka. Na nosie charakterystyczne okrągłe okulary. To niewątpliwie Zygmunt, a ta dziewczyna obok to Hanka.  

Oglądałam te małe karteczki przez lupę starając się zachować w pamięci najdrobniejsze szczegóły. Zdjęcie jest mocno zniszczone, emulsja miejscami wyżarta, aż do papieru. Zygmunt miał je pewnie w kieszeni ubrania. Jakież to dojmująco smutne. Ta ich okrutna śmierć w tak młodym wieku, osierocenie dzieci i ich tragiczne rozstanie. Jakie to zadziwiające, że dzięki tej wspólnej fotografii jakby umierali razem, Hanka i Gad, bo tak na niego mówiła. I teraz po sześćdziesięciu jeden latach od chwili ich śmierci dowiaduję się jak wyglądała moja babcia z tego skażonego śmiercią zdjęcia, które mieszka od kilkudziesięciu lat pod dachem kuzyna Zezata. 

Moja Hanka… Inaczej ją sobie wyobrażałam. Wydaje mi się, że w ogóle nie jest do mnie podobna. O rany, wszystko mi się pomieszało, przecież to ja nie jestem podobna do niej.  To ona jest moją babcią, choć jest taka młoda, ale to ja jestem starsza, bardziej doświadczona, mądrzejsza i roztropniejsza. Oj, Boże, co wyście narobili dzieciaki …

Ciąg dalszy nastąpi, bo naprawdę nastąpił.

Ponieważ wspomniałam o cioci Muszce, która wychowała mego tatę Rafała, polecam – jeśli ktoś nie czytał – wpis o niedzielnym obiadku z zamierzchłej przeszłości, czyli co może zapamiętać pięcioletnie dziecko:
.Wystarczająco ważne korzenie

Poprzednie numerowane "odcinki" Korzeni są pod tagiem SAGA.


32 komentarze:

  1. jestem, czytam....

    (połykam z zapartym tchem, oczy lekko zaszklone, dostarczasz wzruszeń BB)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam, czekam na więcej niecierpliwie z wypiekami...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Małgosiu :) A wiesz, że kiedy przeczytałam, że czkasz z wypiekami, to sobie najpierw pomyślałam o wypiekach kulinarnych :))) Głodnemu chleb ... domowej roboty... ummmm...

      Buziaki :)

      Usuń
  3. Próbuję sobie wyobrazić co czułaś, kiedy patrzyłaś na to zdjęcie.....a i tak pewnie tylko w jakiejś części jestem sobie w stanie wyobrazić emocje jakie Ci towarzyszyły.
    Niesamowite to wszystko.
    Chciałabym kiedyś "dotknąć" historii mojej rodziny. Ale z tego co wiem u nikogo nic się nie zachowało. Nawet moja mama mówi, że żałuje że chociaż zwykła chusteczka po mamie jej nie została. Nic nie zachowała....ale przecież miała wtedy zaledwie pięć lat...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, to często się zdarza, że rzeczy "odchodzą" wraz z ludźmi :(
      Ale zdjęcia, jakieś dokumenty mogą być w zasobach dalszych krewnych, lub jakichś archiwach. Trzeba tylko (!) mieć szczęście i na nie trafić.

      Uściski serdeczne Julio Ci posyłam :*

      Usuń
  4. aż mnie ciarki przechodzą i też mam łzy w oczach.....
    wiesz, takie odniosłam wrażenie, kiedy pisałaś, że to nie Ty jesteś podobna do Hani, a właściwie na odwrót...to tak, jakby to wszystko działo się teraz, a nie kiedyś. jakby czas nie istniał tylko przeszłość i teraźniejszość biegły równolegle, tylko innymi pasmami.... jakby historia nie była przeszłością. Hania i Zygmunt i Ci wszyscy, którzy ponieśli tak niepotrzebną i niesprawiedliwą śmierć, byli ciągle wśród nas i kształtowali naszą rzeczywistość.
    nie cierpię historii naszego kraju za wiele spraw. nasza historia to wieczne zawieruchy, wojny, walki o niepodległość, ale z prawdziwym, jawnym wrogiem. tak przynajmniej powinno być. natomiast najbardziej nie cierpię historii mojego kraju za te lata powojenne. za to, że wróg był wśród nas, podstępny i nieuczciwy. tego nigdy nie zrozumiem i ogromnie współczuje tym, którzy w przewrotny sposób z bohaterów nagle stali się wrogami i to takimi najgorszej kategorii! straszne! jak się musieli czuć Ci ludzie? oszukani i zdradzeni. to był chyba najgorszy czas,
    czekam na dalszą część :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Twoje emocje Polly. Ja sama staram się zbytnio nie unosić, i tłumaczyć sobie, że historii, tak jak rodziny w której się rodzimy, nie wybieramy. Co więcej, historia jest kartą zamkniętą. Fajnie jest mieć historię pełną sukcesów i wzlotów. Wydaje mi się, że członkowie takich narodów (Anglicy na przykład) czerpią z tego dumę i satysfakcję, mają wysokie poczucie własnej narodowej wartości. My mamy trudniej, bo historia była jaka była, ale... No właśnie, czyż nie jest to niezwykłe, że to w Polsce zrodziła się "Solidarność" i że to my zapoczątkowaliśmy proces zmian ustrojowych w Europie wschodniej? Inną rzeczą jest co zrobiliśmy z naszą odzyskaną wolnością i jacy jesteśmy teraz, ale ten temat porzućmy.

      Co do równoległych ścieżek, to ja mam czasem wrażenie, że powinnam urodzić się o pokolenie, albo nawet o dwa, wcześniej. Wtedy byłabym w odpowiednim, choć niezwykle trudnym, torze. Cieszę się, że urodziłam się wtedy kiedy się urodziłam i mogłam obserwować wiele ważnych i dobrych historycznych wydarzeń.I nie jest to sprzeczne z przeczuciem, że wpadłam w nie swój tor ;-)

      Usuń
    2. My po prostu jesteśmy bardzo walecznym narodem i wbrew pozorom drzemie w nas ogromna siła i poczucie przynależności do narodu. Niestety okazujemy to tylko w sytuacjach kryzysowych, a potem....wszystko się rozmywa i rozmemłuje :)

      Usuń
  5. pewnie z tych względów po prostu chłonę książki Nurowskiej, a szczególnie kocham sagę "panny i wdowy". historia Polski, jak na tacy, bolesna, ale prawdziwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko oglądałam filmy, bo ekranizacja była pierwsza niż książki. Po sagę Nurowskiej nie sięgnęłam. Może kiedyś nadrobię :)

      Uściski posyłam :)

      Usuń
    2. Ekranizacja jest płytka i właściwie tylko liznęła temat, a szkoda. Książka to prawdziwa saga i historia polski tak prawdziwa, że aż łzy wyciska.
      buziaki :***

      Usuń
  6. Przeczytałam już wczoraj, ale dopiero dzisiaj doszłam, co wyłania się dla mnie najwyraźniej w tych historiach. "Obyś był zimny albo gorący!" - chyba właśnie ta postawa ma największy sens. To wielkie ryzyko i... wielka wartość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimny nie w moim typie. Gorący cóż, też można się sparzyć. Każda z tych postaw niesie profity i ryzyko, jak słusznie zauważyłaś Tesiu.
      Dziękuję :)

      SMBO oczywiście :)

      Usuń
    2. Długoterminowo najbardziej opłaca się letniość. Takie ni to, ni sio ;-).

      Usuń
    3. Jak to w życiu, ekstrema niemile widziane ;-)

      Ale jeśli bym Ci dziś pożyczyła letniego dnia, to pewnie byś się nie pogniewała. Ja dziś letni dzień wzięłabym w ciemno :))) też jakoś się tak pochmurno zrobiło, a rano były 2 stopnie, brrrr :(

      Usuń
    4. Gdyby tylko każdy oglądał się na to co mile widziane... Byłby jakby bezwolny? ;-)

      Na pewno bym się nie pogniewała :-). Jednak ja raczej akceptuję zmiany niesione przez przyrodę. Ostatnio dowiedziałam się, że to nazywa się zewnątrzsterowność i ta moja cecha upodabnia mnie jakoby do Japończyków! ;-) Gdybym sama mogła wybierać, w czym mam być podobna do przedstawicieli tego narodu, to raczej wybrałabym... włosy ;-).

      Usuń
    5. I ja się godzę z tym, że tyle wokół mnie jest nieuniknione. Jednak w kwestii sterowności chyba jestem rozdarta pomiędzy, w pewnych sprawach zewnątrz- w innych wewnątrzsterowna.

      Japońskie włosy... sztywne, proste, błyszczące gęste i czarne. Ja chyba nie wybieram :_)

      SMBO :))))

      Usuń
    6. Wiadomo :-).

      I to z grubsza miałam na myśli w swoim pierwszym komentarzu (choć "chyba" i "nie wybieram" dają pozór braku wyboru ;-).

      :-) :-) :-*

      Usuń
    7. Pozór braku wyboru ;_) Podoba mi się :)))

      Usuń
  7. Tak przypadkiem tu trafiłam. Mój tatko od blisko 20 lat już nie żyje, miał 17 lat kiedy go aresztowano, osadzono w Jaworznie.... W tym roku jego nazwisko widniało na tablicach "Żołnierzy wyklętych" wystawionych w Gdyni. Wzruszyłam się. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla młodych to było tym straszniejsze, bo jeszcze niezahartowani w okrucieństwach świata, o ile można być na to odpornym kiedykolwiek. 17 lat, toz to prawie jeszcze dziecko.
      Niedawno skończyłam książkę Stanisława Kosickiego "Wojna, wojna, wojenka", aż trudno uwierzyć, że można było przetrwać coś takiego, i wrócić do życia, normalnego. Ożenić się mieć dzieci, pracować.... To byli po prostu niezwykli ludzi. Nie tyle wyklęci, co NIEZŁOMNI.

      Serdecznie pozdrawiam,
      Beata

      Usuń
  8. Beatko,
    widzę, że jest ciąg dalszy. Dziś już późno (lub wcześnie, zależy, jak spojrzeć), więc zostawiam tylko pozdrowienie. Ale wrócę i przeczytam. Dobrej soboty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wróciłam.
      Niesamowite historie!
      I Ty też jesteś niesamowita ze swoim zapałem do (czasem bolesnego) odgrzebywania korzeni.
      Serdeczności zostawiam na nowy tydzień.

      Usuń
    2. Dziękuję Fibulo :) za obecność, dobre słowo :)

      Miłego każdego dnia :)

      Usuń
  9. Odpowiedzi
    1. Podróżuję po przeszłości :)

      Serdeczności pozostawiam :)

      Usuń
  10. Piękne masz korzenie, ciekawe, często bolesne historie, ale piękne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Basiu :) A przecież kiedy człowiek zaczyna szukać korzeni do końca nie wie, co też może odkryć ?

      Uśmiechy jesienne ślę do Ciebie :)))

      Usuń