niedziela, 5 lipca 2015

Minimalizm? Nie wiedziałam, że to się tak nazywa...


To mi się zaczęło w dniu 51 urodzin. Była zimna i szarobura lutowa sobota. Coś spowodowało, że z naszego małego mieszkania w bloku wyniosłam chyba dziesięć 120-litrowych worów ze swoim rzeczami. Były w worach głównie szmaty: moje ubrania, w które zmieściłabym się gdybym schudła, choć dwa kilogramy i takie, których nie miałam na sobie od dwóch, trzech lat. Były tam jeszcze nie użyte do uszycia czegokolwiek materiały. Były rzeczy, które kupiłam w SH ze względu na piękno tkaniny, wzoru, koloru i od razu przewidziane były do przerobienia na coś innego, tyle, że minęły dwa lata, a ja nic z nich nie uszyłam. Nie miałam czasu, albo zapomniałam, że je w ogóle mam. Były torebki pod kolor do butów, których już dawno nie miałam i buty, w których nie chodziłam, bo zaczęły mnie obcierać. 

Już przy drugim worze pod śmietnikiem czekał odbiorca moich „dóbr”, a przy czwartym podjechał samochodem i odbierał moje wory bezpośrednio z klatki schodowej. Nie ciekawiło mnie, co z nimi zrobi, czy sprzeda na wódkę, czy na chleb dla głodnych dzieci. Byłam w desperacji, bo właściwie nie chciałam się pozbywać „swoich ukochanych skarbów”, które zaległy szafy, pawlacze i schowek. Moje skarby wyzierające z kątów zawadzały, ale przecież miały mi się kiedyś przydać. Na przykład taki piękny strój do tańca brzucha, który własnoręcznie wyszyłam dzwoniącymi, srebrnymi krążkami. Leżał sobie w szafie na przekór opinii lekarza, że postępująca, uogólniona choroba zwyrodnieniowa stawów oraz nawracające zapalenie rozścięgna piętowego nigdy już nie pozwolą mi tak tańczyć. Leżał razem z drugim strojem do tańca, i z trzecim strojem...
Strój taki jak mój :)


Po wyrzuconych szmatkach, ciuszkach, fatałaszkach przyszła kolej na ozdoby, drogocenne pamiątki i różne gadżety. Te rzeczy wystawiałam na klatce schodowej, na parapecie przy portierni. Sąsiedzi, a może ich sobotni goście, zabrali je do swoich domów, bo obok przezornie pozostawiłam torby, żeby łatwiej było je zabrać. Ciekawi mnie troszkę, jakie kwiaty osłaniają teraz moje pięknie, niemieckie, ceramiczne osłonki na doniczki w pastelowych kolorach zielonego groszku, niebieskiego, przydymionego lekko nieba i żółtawego słoneczka. A tak je starannie dobrałam do paseczków na okiennym lambrekinie. U mnie, od kiedy w wakacje ususzyłam ostatni doniczkowy kwiatek, służyły za łapacze kurzu, wymagające za to regularnego mycia. Albo ten wiklinowy koszyczek w kształcie buta, w którym trzymałam pędzelki do malowania, choć ostatni raz malowałam 10 lat temu? 


No i wreszcie książki, też poszły na parapet przy portierni, a stamtąd w drugie ręce. Z książkami najtrudniej było mi się rozstać, a przecież ustawiałam je na półkach w dwóch, albo i w trzech rzędach i o tych z tyłu w ogóle nie pamiętam, że je mam. Niektóre przeprowadzały się ze mną już trzy razy. Z nich wszystkich to może kilka przeczytałam więcej niż jeden raz, ale wiele z nich zdobywałam w czasach, gdy książki się właśnie zdobywało, a nie po prostu kupowało, były więc bardziej cenne. Przeczesałam książki tak, że nie stały już w trzech, ale w dwóch rzędach.

Wreszcie wzięłam się za najbliższe sercu superpamiątkowe pamiątki i superprzydatne prezenty. A także za biżuterię, tę cenną i tę po prostu kolorową, błyskotkową. Najtrudniej rozstać się z pamiątkami, bo to wspomnienia, albo coś otrzymanego od bliskiej osoby. Coś, co się kurzy i wymaga dodatkowej pracy i zabiera czas  i zajmuje cenne miejsce w domu. A powinno zabierać tylko miejsce w sercu.

Tamten ponury, zimowy dzień stał się początkiem wielkiego procesu oczyszczania. Oczyszczania z niepotrzebnych już rzeczy, a także rzeczy nie bardzo potrzebnych. Od tamtej pory, co jakiś czas pozbywam się kolejnych przedmiotów. Choćby taki sobie ozdobny, żeliwny dzwonek z gąskami poszedł na Stragan dla Wzruszaczy do Ori i tam został sprzedany za 50 złociszy :) 

Muszę się pozbywać rzeczy, bo także zdarza mi się kupować inne rzeczy. Próbuje pilnować się zasady „rzecz za rzecz”. 



Uwalnianie moich rzeczy zaczęło mi się podobać. Potrzebuję tego, aby nie czuć się nimi przytłoczona. Choć ten pierwszy, wymuszony okolicznościami raz, kiedy wyrzuciłam mnóstwo rzeczy był naprawdę bolesny i wiele razy potem żałowałam swojego pięknego stroju do tańczenia. Dziś trudno mi sobie przypomnieć jakieś inne konkretne rzeczy, które poszły sobie precz w dziesięciu worach. Chyba więc nie były takie dla mnie ważne.  

Nie tak dawno wyprowadziłam z domu w szeroki świat pewien uroczy, sentymentalny łapacz kurzu, czyli pięknego misia pilota, którego z szacunkiem nazywaliśmy Misiem Weteranem. Był taki fajny i bardzo go lubiliśmy ... Nasz kochany miś dziś służy jako eksponat w Grupie Historycznej Lotnictwa Polskiego i bywa na ważnych piknikach lotniczych. A na szafce w przedpokoju jest trochę więcej miejsca:)  


Dopiero pisząc bloga dowiedziałam się z Prostego Bloga, że takie ograniczanie posiadanych rzeczy to część zjawiska zwanego  minimalizmem. A przecież zakładając swego bloga i nazywając go „Wystarczająco PL” czułam, że coś jest na rzecz :)))) 
Kącik lotniczych wspomnień i łapania kurzu. Miś Weterana stoi w kącie.
Miś idzie w świat.


Miś po raz pierwszy jedzie metrem :)
Ostanie chwile z Misiem ...
Nowe życie Misia Weterana - stoi w kubku na stoliku
na bardzo ważnym lotniczym pikniku :)


39 komentarzy:

  1. Gwaltownosc nie jest Ci obca :-). A "wymuszony okolicznościami" pierwszy raz - masz na myśli urodziny, diagnozę lekarską, czy jeszcze coś innego? Napiszesz więcej o skutkach tej czystki? Juz coś wspominałaś, ale to ciekawe bardzo. Ściskam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okoliczności były prozaiczne - różnica zdań z mężem na temat czyje hobby zabiera więcej miejsca ;-) Postanowiłam zrobić trochę miejsca na hobby i tak poszło :)
      Skutki pierwszej czystki to jakiś czas trwający żal , jak po stracie, ale potem wszystko się w główce ułożyło i kolejne czystki były już przemyślane, zaplanowane i systematyczne. Zyski: miejsce, mniej sprzątania, i mniej do pamiętania, co gdzie mam :)
      Odściskuję bez odcisków :)

      Usuń
    2. I to się nazywa umiejętne rozwiązywanie sytuacji konfliktowych w modelu wygrany(a) - wygrany(a)! ;-). A był moment, gdy bardzo żałowałaś którejś z usuniętych rzeczy? To ułatwione sprzątanie... takie kuszące. Wczoraj mając w pamięci Twoje zachęty coś tam wyrzuciłam, choć wcześniej pewnie odniosłabym do piwnicy :-).

      I ja :-)

      Usuń
    3. Dla mnie kluczowym jest to, że zapominam :) Zapominam gdzie co wcisnęłam, i z radością lub zmartwieniem odkrywałam coś gdzieś znalezione. Z rzeczami , które wyrzuciłam było tak, że wyrzucając przyglądałam się im i jakiś czas pamiętałam. Na początku co i rusz przypominało mi się, że to by mi się przydało, ale szybko zapomniałam i teraz to chyba wspominam tylko te nieszczęsne stroje do tańca :)
      A piwnica Kochana Tesiu to jest czyściec dla rzeczy - rzadko kiedy która idzie do nieba - czyli do naszych łask - większość zniszczonych idzie do piekła, czyli na śmietnik. Przynajmniej tak jest z moja piwnicą.
      :)))

      Usuń
    4. Może Twoich strojów trzeba poszukać na Allegro? :-/
      Co do piwnicy, to ja jestem chomikiem piwnicznym i lubię od czasu do czasu wyciągać jakieś starocie do powtórnego użytkowania. Dotyczy to najczęściej naczyń stołowych. Wyciągam np. jakiś ozdobny talerz (uratowany przeze mnie w trakcie którejś z rodzinnych "czystek"!) czy salaterkę z początków małżeństwa rodziców, których przed laty miałam dość, bo mi się opatrzyły, były niemodny itp., a teraz są taaakie wspaniałe :-). Ale dla niektórych rzeczy piwnica jest faktycznie czyśćcem :-).
      :-)))

      Usuń
    5. Z tymi rzeczami, które kiedyś były niemodne, a dziś stały się super modne, to też tak mam, że znó mi się podobają. Ostatnio zobaczyłam u Sardynki na blogu super antyczny stolik pod telewizor z początku lat 60-tych. Akurat identyczny jak ten, który pamiętam z dzieciństwa i który jako jedyny mebel z dawnych lat (bo antyki wszystkie szlag trafił w czasie wojny) uchował się własnie w piwnicy. Zupełnie o nim zapomniałam. I gdybym maiła więcej miejsca pewnie kombinowałabym jak go tu przywrócić do łask :) Niestety moja piwnica trochę trąci piwnicznym zapachem :(

      Usuń
  2. Książek nie umiem się pozbywać.... niestety

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak to właśnie z książkami jest - najtrudniej się pozbyć i najłatwiej kupić :) Ot wczoraj wylicytowałam na Straganie u Ori trzy super książki :) Czy uda mi się pozbyć innych trzech na wymianę? Już kombinuję, że zrobię jakieś wypychanie innych rzeczy, żeby była równowaga ;-)

      Usuń
    2. sprzedaj na allegro, może ktoś właśnie szuka...

      https://youtu.be/3L8Rsk0fkpc

      Usuń
    3. Sprzedawanie ... to mi się najczęściej nie udaje , nawet na allegro. Już lepiej idzie oddawanie :)
      Dzięki Małgosiu :))))

      Usuń
  3. są rzeczy z którymi nie potrafię się rozstać, przynajmniej nie teraz, może kiedyś, może trzeba bardziej dojrzeć....

    misio fantastyczny - nie oddałabym za żadne skarby ;)

    łapką macham i pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja siebie podziwiam za oddanie misia weterana :)

      dużo dobrych chwil na dziś, Maminko :)

      Usuń
  4. oo tego misia to nie oddałabym za nic!
    tak sobie myślę, że z przedmiotami może być tak samo jak z myślami
    - kiedy pozbywam się niepotrzebnych rzeczy z torebki, torebka jest lżejsza
    kiedy pozbywam się żalu, poczucia krzywdy czy złości - żyje się lepiej, jest lżej
    może z tym minimalizmem o to chodzi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze trochę i zacznę żałować misia ;-)
      Masz rację Klarko, że dobrze jest pozbywać się złych myśli i trudnych emocji. I podobnie jak z rzeczami jest nam wtedy lżej.
      :)))

      Usuń
  5. Świetna metoda - fotka i za drzwi :) W razie czego można popatrzeć, ale przecież życie toczy się dalej i wciąż przybywa nowych wspomnień :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie tak robię - fotka i za drzwi :) Zdjęcia zostają i wspomnienia zostają... tylko kasy wydanej na tamte zakupy nic już nie wróci ;/

      Usuń
  6. Miś przeuroczy!!! A odwiedzasz go czasem? :)

    Co do "czystki" staram się robić ją regularnie, tak jest łatwiej. Nie lubię nadmiaru rzeczy, ale pamiątek jakoś nie umiem wyrzucić :))

    Uściski Beatko :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Misia mogę spotykać tylko na piknikach lotniczych, albo oglądać na cudzych zdjęciach. Jestem pewna, że się dobrze bawi :)

      Systematyczność zawsze popłaca :)
      Dobrego dnia Julio :)

      Usuń
  7. Najlepiej mieć "w sam raz", tylko że "w sam raz" dla każdego jest nieco inny. ;-)
    A Twoja decyzja - tak myślę - że choć bolesna i choć sprawiała wrażenie spontanicznej, to pewnie już jakoś w Tobie dojrzewała od pewnego czasu i potrzebowała impulsu, by wybujać.
    Raczej nadmiernie nie zbieram różności. A może dlatego, że nie mam gdzie, to nie gromadzę? ;-) Taki minimalizm konieczny? ;-) Ale chyba nie. Byłam w takich zagraconych mieszkaniach i ich domownicy nie są ani wypoczęci, ani szczęśliwi z tym nadmiarem atakującym ze wszech stron, używają kilku rzeczy, bo do reszty trudno się dostać.
    W życiu jest zbyt wiele nieprzyjemności i utrudnień, by jeszcze samemu ich sobie dostarczać. O! Tak się dziś u Ciebie rozpisałam bez ładu i składu zostawiając bałagan (w razie czego sama sobie będę winna za wyrzucenie mnie stąd z innymi zawadzaczami ;-)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fibulo, bardzo z ładem i składem się rozpisałaś. dziękuję, bo to ważne uzupełnienie.
      Ja niestety mam tendencję do zbierania - raz, że jakiś taki syndrom z czasów PRL., że wszystko może się przydać, a dwa, że mnie się może przydać do tych wszystkich przeróbek i wytwórstwa wszelakiego. Dlatego wyrzucanie rzeczy, to dla mnie życiowa nowość :)

      Usuń
    2. Beatko, Ty umiesz dać tym rzeczom drugie czy trzecie życie, więc tego nie nazwałabym gromadzeniem bez celu (zbieractwem dla samego posiadania). A podobno wielu ludzi ma z tym problem, bo coraz częściej pojawiają się jakieś poradniki na ten temat (sama nie bardzo wierzę, że uporządkowanie przestrzeni wszystko odmieni, ale może być początkiem, ale pewnie bywa i tak, że ten poradnik staje się kolejną rzeczą zajmującą miejsce ;-)).
      U mnie w domu rodzinnym jest taka "tradycja", że się przekazuje niektóre rzeczy, np. u nas nikt nie tłukł kubków, talerzy itp., ale u cioci już tak, więc się oddawało, by sobie wybierali, a dopiero to, co się komuś nie przydało, wyrzucało (trochę podobnie, jak Ty zrobiłaś z tym zostawianiem na portierni).

      Usuń
    3. Fibulo, to prawda, ze umiem i że wykorzystuję rzeczy w celu przetwarzania, ale... to też jest pretekst do przygarniania rzeczy, które mogą kiedyś się przydać, więc muszę na siebie uważać pod tym kontem :)
      A co do "skorup" to mam tak mało miejsca kuchennego, że nic już się nie wciśnie i dobrze :) A że nie tłukę, to nie następuje naturalna wymiana. A swoją drogą mieć komu oddać - takiemu, który naprawdę potrzebuje, żeby nie wyrzucać to najlepsze rozwiązanie :)

      Usuń
  8. wzmacniasz moją wolę....
    przymierzam się, Twój post bardzo mnie przybliża do celu
    (worki- już wiem gdzie są........)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alis jesteś na dobrym tropie :))) Najgorzej jest z książkami - chyba że upatrzysz sobie ofiarę swoich podarunków, tak jak ja to zrobiłam ;-)
      Buziaki :)

      Usuń
    2. jeszcze jest olx, czyli dawna tablica, możesz wystawić oddam w W-wie za darmo, może ktoś czegoś szuka lub potrzebuje....

      miło było, ciepło wspominam...hahaha :)

      podejrzliwie dziś patrze na wszystko------ mam ci ja sporo gratów............. (łełęlęłęlęełeeee)

      Usuń
    3. i jeszcze: popieram przekazanie misia w dobre ręce. Ilu Ludzi ON spotka, ile przygód mu się przytrafi, ile ciepłych uśmiechów nazbiera. Na półce u Ciebie nawet nie marzył by o takich wesołych przygodach. Brawo za pomysł, pozdfrawiam

      Usuń
    4. Rzeczywiście ... jest dawna tablica :) Oddam w dobre ręce, ale nie zawiozę, nie wstawię do windy :)))

      Miś stał się światowcem :)

      Usuń
  9. Staram się, ale za bardzo mi nie wychodzi, obrastam w te różne przydasie, szmatki, włóczki ... wyczyściłam szafy i pawlacze prawie do czysta przy przeprowadzce do nowego domu, ale cóż, to było prawie 16 lat temu. Chociaż powiem Ci, że niektórych rzeczy żałuję, choćby lnianej spódnicy z koła:-) pozdrowienia ślę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na te dziesiątki, a właściwie setki rzeczy, które wyrzuciłam kilku żałuję, a reszty nawet nie pamiętam :)
      Serdeczności ślę :)

      Usuń
  10. Mnie tez idzie łatwiej oddawanie niż sprzedawanie. Zbyt czasochłonne :) ja tez miałam taki dzień, tylko ze u mnie było to sobotnie czerwcowe popołudnie w 2005 roku... Od tamtej pory moje życie przewrocilam do góry nogami i to nie tylko w sprawach materialnych :)
    Pozdrawiam
    Nika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli wielkie życiowe porządki :))) Fajne jest takie wietrzenie...
      Serdeczności ślę warszawskie, a nawet bielańskie :)

      Usuń
  11. ja kocham robić porządki i wyrzucać :) nauczyłam się nie przyzwyczajać do przedmiotów i łapaczy kurzu. kiedyś czytałam książkę o feng shui i przeczytałam, że nie ma co gromadzić rzeczy i ubrań, szczególnie starych i nie pasujących. zawsze na ich miejsce przychodzą nowe, ładniejsze :) i tej wersji się trzymam :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto trzymać się tego, co nas cieszy :))) To daje nam dobrą energię.
      Uściski Polly gorące ślę :)

      Usuń
    2. Twój tekst BB i komentarz powyższy, naprawdę motywują. Ta prawda przytoczona przez Polly annę jest tak oczywista,że nie przychodzi do głowy. Jeden worek dziś musze zorganizować i zapełnić.... Bo jeszcze dodatkowo idzie u mnie NOWE. Przyda się oczyścić trochę otoczenie i.. wnętrze
      :)

      Usuń
    3. Idzie NOWE :))) To brzmi intrygująco :)))) Jeden worek... 120 litrów to pikuś:) Ja mam problem, gdzie to wystawić (śmietnik czy pojemnik na odzież, z którego odbierają przecież za darmo te firmy sprzedające) w SH :((( można potem kupić coś swojego ;/ ), lub komu oddać. Bo niektóre rzeczy próbuję jednak przekazać komuś.... ha, ha, ha :)))

      Usuń
  12. W ubiegłym roku przeprowadziłam w domu wielka akcje "W" - czyli wyrzucamy wszystko, co sie da. Czasami się nie dało ze względu na sentymenty, jednak córcia mocno stąpająca po ziemi pomagała podejmować decyzje. A ileż się miejsca w domu zrobiło. Od tamtej pory mam większą łatwość w usuwaniu rzeczy zbędnych. Tylko książek przenigdy nie wyrzucę, za bardzo je kocham, a jest ich w domu kilka tysięcy, chyba bym się zapłakała...
    Rzeczy zdatne do użytku wystawiałam w miejsce, które wszyscy w okolicy znają - pod daszkiem jednego z okolicznych śmietników stoi wielka skrzynia, która od lat robi za stolik. Tam przyjęło się kłaść rzeczy użyteczne. Nie wiem, kto to zabiera, ale znikają...
    Pozdrawiam cieplutko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło powitać Archanioły i Ludzi :) Ja się już pogodziłam z wypuszczaniem książek w świat. Ale NIGDY na śmietnik :)
      Serdecznie pozdrawiam, BB

      Usuń
  13. Beato, jeszcze trochę i zostaniesz moją idolką, ostrzegam! ;)
    zrobiłaś to, na co mnie ciągle brakuje sama nie wiem czego. odwagi, żeby się zmierzyć z własnymi sentymentami? chwila nieuwagi (wiem, wiem, dość długa chwila) i człowiek niepostrzeżenie obrósł przedmiotami. bardzo mi doskwierają te różne nadmiary, ale pozbywanie się ich idzie mi zdecydowanie za wolno. a Ty szast prast.. zaimponowałaś mi! :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłabym zaszczycona :) Choć wiesz, ja czasem ciągnę do domu coś co może mi się przydać na wytwory ku pożytkowi :) Dlatego nie pozbywaj kolorowego swetra od cioci , tego na porucie , bo ja coś jeszcze z niego uczynię :)

      Usuń