środa, 2 kwietnia 2014

Apartament dla nie-znajomych.


Słońce wpada do pokoju i oświetla fragment mojego łóżka. Z przyjemnością zamykam oczy i poddaję się tej darmowej terapii światłem. Tym bardziej, że apartament taki raczej skromny. Łóżko skrzypi, a szafka tak mała, że większość rzeczy trzymam w walizce. Czekam. Czas płynie powoli i już zaczyna mi burczeć w brzuchu. Czekam, bo niewiele tu zależy ode mnie. Wyciągam się jeszcze wygodniej i wtulam głowę w poduszkę.

Słońce nastraja mnie optymistycznie i czekanie nie jest irytujące.  Dawniej w podobnej sytuacji czekanie wzbudziłoby moją złość, a może nawet wściekłość. Dawniej myślałabym, że nie mam czasu, żeby tracić czas. Dawniej drażniłaby mnie bezczynność i poczucie braku wpływu.
Dziś jest po prostu leniwie płynący czas. Dziś, trochę przypadkiem, spędzam słoneczny, marcowy dzień w apartamencie dla kobiet. Mógł to być inny dzień i inne miejsce. Mogli być też inni ludzie.

Są tu ze mną inne kobiety. Kobiety nieznajome do dziś. Właściwie nadal są nieznajome, bo niewiele o nich wiem, poza tym, że trochę nie z własnej woli, tak ja przyjechały tu dziś rano. Przeważają młode dziewczyny. Dwie z nich szczególnie mi się podobają. One sobie też się podobają. Przypadają sobie od razu do serca i lgną do siebie. Razem raźniej i weselej – to oczywiste. Dwie fajne dziewczyny mówią sobie o różnych rzeczach. Mimo woli słucham ich opowiadania o dzieciach, o mężach, o pracy. Opowiadają też o tym, dlaczego tu przyjechały. Są siebie ciekawe i ufne. Kobiety mają taką łatwość tworzenia wspólnoty. Dziś tworzymy wspólnotę tego apartamentu.

Jedna z nich to cudzoziemka. Zdradza ją dziwny akcent, łamana polszczyzna i śniada cera. Jest ładna, szczupła, taka egzotyczna. Twarz o regularnych rysach i dużych, ciemnych oczach ma w sobie coś szlachetnego. Ciemne włosy zaplotła w dwa warkocze i dlatego wydaje się jeszcze bardziej dziewczęca. Jeśli czegoś nie rozumie po polsku, wtedy tak śmiesznie marszczy czoło i nos. Przechyla głowę na bok i pyta: a? Jest Meksykanką, która kocha Polaka. To Señora, a właściwie „Si  Señora”. Tak zwraca się do niej ktoś z personelu.


Ta druga, Polka, też jest ładna, choć inaczej, bardziej swojsko. Ma na imię Kinga i jest projektantką wnętrz. Również jest szczupła, a jej młodą buzię okalają długie, lekko falujące włosy. Ma bardzo miły uśmiech, który pojawia się, ilekroć zwraca się do mnie. Jest jej zimno, kuli się na swoim łóżku i podciąga nogi pod brodę. To niewiele pomaga, więc oddaję jej swój koc. Pożyczam jeszcze szklankę do herbaty, bo nie ma swojej. Po chwili dziewczyna obejmuje dłońmi szklane naczynie wypełnione parującym napojem. Znowu się do mnie uśmiecha i ja odwzajemniam się uśmiechem. Miło jest tak wymieniać uśmiech za uśmiech.


Wychodzę na korytarz, ale zaraz tego żałuję. Tu miotają się inne kobiety. Te niestety denerwują się, krążą nerwowo w tę i z powrotem i próbują czegoś dowiedzieć od zaganianego personelu. Ci, którzy tu pracują śpieszą się i także denerwują, bo coś tam im się poopóźniało, plan się rozsypał i teraz nie mogą zdążyć. Na pewno chcieliby, żeby wszystko szło tak jak miało być. No, cóż po prostu trzeba czekać.

Wreszcie ktoś zaprasza mnie do dużego pokoju na końcu korytarza i komunikuje zmianę zamierzeń wobec mnie. Mówi, że przewidują jednak coś innego niż poprzednio planowano. Mówi, że nie wie, kiedy to będzie i czy w ogóle będzie. Mam czekać.
Dzwonię do męża i opowiadam o tym jak tu jest i że ze mną będzie inaczej, niż się spodziewałam. Mąż złości się i mówi, że traktują ludzi jak śmieci. Może to dziwne, ale ja się tak nie czuję. Pewnie, że wolałabym wiedzieć coś konkretnego, a nie czekać nie wiadomo na co i nie wiadomo do kiedy. Jednak jest jak jest, a to jak jest, nie zależy ode mnie. Więc, czy to coś zmieni, jeśli będę się ciskać po korytarzu, jak niektóre z nas? Zmieni – na pewno zmieni na gorsze mój nastrój. Czy potrzebuję teraz gorszego nastroju?
Ja czekam spokojnie. W ogóle się nie denerwuję, ani nawet nie mam obaw. Nie mam poczucia straconego czasu, ani tego, że ktoś mnie lekceważy. Widać, że oni – ci, którzy tu pracują – też mają ograniczony wpływ na tę sytuację. Widzę przecież, że robią, co mogą. Nikt nie siedzi sobie nad filiżanka kawy, tylko uwijają się jak mrówki.
A ja właściwie to sobie odpoczywam. Leżę i patrzę przez okno. A widok z naszego apartamentu ładny, na park i dalej na Pałac Kultury. Słońce często wychodzi zza chmury. Czytam sobie gazetę, albo patrzę na dziewczyny. Wymieniamy uśmiechy i drobne uwagi na temat okoliczności. Czasem nawet się śmiejemy. 

Wreszcie dowiaduję się, że teraz moja kolej. Szykuję się i już wiem, że dziś jeszcze wrócę do domu. Kiedy mówię o tym Kindze, na chwilę uśmiech znika z jej twarzy.

- Szkoda. – mówi do mnie.
- Ale, czego szkoda? –  pytam trochę zdezorientowana.
- Szkoda, że Pani dziś wychodzi.- dodaje dla uściślenia Kinga.
Znowu się uśmiecham, bo to naprawdę miłe. Miło mi, że można polubić kogoś obcego w takim miejscu i w tak krótkim czasie. Polubiłyśmy się we trzy, choć różnica wieku miedzy nami spora. Widać to nie kwestia wieku, ale siły przyciągania ... uśmiechem.

No i już po wszystkim. Jestem sobie wdzięczna, za swój stoicki spokój i za  optymizm. Jestem wręcz dumna z siebie, że tak pogodnie przeżyłam ten dzień, który wypadło mi spędzić w szpitalnej sali w oczekiwaniu na planowany zabieg.

Jest późny wieczór, kiedy zbieram się do wyjścia. „Si  Señora” już śpi, więc tylko szepnę jej do ucha „pa”. W moim zeszycie do zapisywania postów druga z dziewczyn kreśli zdanie: „Na pamiątkę wspólnego pobytu w apartamencie :) dużo zdrowia ! Kinga”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz