... czyli dawno temu na Litwie.
To już ostatni odcinek opowieści o litewskim okresie życia mego Dziadka Jana Rychłowskiego.
Jestem wdzięczna losowi, że śród wojennej pożogi uratował się ten list. Papier pożółkł i nosi ślady niegdysiejszej wilgoci, atrament nieco wyblakł i miejscami się rozmywa, a koperta się postrzępiła. Nie szkodzi, tym gorętsze uczucia wzbudza, gdy biorę go do ręki. Przenosi mnie do czasów, które jakże inne były od naszej współczesności. Pokazuje jak na Litwie, ważni byli dla siebie mieszkający tam Polacy. tworzyli polską wspólnotę, kultywowali tradycje, spotykali się i gościli nawzajem. Tak było dawno temu na Litwie, na Ukrainie, na Kresach... I te specyficzne nazwy miejscowości: Jęczmieniszki, Pikieliszki – inne -iszki, tak typowe dla tamtych terenów, a tak bliskie wielu polskim sercom.
Czuję, że majątek Korwie, który w nieodgadniony sposób zaistniał w życiu Dziadka Jaśka był swego rodzaju egzotyką w życiu młodzieńca, który opuścił rodzinny Grójec jako ledwie kilkunastoletni chłopiec. Nie znał takiego życia, bo mieszkał w mieście, a jego ojciec był felczerem, a nie właścicielem ziemskim. Pewnie też dlatego, że była to niezwykła w jego życiu sytuacja przechowywał ten list pieczołowicie.
Jestem wdzięczna losowi, że śród wojennej pożogi uratował się ten list. Papier pożółkł i nosi ślady niegdysiejszej wilgoci, atrament nieco wyblakł i miejscami się rozmywa, a koperta się postrzępiła. Nie szkodzi, tym gorętsze uczucia wzbudza, gdy biorę go do ręki. Przenosi mnie do czasów, które jakże inne były od naszej współczesności. Pokazuje jak na Litwie, ważni byli dla siebie mieszkający tam Polacy. tworzyli polską wspólnotę, kultywowali tradycje, spotykali się i gościli nawzajem. Tak było dawno temu na Litwie, na Ukrainie, na Kresach... I te specyficzne nazwy miejscowości: Jęczmieniszki, Pikieliszki – inne -iszki, tak typowe dla tamtych terenów, a tak bliskie wielu polskim sercom.
Czuję, że majątek Korwie, który w nieodgadniony sposób zaistniał w życiu Dziadka Jaśka był swego rodzaju egzotyką w życiu młodzieńca, który opuścił rodzinny Grójec jako ledwie kilkunastoletni chłopiec. Nie znał takiego życia, bo mieszkał w mieście, a jego ojciec był felczerem, a nie właścicielem ziemskim. Pewnie też dlatego, że była to niezwykła w jego życiu sytuacja przechowywał ten list pieczołowicie.
List adresowany jest „Jaśnie wielmożny p.
J. Rychłowski. Dziedzic maj.(ątku) Korwie. Datowany 22 listopada 1923r. I tak
pięknie podpisany „Piszę się oddanym
przyjacielem p. dziedzica. Ks. St. Możejko”.
Uwielbiam czytać te stare listy – taki w nich piękny język i fakt, że
przetrwały tyle lat i dziejową zawieruchę bardzo mnie wzrusza. Czytam w nim:
„Szanowny Panie! Miło mi mieć przyjaciół
nie tylko w swojej parafji, ale też w parafjach sąsiednich i ogromnie bym
chciał uczynić zadość prośbie p. Michała z jednej strony, a z drugiej być
gościem Zacnego Dziedzica na Korwiu. Ta druga racja jeszcze bardziej trafia mi
do przekonania, bo już mam pojęcie o wielkiej życzliwości p. Dziedzica już z
przeszłości. To też ogromnie przykro mi jest, że muszę tylko serdecznie
podziękować za zaproszenie i gościnę, z której postaram się jednak w
przyszłości nie raz skorzystać. Jak również muszę najgrzeczniej przeprosić, że
tym razem pomimo najszczerszych chęci z mojej strony nie mogę w niedzielę być w
Korwiu, bo u mnie w parafji nie zapowiedziano, że księdza nie będzie, a więc
muszę być z nabożeństwem u siebie. Po nabożeństwie zaś będzie już zapóźno, a
wcześniej jak o 4-tej po obiedzie nie mogę wyjechać z Jęczmieniszek. Myślałem o
różnych sposobach by być w Korwiu w niedzielę, ale wszystkie te sposoby nie są
w stanie usunąć przeszkód niemożliwości. Toteż jeszcze raz dziękuję za pamięć i
za ogromne względy p. Dziedzica względem mojej osoby i proszę z łaski swojej
powiadomić p. Michała o tem, opowiadając moje życzenia, które Mu składam od
serca na drogę nowego stanu i życia. Piszę się oddanym przyjacielem p. Dziedzica.
Ks. St. Możejko. d. 22-XI- 1923.
Ks. St. Możejko. d. 22-XI- 1923.
Ten list czytała mi Babiśka kiedy byłam mała, a może nawet coś opowiadała, ale niestety
nic nie pamiętam. Dziś musi starczyć tylko wyobraźnia. W tle tego listu pojawia
się postać księdza Stanisława pochylonego na płatchetką papieru w migoczącym
świetle lampy naftowej. W parafii Jęczmieniszki zapadł już listopadowy zmrok...
No cóż, znowu same zagadki, dziś już nie rozwiązania. Kim był Michał, który
ożenił się widać wówczas i mieszkał, a może tylko zatrzymał się w Korwiu? Kim
była oblubienica Michała? A może to siostra Maryny? I kto 22 listopada tamtego roku wyświadczył grzeczność księdzu i jego list do Korwia przywiózł, o czym świadczą dwie małe literki na kopercie "pg"?
W internecie, w którym ponoć jest wszystko, odnajduję za to wzmianki o księdzu Stanisławie Możejko. Urodził się w 1894 roku, był więc tylko o trzy lata starszy od mego Dziadka. Młody wiek też pewnie ich do siebie zbliżał. Stanisław pełnił kapłańską posługę najpierw jako wikary w latach 1919-1920 w Janowie w dekanacie Sokółka. W roku 1921 JE ksiądz biskup posyła go do Podborza, gdzie właśnie urządzono kaplicę, o którą ponoć starano się jeszcze za życia Adama Mickiewicza. Podborze leży również w okręgu wileńskim i nie jest stąd tak daleko do Korwia. Nie jest nic co prawda napisane o rzeczonych Jęczmieniszkach, ale ks. Stanisław i tam nabożeństwa odprawiał, o czym sam przecież w liście do Dziadka pisał. W latach 1922-1924 w Jęczmieniszkach była kaplica, a kościół oddano wiernym w 1924r. Internauci wspominają, jak ks. St. Możejko im tam pierwszej komunii udzielał. W latach 1927-1929 ksiądz Możejko trafił do Borodzienicz, które wówczas należały do Kurii Wileńskiej. I tak po Kresach ksiądz nosił Słowo Boże, aż do wybuchu II wojny światowej. Co się z nim działo w czasie okupacji nie wiem. Po wojnie był proboszczem w Zdunach, a w 1946 roku podobno wyjechał na Ukrainę. Powróciwszy do Polski w 1948 roku objął parafię w Gorzkowie, a od 1949 pracował w administracji kościelnej w Olsztynie. Zmarł w 1969 roku w Giżycku.
W ubiegłym roku 15 czerwca obchodzono jubileusz 90-lecia kościoła pod wezwaniem
Św. Antoniego z Padwy w Jęczmieniszkach na Litwie. I tak tradycja trwa...
Kościół w Jęczmieniszkach zdjęcie stąd: http://www.wilnoteka.lt/pl/artykul/jubileusz-kosciola-w-jeczmieniszkach |
Zapraszam też do lektury:
.Jak mój dziadek został dziedzicem
.Zazdrość o pierwszą żonę
.Nie wiedziałam, że dziadek był buntownikiem
Jak zawsze u Ciebie, niezwykłe emocje, ciekawość... co dalej, chciałabym wiedzieć, pewnie tak samo jak TY, pozostaje nam dopisać własne historie :* kiss
OdpowiedzUsuńCzasem fajnie jest mieć rzecz jakąś niedopowiedzianą. Póki jest niezamknięta wszytko się jeszcze może zdarzyć :)
UsuńBuziaki Małgosiu ślę nad oceanem :)
Ech jak ja lubię takie stare listy! A gdzieś u mamy na strychu leżą moje. Muszę je odszukać i zabrać zanim ktoś wywali. Kto wie może kiedyś moje wnuki będą je czytać z podobnym zaciekawieniem :)
OdpowiedzUsuńJulio, to skarb - ratuj przed zatraceniem :) Ja mam tylko jeden swój list, który wysłałam do Babiśki, kiedy wypadł mi ząb mleczny :) Wrócił do mnie z okazji moich 50-tych urodzin, razem z tym zębem :))
UsuńUśmiechów tysiąc posyłam :)
List z zębem mlecznym uśmiechnął mnie podwójnie. :-))
UsuńWczoraj moja ośmioletnia Córa też pisała list do swojej chrzestnej, tradycyjny list, atramentem na papeterii.
:))) Takie atramentowe to są prawdziwe listy :)
UsuńRozpłynęłam się niemal jak atrament na zawilgoconym papierze widząc ten list. Jak dobrze, że masz takie cudeńko!
OdpowiedzUsuńA jeszcze a propos tej ceremonii wyciągania i czytania listu, przypomniało mi się, że w niedawno czytanym "Półbracie" też był taki "rytuał". I choć każdy z czteropokoleniowej rodziny ten list znał już na pamięć, to ta praktyka była za każdym razem niezwykła.
My mamy takie powiedzenie, na określenie takich rzeczy: (to, ten), ta kaczka była w naszej rodzinie od pokoleń :) Takie poczucie trwania w nich jest...
UsuńSerdeczności ślę do Cię :)
Wszystkie moje listy zaginęły przy kolejnych przeprowadzkach, pierwsze znajomości, miłości, koleżanki, których nazwisk już nie pamiętam; właściwie to teraz mi szkoda; przeglądam czasami świadectwa szkolne babci męża, rozczulające oceny np. chwalebna ...;leżą gdzieś listy mojego teścia, kiedy jako 17-letni chłopak siedział w areszcie śledczym w Rzeszowie, do matki, pisane ołówkiem kopiowym; nie śmiem jeszcze o nie poprosić, oby nie było za późno; bardzo dźwięcznie brzmią te - iszki w nazwach, mnie tłuką się po głowie Wasiliszki, związane z Czesławem Niemenem; serdeczności ślę.
OdpowiedzUsuńSzkoda tych, które przepadły bezpowrotnie. Ja bym już poprosiła o możliwość zajrzenia do listów Teścia...
UsuńUściski przesyłam Mario Miła :)
Masz Kaczko niesamowity dar...........
OdpowiedzUsuńPotrafisz historię pięknie ubrać w słowa, a może to nić porozumienia z przodkami i pozwalają Ci odkryć prawdziwe historie.
Z pozdrowieniami marcowymi przybiegam A.
Wiesz Alis, chyba masz rację z tą nicią porozumienia. Ona powstała nawet z tymi, których nigdy nie dane było mi poznać - z dziadkami, którzy zginęli w Powstaniu Warszawskim, z Mietkiem - Żołnierzem Wyklętym i wieloma innymi osobami.
UsuńMarcowe pozdrowienia gooorące odwzajemniam - patrzę za okno, a tam biało, na drzewach piękna szadź :)
BB Kaczka :)))
To prawdziwie podziwiam. Z kilku informacji potrafisz napisać historię, która czytelnika zaciekawi i wciągnie.
OdpowiedzUsuńA to trudna sztuka :)
Udanego piątku, a z resztą i całego weekendu........
powodzenia :)
Z wzajemnością, Alis :)))
UsuńJaki uroczy list! Dotyczy wydarzenia z życia codziennego, dość błahego, bo chodzi o odwołanie wizyty, ale ile w tym taktu, życzliwości, ciepła dla adresata! Jaka elegancja formy! Tego już nie doświadczymy, niestety, tym cenniejsza jest ta pamiątka. Ściskam Cie i czekam na kolejne opowieści
OdpowiedzUsuńPrawda? Niby zwyczajny, a dziś taki niezwykły.I ten język jaki piękny, choć zwykły. I znajduję w liście uczucia prawdziwe, a nie tylko konwenanse.
UsuńLitewska historia już się zamyka. Będą inne. Też listy. Założyłam nawet nową zakładkę "Listy" :)
Nocy spokojnej, jak tylko to możliwe Ori :)
Jakby książkę - i to najlepszą! - czytała :)))
OdpowiedzUsuńOpartą na fatach :)
Usuń