wtorek, 8 kwietnia 2014

Czasem wystarczy przeskoczyć przez płot.



Niespodziewanie i przy okazji odkryłam, że radość ma dziwną właściwość. Trudno ją dostrzec. Nie tylko trudno spostrzec powód, który może nam jej przysporzyć, ale również ją samą trudno w sobie zobaczyć.

We czwartek, korzystając z tego, że dzień jest dłuższy, po powrocie z pracy wyszłam zrobić kilka zdjęć. Na bloga oczywiście. Stanęłam przed blokiem i zaczęłam się rozglądać, co by tu pstryknąć. Tuż obok zobaczyłam drzewo. Tak właśnie było. ZOBACZYŁAM drzewo, które tak naprawdę mijam codziennie bez większego zainteresowania. To kasztanowiec. Żeby do niego podejść musiałam przeskoczyć niewysokie ogrodzenie. Dotąd stosowałam się do nakazu wypisanego na wbitej w trawnik tabliczce: "Szanuj zieleń". Nigdy nie byłam więc tak blisko tego drzewa. Dolne gałęzie zwieszają się dość nisko i mogłam się im uważnie przyjrzeć przez obiektyw aparatu. Wtedy odkryłam, jakie są niezwykłe. Na końcu każdej gałązki rósł duży pąk. Zwinięte w pięść młode listki chroniły w swoim wnętrzu kwiat kasztanu. Z początku trudno mi było dostrzec w tej granulowanej tyczce to, co za kilka tygodni będzie białym kwiatostanem złożonym z wielu malutkich, pojedynczych kwiatuszków. W świetle pomału zachodzącego słońca wiosenne pąki wyglądały jak jakieś nieziemskie stwory.

Nie odchodząc od kasztanowca zobaczyłam po drugiej stronie osiedlowej uliczki kolejny przyrodniczy obiekt wart zainteresowania fotografa. Obok niego też codziennie przechodzę na spacerach z psem. To jakieś owocowe drzewko, ale nie potrafiłam sobie przypomnieć, jakie rodzi owoce. Tym razem musiałam przecisnąć się przez ogrodzenie z żywopłotu. Weszłam pomiędzy zwieszające się gałązki tego drzewa i poczułam śliczny, słodki zapach. Niemal upojona owocową wonią patrzyłam przez obiektyw na całe mnóstwo białych kwiatków. Dostrzegłam delikatność okrągłych, regularnych płatków i cieniutkie żółte pręciki - każdy zakończony maleńką kuleczką. Pęczki wiotkich kwiatków znajdowały solidne oparcie na ciemnych, dość grubych gałązkach drzewa. Nieopodal drzewa rósł jeszcze krzew owocowy i też pięknie kwitł na biało. Ten wypuszczał już zielone listki.  Oba, i drzewo i mały krzew, były po prostu urzekające i piękne.



I tak przez godzinę chodziłam wokół swojego zwykłego, burego wieżowca robiąc dziesiątki zdjęć roślinom, które zawsze tu były, a których nigdy dotąd, aż z tak bliska nie oglądałam. Przez kilkanaście lat nie przelazłam przez niskie ogrodzenie okalające trawnik, nie odgarnęłam gałęzi żywopłotu, aby podejść do nich bliżej, obejrzeć i cieszyć się, że tu rosną.
To była dla mnie godzina prawdziwej radości z obcowania z pięknem tego świata. To była godzina wytchnienia po kolejnym dniu niezbyt łatwej pracy. To wreszcie był czas nauki – nauki nie tylko o fotografowaniu w opcji manual.

Odkryłam, że z moją radością jest właśnie tak, jak z tymi wszystkimi roślinami rosnącymi wokół bloku. Moje radości są tuż, tuż, tylko, że ja przechodzę obok i ich nie zauważam. One są, tylko że ja nie potrafię się z nich cieszyć.


Drobne radości każdego dnia. Rano jest dotyk miłego, psiego futerka, które ociera się o moje nogi prosząc o śniadanie. Smak porannej kawy z mlekiem. Ciche tykanie zegara w moim małym gniazdku, w którym inni jeszcze śpią. Szum wody lejącej się do wanny i potem miłe ciepło szybkiej, porannej kąpieli. Wreszcie widok mojego zaspanego męża, który mówi do mnie i do psa: część Kaczko, cześć Tuniu.

A to dopiero początek całej listy zwykłych, codzienny radości, obok których przechodzę obojętnie. Są takie zwyczajne, takie drobne, takie oczywiste, że nawet nie zasługują na miano radości. Czy potrzeba lupy, żeby je zobaczyć? Czy trzeba je stracić, żeby je docenić? Niedoceniane radości do wzięcia od zaraz... Muszę tylko przeskoczyć przez płot.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz