wtorek, 9 czerwca 2015

Huraaa, byłam u Tymianków


… czyli wzruszająca sobota.



Jakiś czas temu Ori zaprosiła mnie do siebie i zobaczenia Pełni lata w Domu Tymianka. Ostatnio ponowiła zaproszenie, tym bardziej, że z wizytą do niej wybierała się inna bywalczyni jej bloga i straganów.
Bez namysłu odpowiedziałam, że to bardzo kusząca propozycja poznać wreszcie Jaśnie Pana, Fafkę i Pluszysława. Na to Ori odpisała ustalając szczegóły przyjazdu, a w ostatnim zdaniu dodała „… Ale błagam, przynajmniej UDAWAJ, że mnie też chcesz poznać, a nie tylko Fafkę” . No właśnie, przecież Ori TEŻ chciałam poznać osobiście, oczywiście J. Poza tym byłam ciekawa komu pomagam wspierając swoim rękodziełem organizowane przez Panią Tymiankowego Domu internetowe bazarki.



W minioną sobotę umówiłam się więc z nieznajomą Joanną i udałyśmy się kolejką WKD w podróż w nieznane. Na dworcu odebrał nas Pan Tymianka i już niebawem przekroczyłyśmy próg Tymiankowego Domu witając się z Ori. Wzruszacze obszczekiwały nas zgodnie i głośno, ale żaden nie okazywał nieprzyjaznych uczuć. Na ręce Gospodyni złożyłyśmy przewiezione podarki: smakołyki dla zwierząt i niespodzianki, które można wystawić na kolejnym straganie na blogu. Szyłam je i dziergałam już jakiś czas wcześniej. Joanna, która myśli naprawdę o wszystkim, zabrała ze sobą nie tylko to, ale też domowe ciasto i cały wykwintny obiad. 






Wkrótce we czwórkę zasiedliśmy do stołu. Zasiedliśmy, to znaczy najpierw na słynnej kanapie usadowiły się niektóre Wzruszacze, a potem my, ludzie, czyli tak zwana Służba i Goście. Psy wlepiły w ciasto tęskne spojrzenia, a Ori zaraz zaczęła się usprawiedliwiać, że już dawno psom ciasta nie piekła. Okazało się , że Ori przygotowuje dla nich specjalne, takie mało słodkie ciasto, które uwielbiają. Jeśli myślicie, że można tak sobie zasiąść do stołu i gawędzić bez przerwy, to się mylicie. Stadko psów, między którymi czasem przemyka kot jest bardzo absorbujące. A to ten chce wyjść na dwór, a to tamten chce stamtąd wrócić, a to ów na tego warknął, a to krzywo spojrzał, a to się znowu towarzystwo rozszczekało. I tak w kółko… 



Szczególnej troski i obsługi wymaga strasznie stary staruszeczek Tamiś, zwany Jaśnie Panem, ze względu na (specjalne) względy. Piesek, jak to starowinka, ciągle czegoś chce, a już sam nie może. Chce na kanapę, a po chwili woli na podłogę, a może siusiu, a może jednak pić. Więc Ori nosi go na rękach i pilnuje, aby nikt go nie nadepnął, nie potrącił, nie zakłócał snu. Jaśnie Pan jest bardzo wrażliwy i delikatny. 



Oprócz Tamisia jest jeszcze inny piesek specjalnej troski, czyli niewidomy Lubiś. Malutki, przemiły i całkiem nieźle sobie radzi nic nie widząc. W pewnym sensie zastąpił oczy nosem. No i oczywiście Fafka, aktorka komediowo-dramatyczna, która przewracała oczami, robiła niewinne miny i wdzięczyła się … do ciasta. A oprócz nich jeszcze dziesiątki pozostałych Wzruszaczy. Niezwykły jest też czarny kot o imieniu Tofik, bo to chyba pies uwięziony w kocim ciele. Inne koty zapakowały się do skrzynki po jabłkach, albo do kominka i nie były zainteresowane ani ciastem, ani nami. 






Po powitalnej herbatce ze słodkim dodatkiem przyszedł czas na naukę. Ori chciała się bowiem nauczyć szyć na maszynie. Razem z Panem Tymianka wyładowaliśmy maszynę w motylki i… skończyło się na tym, że uszyłam poszewkę z zasypiającym kotem. Ori przynajmniej posłuchała co gdzie jest w tej maszynie i jak ona działa. Może kiedyś się odważy na samodzielne szycie.



Jadąc tam mniej więcej wyobrażałam sobie jak to jest opiekować się takim stadem w domu i w ogrodzie, bo część psów mieszka w specjalnych boksach i w budach. Dopiero na miejscu przekonałam się jak bardzo mniej, niż więcej, moje wyobrażenia zgadzały się z rzeczywistością. Zdjęcia zamieszczane na blogu są nieruchome, bez dźwięków i zapachów. Ori nie bez powodu nazywa siebie Służbą. Bo w istocie jest to służba 24 godziny na dobę. I w dzień i w nocy. Ileż logistycznych zabiegów i organizacyjnego sprytu wymaga karmienie i „sterowanie” ruchem w domu i na wybiegu. 



Ori oddała stworzeniom całą siebie i swoją życiową przestrzeń. Poświęciła bezdomnym, chorym, a często starym zwierzętom swoje życie. Wiedzie więc skromne życie w skromnym, niedużym domu, gdzie priorytetem jest nakarmienie i leczenie wielu psów i dziewięciu kotów. A przecież Ori jest polonistką, pięknie pisze i ma świetne pióro. Chciałaby czytać książki w spokoju i sama kiedyś napisać książkę. Kiedyś...



Od kilku miesięcy staram się wspierać Stragany dla Wzruszaczy, ale to jedynie kropla w morzu potrzeb. A jednak kropla do kropli i powstanie strumień pomocy. Każdy może wspomóc jej wysiłki, wystawiając do sprzedaży na straganach drobiazgi, książki, biżuterię, albo rękodzieło. Można też dokonywać wpłat na konto fundacji, którą prowadzi Ori.



Dzięki blogowi poznałam Ori, niezwykłą kobietę kochającą stworzenia i jej męża Pana Tymianka, wspierającego swą wybrankę w jej ziemskiej misji. 
Dzięki Ori poznałam Joannę. Sympatyczną, wrażliwą i mądrą osobę. No i poznałam Wzruszacze, którym Ori ofiarowała siebie.



Zajrzyjcie na bloga Pełnia lata w Domu Tymianka. A jeśli chcecie obejrzeć niezwykłe zdjęcia i przeczytać zajmujące opowieści „z życia wzięte” odwiedźcie  drugi blog Ori Kuchnia pełna Tymianka. Możecie też posmakować nieziemskiej opowieści o Anieli  Aniela w niebie.



P.S. 
Zdjęcia zrobiła Ori, bo ja ... zapomniałam aparatu fotograficznego:(


Fafka - aktorka komediowo-dramatyczna.

Kot uszyty naprędce.

czwartek, 4 czerwca 2015

Największy jest w Warszawie (3).



Jakże byłoby wspaniale, gdyby nigdy nie musiał powstać. Gdyby był niepotrzebny i gdyby to wszystko się nie wydarzyło. W Warszawie mógłby być na przykład największy w Europie ogród pełen pięknych kwiatów.

Zamiast tego jest największy na naszym kontynencie cmentarz wojenny. To Cmentarz Powstańców Warszawy na Woli. 

 To właśnie tu, jak to opisałam w notce (2) "Od zwątpienia do nadziei", odnalazłam swoją ojczystą babcię Hannę Sokołowską. A dziś z nadzieją, że Was nie zanudzę napiszę trochę o tym miejscu, bo zasługuje na szczególne miejsce w naszej pamięci. 

Cmentarz ten otwarto 25 listopada 1945 r. z przeznaczeniem głównie na pochówki osób ekshumowanych z ulic i placów Warszawy , poległych głównie podczas Powstania Warszawskiego. Pochowano tu również inne ofiary lat okupacji hitlerowskiej 1939-1945 między innymi żołnierzy poległych w Kampanii wrześniowej 1936 roku. Są tu groby Żydów rozstrzeliwanych w latach 1940-1943 na stadionie SKRA, więźniówPawiaka  i okolicznych mieszkańców.
W sumie na Cmentarzu Powstańców Warszawy spoczywa 104 tysięcy 105 osób, poległych w głównej mierze podczas powstania. Aż 80% to cywile w większości pochowani anonimowo. 
Praktycznie nie ma tu pojedynczych grobów. Ludzkie szczątki pogrzebano w 177 zbiorowych mogiłach oraz w kurhanie znajdującym się w północnej części nekropolii. Oblicza się, iż zawiera on około 12 ton prochów, co odpowiada liczbie około 50 tysięcy osób. Na tym kurhanie po latach postawiono pomnik pamięci. 



Nieprzychylna Powstaniu Warszawskiemu polityka władz Polski Ludowej  sprawiła, że przez dziesięciolecia oficjalnie nie wspominano o istnieniu wolskiej nekropolii, nie odbywały się tam uroczystości rocznicowe, a cmentarz był utrzymywany w stanie zaniedbania.

Obowiązywał zakaz wystawiania nagrobków, co uzasadniano mającymi lada moment nastąpić pracami porządkowymi. Faktycznie, jak pokazują zdjęcia z lat 50-tych XX wieku rodziny zmarłych starały się chociaż o symboliczny krzyż, często stawiając go po kryjomu i mimo tego, że służba cmentarna była zobowiązana do usuwania wszystkich samowolnie zbudowanych pomników.



W latach 60-tych XX wieku cmentarz został uporządkowany, lecz zrobiono to w sposób ... trudno znaleźć odpowiednie słowa na to jak to zrobiono. Obszar cmentarza został bowiem znacznie zmniejszony. Zaorano wszystkie mogiły  niszcząc istniejące, prowizoryczne nagrobki. Wytyczono nowe alejki i nowe usytuowanie grobów. Jest zatem wielce prawdopodobne, że szczątki Hanki leżą zupełnie gdzie indziej, a jeśli tak jest, to miejsce jej pochówku stało się symboliczne. Mam niebywałe szczęście, że przynajmniej nie jest anonimowa osobą. Już bowiem pod koniec lat 40-tych XX wieku wiele osób grzebano bezimiennie, chociaż dało się ustalić ich personalia (dotyczyło to zwłaszcza żołnierzy Armii Krajowej . Co najmniej do połowy ostatniej dekady XX wieku obowiązywał regulamin zabraniający między innymi samowolnego umieszczania napisów na pomnikach.



Cmentarz nie był również w żaden sposób oznaczony w terenie, a jedyne informacje o charakterze tego miejsca umieszczono w głębi nekropolii. Ich treść nie oddawała prawdziwej genezy pochówków np. jeszcze w latach 90-tych XX wieku pod kurhanem znajdowała się tablica z napisem: Cmentarz Powstańców Warszawy jest miejscem upamiętnienia walki i męczeństwa narodu polskiego. Na cmentarzu pochowane są szczątki i prochy bohaterskiego ludu Warszawy, zorganizowanych członków ruchu oporu i żołnierzy walczących o wyzwolenie stolicy z niewoli hitlerowskiej w latach 1939 – 1945. Wszystko to prawda, ale …



Zarówno daty, jak i określenia osób pochowanych w tym miejscu, nie podają faktycznej genezy powstania cmentarza. Z kolei inna tablica, objaśniająca przyczynę usypania kurhanu , została celowo wmurowana za pomnikiem Polegli Niepokonani   przez co była (i jest) praktycznie niewidoczna.

Pomnik Polegli Niepokonani wystawiony w 1973  roku według projektu artysty rzeźbiarza Gustawa Zemły  i był to pierwszym monumentalnym pomnikiem Powstania Warszawskiego.

Przedstawia konającego mężczyznę zasłaniającego się tarczą, z twarzą skierowaną ku niebu, który własnym ciałem zasłania wyrwę w barykadzie. Pomnik umieszczono na szczycie kurhanu obłożonego kostką granitową, jakiej używano niegdyś do brukowania ulic. Całość symbolizuje pełną poświęcenia walkę obronną ludności Warszawy.



W 2001  roku staraniem środowisk kombatanckich umieszczono symbole Polski Walczącej  (tj. kotwicę) na tarczy posągu i barykadzie. Na tej ostatniej wystawiono również krzyże, ale wobec licznych aktów wandalizmu zostały zdemontowane.

Od czasów warszawskiej prezydentury prof. Lecha Kaczyńskiego każdego 1 sierpnia przy pomniku Polegli Niepokonani  odbywają się uroczystości rocznicowe. 

Jakieś trzy lata temu rozpoczęła się kolejna przebudowa cmentarza. Wycięto zimozielone krzewy, przez co w moim przekonaniu okolica grobu mojej Hanki straciła intymny charakter. Wyrzucono stare płyty nagrobne i zastąpiono nowymi, na których uzupełniono informacje o pogrzebanych osobach. Bardzo podoba mi się teraz wejście na cmentarz, bo jest wyraźnie zaznaczone i bardziej wygrodzone. Dawniej nie raz widziałam ludzi z wolno biegającymi po tych grobach-trawnikach psami.



Zawsze, kiedy tam jestem próbuję sobie wyobrazić te sto cztery tysiące sto pięć osób. Razem z Hanką leży około 70 osób, ale tylko kilkanaście jest zidentyfikowanych. Jest tam również 14-to letni chłopiec, który był łącznikiem w powstaniu. Są groby, gdzie pochowane są całe rodziny zabite przez Niemców na Woli, nawet niemowlęta. Próbuje sobie wyobrazić jak wyglądali, jakimi byli ludźmi, co lubili robić w wolnych chwilach. Wówczas czytając te nazwiska, albo podpis: 70 bezimiennych ofiar, stają mi się jacyś tacy bliscy. 



Zawsze, kiedy tam jestem, nie mogę zrozumieć jak to mogło się stać, że ludzie ludziom zgotowali taki los.

Nigdy tego nie pojmę... 



 [powyższe informacje m. in. na podstawie Wikipedii ].


Grób Hanki dawniej tonął w zieleni.




Nie takiego orła mieli na czapkach ...
i w sercu.





Dziś ten cmentarz ma wejście...
                    
... i orlą w koronie u wejścia ...
... i piękne, ważkie słowa.

Obecny wygląd grobu mojej babci Hanny Sokołowskiej.

Zapraszam też do przeczytania wcześniejszych wpisów w zakładce „Korzenie”.

wtorek, 26 maja 2015

Wzruszenia :)


... czyli Dzień Matki.


Bardzo się cieszę, że jest taki radosny dzień. Dzień, w którym jestem wciąż  dzieckiem i mogę Mamie składać życzenia i powiedzieć: „Kocham” i „Dziękuję”. I że jest to jednocześnie dzień, kiedy sama mogę poczuć, jakie uczucia wzbudza dziecko okazujące Matce miłość i pamięć. Obdarowana tym co najbardziej lubię – własnoręcznie narysowaną laurką przez mocno dorosłego Jedynaka :)  i kwiatuszkami. Rysunki mojego dziecka wzruszają mnie najbardziej...

Wracając z psem ze spaceru spotkałam przy windzie przemiłą sąsiadkę. Pani już po osiemdziesiątce, zawsze jest uśmiechnięta, pogodna, serdeczna, choć mieszka sama i dręczą ją różne dolegliwości. Zgaduje też często do mojej suczki i pyta, czy ze zdrowiem nie jest gorzej. Dziś powiedziała do niej: Ty to piesku jesteś szczęśliwa, szczęśliwsza ode mnie, bo masz wokół ludzi, którzy cię kochają. I łzy jak groch potoczyły się po policzkach.

Jedyny syn mojej sąsiadki wyemigrował z Polski do Australii dziesiątki lat temu i właściwie przestał z matką utrzymywać kontakt. A serce matki pęka z żalu codziennie, nie tylko w Dzień Matki.

Kwa, kwa, kwa :)

środa, 20 maja 2015

Od zwątpienia do nadziei (2)


... czyli w życiu wszystko jest możliwe.O tym jak się czułam wtedy w 2004 roku pisałam w poprzednim wpisie Tylko jedno jedyne zdjęcie.  Był czerwiec i Warszawa powoli przygotowywała się do uroczystych obchodów 60-tej rocznicy Powstania Warszawskiego. Wówczas postanowiłam zrobić cokolwiek, szukać grobu ojczystych dziadków, Hanny i Zygmunta Sokołowskich po prostu „na chybił-trafił”, może będzie mi sprzyjać szczęście. Dziś wiem, jak zupełnie się nie znałam na genealogicznych poszukiwaniach.

Na pierwszy ogień wybrałam Cmentarz Powstańców Warszawy na Woli. Pojechałam tam i zaczęłam przeszukiwać kwatery rząd po rzędzie, ale na tablicach upamiętnionych były dziesiątki, setki, tysiące osób. Nie sposób było przeczytać wszystkich wyrytych na tablicach z piaskowca nazwisk. Alejki mi się poplątały, nie wiedziałam, gdzie jeszcze nie sprawdzałam. Przytłaczał mnie ogrom zgromadzonego tu nieszczęścia...

  Gdy po dwóch godzinach zniechęcona wychodziłam z cmentarza natrafiłam na tablicę informacyjną, oznajmiającą że ewidencja pochowanych znajduje się w Urzędzie Dzielnicy Wola. Od razu tam pojechałam. Urzędniczka, której podałam dane moich dziadków to znaczy imiona i nazwisko, bo tylko tyle wiedziałam, znalazła pod literą „S” bardzo wielu Sokołowskich. Niestety nie było na liście żadnego Zygmunta, ale za to była jedna Hanna lat 30. Nie wiedziałam ile lat miała moja babcia kiedy zginęła, więc ta wskazówka była mi na nic. Uprzejma Pani nie dawała też gwarancji, że ta osoba to moja Hanka, bo to było popularne imię. Ręce mi opadły i byłam bliska płaczu. Widząc moją zrozpaczoną minę powiedziała:
– Niech pani szuka przez Polski Czerwony Krzyż.
– Jak to? – zapytałam zdziwiona – Sześćdziesiąt lat po II wojnie światowej mogę szukać rodziny tak jak szukały się one tuż po jej zakończeniu?
Byłam zdziwiona, bo wydawało mi się, że PCK zajmuje się obecnie jedynie pomocą dla ofiar klęsk żywiołowych, oraz zbiórką odzieży i żywności dla ubogich.
– Musi pani napisać do PCK podając takie dane, które Pani posiada, a oni założą kwerendę i będą szukać w swoich zasobach. Będą też mogli potwierdzić, czy osoba pochowana na Cmentarzu Powstańców na Woli to pani babcia – poinstruowała mnie jeszcze szczegółowo. Na pożegnanie podała mi numer kwatery i rzędu, abym mogła trafić do grobu.

Wyszłam z wolskiego urzędu dosłownie w podskokach. Oto zaświtał dla mnie promyk nadziei, że może nie wszystko stracone. Postanowiłam od razu wrócić na cmentarz, aby zlokalizować wskazaną mogiłę.

Kiedy wysiadłam z tramwaju na przystanku „Sowińskiego” kupiłam biało-czerwone znicze. Cmentarz Powstańców Warszawy przylega do Cmentarza Wolskiego i wygląda jak park poprzecinany alejkami. Po lewej stronie głównej dróżki teren gwałtownie opada tworząc nieckę, na dnie której widać staw z kaczkami. Stojąc na ulicy Wolskiej twarzą do stawu, w oddali zobaczyłam znany mi już pomnik Polegli Niepokonani otoczony niezbyt rozległym placem. Okrążyłam staw i idąc drogą tuż przy jego lewej krawędzi w jednej z bocznych, wysypanych szutrem alejek znalazłam zbiorowy grób, w którym pochowana została jakaś Hanna Sokołowska (kwatera 30 rząd II).
Był to pierwszy z brzegu grób oddzielony od asfaltowej alei i wzroku przypadkowych spacerowiczów rozłożystym zimozielonym krzewem tui. Tak naprawdę każda z tych mogił to był wytyczony niskim krawężnikiem trawnik, w którego centralnej części umieszczono dwupłytową tablicę z piaskowca. Nie było na nich symboli religijnych, a zakamuflowaną rolę krzyża pełnił wyryty wizerunek wojskowego odznaczenia - Krzyża Grunwaldu, którym w czasach PRL honorowano kombatantów. Nazwiska poległych wyryte były po obu stronach kamiennej płyty, przy żołnierzach AK pojawiały się stopnie wojskowe, albo funkcje, czasem wiek lub miejsce śmierci. Jakaś litościwa ręka oparła o płytę małą, szarą figurkę Chrystusa oderwanego od krzyża. Unosił ręce w górę jakby wołając o pomstę za te tu tysiące niewinnie zabitych.  




Do grobu Hanki podeszłam z bijącym sercem. Od razu odnalazłam wzrokiem napis
Hanna Sokołowska lat 30. Stanęłam na przeciwko tych liter układających w moje panieńskie nazwisko. Jeszcze nie byłam pewna, czy to moja babcia i czy to jej szczątki spoczęły tu u kres ziemskiej wędrówki, ale już po chwili oczy miałam pełne łez. Serce waliło mi jak młotem, a ręce drżały, gdy próbowałam zapalić zapałkę i przytknąć do knota znicza. Nagle całą sobą poczułam, że właśnie ją znalazłam, tę moją zagubioną, biedną, osamotnioną na dziesiątki lat babcię. Już nie miałam wątpliwości, że ona tu jest. Cicho szeptałam do niej … widzisz Haniu, jestem, to ja Aka, twoja wnuczka. Nie znasz mnie, ani ja ciebie, ale to się teraz zmieni. Będę cię tu odwiedzać i opowiem ci o sobie, zobaczysz…


Łzy mieszały się z uśmiechem, radość przeganiała smutek, zwątpienie i żal. Rodziła się we mnie nadzieja, że uda mi się dowiedzieć czegoś o swoich ojczystych korzeniach i że to będzie piękna opowieść. W tę podróż wyruszałam nic o nich nie wiedząc.
Ta niewiedza czasem prowadziła mnie w ślepe uliczki
albo na manowce. Pamiętam, że kiedy 1 sierpnia tamtego roku otwarto Muzeum Powstania Warszawskiego, na jego internetowej stronie w wyszukiwarce wpisałam zupełnie bez przekonania „Hanna Sokołowska”. Pojawiła się wtedy taka odpowiedź: „Hanna Sokołowska pseudonim „Isia”, sanitariuszka”, ale gdy to przeczytałam od razu uznałam, zgodnie ze swoją ówczesną wiedzą, że to jakaś inna Hanna Sokołowska. Moja babcia zginęła jako osoba cywilna – tak wskazywał napis na wolskim nagrobku. Zresztą, jeśli naprawdę miała 30 lat, to na sanitariuszkę była „za stara”.
 

Wtedy nawet nie przeczuwałam ile jeszcze niespodzianek i wzruszeń jest przede mną...

Zapraszam też do lektury innych wpisów w dziale "Korzenie" oraz tego:
.Tylko jedno jedyne zdjęcie

niedziela, 17 maja 2015

Noc w Muzeum Lotnictwa


... czyli u Przyjaciół z Krakowa.





To już tradycja, że na Noc Muzeów jedziemy do Krakowa do Muzeum Lotnictwa Polskiego. Tym razem podróż miała być atrakcyjniejsza za sprawą pociągu Pendolino. Reklama: „Wypoczynek rozpoczyna się już w podróży” niestety nie sprawdziła się. Pociąg nas rozczarował. Dwa rzędy dwumiejscowych foteli i wąskie przejście po środku.

Wybraliśmy kiepskie, choć z pozoru atrakcyjne miejsca przy wolno stojącym stoliku, przy oknie na przeciwko siebie. Każde z nas miało jeszcze z boku sąsiada. Miejsce jest tak ciasne, że nogi trzeba trzymać zgięte i nieruchome przez całą podróż. Fotele są wąskie, ale w miarę wygodne. Osoby o znacznej tuszy powinny zajmować miejsca skrajne, aby móc trochę wystawać w przestrzeni przejścia. Chcąc wyjść, albo zdjąć coś z półki nad głową, osoba siedząca obok musi wstawać i przenosić się do wąskiego korytarzyka. Pociąg jest rzeczywiście bardzo cichy, co powoduje, że kiedy rozmawia kilkadziesiąt osób, a do tego dzieci hałasują chodząc ciągle wąskim przejściem, w wagonie jest jak w ulu. Można zapomnieć o możliwości czytania książki, jeśli nie ma się w uszach zatyczek, albo słuchawek z muzyką. Do siedzenia bardziej komfortowe wydają się miejsca podwójne, jedne za drugimi, jak w autobusie. Mają dodatkowe podpórki pod stopy i dość duże odchylane stoliczki. Pendolino z Warszawy do Krakowa jedzie dwie i pół godziny, czyli pół godziny krócej niż Intercity, ale to przyspieszenie wynika chyba z faktu, że on ma pierwszeństwo i po prostu jadąc nie zwalnia i nie zatrzymuje się. Ma niewątpliwie jedną zaletę – jest nowy, więc czysty i pachnący. Gdybym miała do wyboru, wybrałabym tradycyjny wagon z przedziałami, bo do siedzenia w takim było wygodniej.
Identyfikator ułatwia poruszanie się po Muzeum

W Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie po całej dekadzie odwiedzin i współpracy czujemy się prawie jak w domu. Serdeczne powitania, przytulanki, pocałunki, radość z możliwości przyjacielskiej rozmowy. Takie dobre, ludzkie ciepło i sympatia.




W tegoroczną Noc Muzeów u naszych lotniczych Przyjaciół mieliśmy okazję zobaczyć kilka oczyszczonych i odrestaurowanych elementów wydobytego z dna Bałtyku w październiku ubiegłego wraku samolotu Douglas Boston. To jeden z nielicznych egzemplarzy na świecie. Amerykański samolot latający w czasie II wś w lotnictwie radzieckim. Rozmawiałam z pracownikiem Muzeum, który się tą żmudną i odpowiedzialną pracą zajmuje. Na każdej części wraku są kilogramy zbitego na kamień piasku, bryłki soli, muszle, omułki, elementy roślinności i oczywiście rdza. Efekt – jak na tym fragmencie – wspaniały.

Przed...

I po...


Karta informacyjna
Drugim rarytasem jest dopiero pozyskany w depozyt od Finów samolot Caudron-Renault CR.714. Cyclone. Na tzw. „Kodronach” latali Polacy w maju 1940 roku we Francji w Dywizjonie „Warszawskim”. Kiedy ZSRR zaatakowało Finlandię, te francuskie samoloty z polskimi załogami miały być włączone tam do walk powietrznych, lecz tak się w końcu nie stało. Fiński samolot, który można oglądać teraz w Krakowie to jeden z dwóch istniejących na świecie egzemplarzy. Będzie w Muzeum poddany renowacji w zamian za co najmniej pięcioletnią ekspozycję.






Z okazji zbliżającej się 75 rocznicy Bitwy o Anglię otwarto niewielką wystawę przypominającą pełen chwały udział Polaków w tej Bitwie, która zmieniła losy II wojny światowej.





Ten model Spitfire jest późniejszy niż latające w Bitwie.

Ekspozycję ożywiali przedstawiciele wielu grup rekonstrukcji historycznej.

Rekonstruktora - Kobiety w RAF i następca :)
Ekspozycja plenerowa zachęca do spaceru o zachodzie słońca. Baloniarze stawiają właśnie balon z Tadeuszem Kościuszką...


Li-2 czyli DC-3 i tzw. Ciotka JU.
To amerykański myśliwiec F-108 pilotowany podczas wojny w Wietnamie
przez pilota polskiego pochodzenia, stąd te polskie elementy malowania.
W tak zwanym dużym, przedwojennym hangarze mieli swoje stoisko
 przedstawiciele Małopolskiego Stowarzyszenia Strzelców i Kolekcjonerów Militariów. Jednak tu najważniejsze są samoloty. Klimat tego miejsca jest niezwykły...





Zlin Grupy Akrobacyjnej Żelazny
Tiger Moth, taki jak żółty Jacka Mainki :)


"Jenny" Marka Szufy, który zginął w Płocku w 2011 roku. Przy tym
samolocie zawsze postać Marka staje przed oczyma jak żywa ...
I Harward, taki jak ten latający w Konstancinie :)



.



Futrzany zwiedzający urzeczony lotnictwem :)

Tymczasem na dworze balony już stoją, dumnie prezentują się Panie i Panowie, a słońce pięknie zachodzi.



Już gdy zapadła noc zostałam przez najmilszych Przyjaciół Ewę i Karola K. niespodziewanie i z zaskoczenia udekorowana  ... srebrną odznaką Królowej Kaczki :))) Było też krótkie okoliczności przemówienie na cześć miłościwie panującej kaczej Królowej. Ależ mi radość sprawili :))) Kwa, kwa :)




A potem, aż do trzeciej nad ranem razem z Dyrektorem Muzeum i Jego Gośćmi gadaliśmy, jak to w gronie dobrych znajomych o wszystkim, o samolotach, o pozyskiwaniu eksponatów do muzeum, o lataniu, o dawnych latach i dawnych lotach w trudnych warunkach pogodowych, o polityce, o naszych obecnych chorobach ;-) i o dzieciach, psach i kotach. No i tak się trudno rozstać ...